Ile się wczoraj naczytałem, że żaden protest już nie ma sensu, że trzeba wyjechać z kraju, albo udawać, że się nie widzi, bo tu nic nigdy się nie zmieni, bo tak samo rok temu były wielotysięczne marsze, a nic to nie dało, bo władza jest coraz silniejsza, a my, myślący i czujący ludzie coraz słabsi.
Rozumiem to doskonale. Sam myślę, że PiS obecnie ma w garści kolejną kadencję, a potem z dużym prawdopodobieństwem przekaże pałeczkę neonazistom. Chciałbym się mylić, ale tak czuję. Wychodzimy na ulice, jest nas dosłownie setki tysięcy, możemy przykryć niebieskich i brunatnych pałkarzy czapkami, a jednak nic się nie dzieje, wracamy do domów, a za miesiąc jest już dużo gorzej. A za 5 miesięcy wydaje się, że to, przeciwko czemu protestowałyśmy to pikuś, bo idą po nasze ciała, po nasze portfele, po nasze umysły coraz śmielej i nic ich nie może zatrzymać. To wszystko prawda.
Ale czy to powód, żeby rozłożyć ręce i nic nie robić? Dla mnie wręcz przeciwnie. Rewolucja, czy ta w głowach, czy na ulicach, to nie jest jakiś zaprogramowany mechanizm, gdzie wystarczy wcisnąć przycisk i nagle zaskoczy. Czasem dokonuje się niespodziewanie w ciągu dni, a czasem potrzeba na nią dekad. Nie ma wątpliwości, że i ta władza w końcu przeminie, zostawiając za sobą społeczeństwo w gruzach. Wszelkie dzisiejsze działania musimy postrzegać jako kładzenie fundamentów, na których możemy budować, gdy to wszystko runie, ale także wzajemnie się wspierać, gdy przyjdzie najgorsze. Tytaniczna praca, którą wykonują dzisiaj, czy to Aborcyjny Dream Team, czy aktywiści miejscy, czy wolontariusze snujący się tygodniami po lasach, by ocalić uchodźców przed oprawcami w mundurach, to nie idzie na marne. To realnie uratowane życia dziesiątek tysięcy kobiet, którym udało się bezpiecznie przeprowadzić aborcję, to setki, a wkrótce tysiące osób, które nie zamarzły na śmierć na granicy, to matki z dziećmi, które nie wylądowały na bruku, bo udało się powstrzymać bezprawne eksmisje. Nawet jeśli z naszej, zgorzkniałych szaraków siedzących na fejsie, perspektywy wydaje się, że nic się nie zmienia, bo tak pokazują sondaże, absolutnie tak nie jest. Ale trzeba na chwilę wyrwać się z marazmu i spojrzeć na świat oczami tych, którzy w pierwszej kolejności stają się ofiarami katów, w mundurach, w sutannach, w garniturach - czy im też powiemy, że nie ma sensu nic robić, bo przecież PiS ma cały czas takie samo poparcie? No nie sądzę.
I biorąc chociażby przykład wczorajszych marszów - może za tydzień z setek tysięcy znowu zrobi się kilkaset osób, ok, taka jest dynamika protestów i może na tym etapie nie możemy nic z tym zrobić. A jednocześnie nie mam wątpliwości, że tysiące kobiet w całym kraju usłyszało, że istnieje aborcyjna samopomoc, że nie są skazane na zdrowaśki i bogobojnych lekarzy, że jest numer, pod który mogą zadzwonić i NIE ZOSTANĄ SAME NIGDY. I dla nich to będzie prawdziwa rewolucja, który być może ocali życie im, albo ich matkom, siostrom, córkom.
To jedna sprawa, ale jest jeszcze inna. Choć oklepane do bólu, powiedzenie "kropla drąży skałę" niesie jednak w sobie ziarno prawdy. Jako gatunek ludzki jesteśmy obarczeni wypaczoną perspektywą naszego stosunkowo krótkiego życia i ograniczonego poznawczo umysłu, a więc patrzymy na świat wąsko, przeżywając rzeczywistość tu i teraz. I m.in. po to wymyśliliśmy socjologię i inne nauki społeczne - by patrzeć na świat szerzej. Chyba któryś polski tłumacz Foucaulta to powiedział, już nie pamiętam, że żeby rzetelnie opisać co się dzieje na Ziemi, trzeba patrzeć z Marsa. I jak spojrzymy na ten biedny kraj z Marsa, to widzimy w nim postępującą laicyzację, widzimy uczniów wypisujących się z religii, w dużych miastach masowo, widzimy regularny spadek zaufania do kościoła katolickiego. Weźmy takiego papaja, balon napompowany przez prawicę do granic możliwości - "pokolenie JPII", które miało być kościelnym bastionem, ciśnie dziś bekę z papieża bez względu na poglądy. Oczywiście ten jeden przykład o niczym nie świadczy, ale zagregowane przykłady, trendy, słupki statystyczne pozwalają już co nieco powiedzieć o rzeczywistości. Albo temat LGBT. Nie do pomyślenia było 15 lat temu otwarcie mówić w szkole o swojej homoseksualności albo korekcie płci, dziś oczywiście są szkoły, gdzie nadal dostaje się za to wpi****l, a są takie, gdzie jest to zupełnie akceptowane. Wściekłe ataki prawicy na ten i inne obszary życia społecznego to nie skutek naszej słabości, ale czasem wręcz przeciwnie - tego, że dany temat na dobre zagościł w debacie publicznej, że to, co było nie do pomyślenia, dziś jest przedmiotem dyskusji, więc prawica szaleńczo próbuje temu zapobiec, prawdopodobnie bezskutecznie.
Mój prywatny apel - jeśli uważasz, że cały aktywizm jest bez sensu, bo przecież jest coraz gorzej, po prostu zachowaj to dla siebie i pozwól innym robić swoje. Jeśli nie masz siły na protesty, narażanie się na mandaty i policyjne pałki, to jest w porządku, nie ma w tym nic złego. Może jesteś w stanie wesprzeć jakąś organizację przelewem, może masz zbędne ubrania, które warto podrzucić na zbiórkę, a może potrafisz montować filmy, albo robić strony internetowe i w ten sposób możesz realnie kogoś odciążyć i tym samym bardzo pomóc. Kochani, będzie gorzej. Ale to nie powód do zmartwień, to powód do działania.