Wielkie tragedie zawsze nas zaskakują. Powinniśmy od dzieciństwa wiedzieć, że egzystencja człowieka jest krucha, a jego byt na ziemi niepewny, a jednak wciąż chwytamy się pozorów bezpieczeństwa. Chcemy, by wszystko było przewidywalne, próbujemy wierzyć, że to my decydujemy o losach świata, że nie dokonują się one niezależnie od naszej woli. To, czego jesteśmy dziś świadkami, wywołuje poczucie rozpaczy i dyskomfortu.
Kultura bezpiecznych czasów względnego dobrobytu była frywolna. Wydaje się, że teraz objawiło się coś, jakby powtórka ze Starego Testamentu. Tam wielokroć panował złoty cielec i przyszły kary Boże. My dzisiaj wykreśliliśmy z naszego myślenia to, co dawniej nazywało się trwogą czy lękiem przed sądem ostatecznym. Teraz instynktownie to wraca. I szkoda, że nie ma ten temat głębszej rozmowy czy refleksji. Jak uporządkować nasze myślenie? Jak połączyć racjonalizm, który nam podpowiada wiele rozsądnych działań, a z drugiej strony to, co każe nam zapalać gromnice czy wystawiać święte obrazy w oknach? Tu współistnieją obok siebie dwa porządki, które są w gruncie rzeczy bardzo odrębne. Mówienie o tym, że to kara jest jednak uzurpowaniem sobie prawa do sądów na temat wydarzeń, których nam, ludziom, sądzić nie wolno. Bo to jest poza naszą logiką. Stąd wziął się ten ogromny zamęt, który trafił na naszą kulturę, która bardzo niechętnie zastanawiała się nad metafizyką. I teraz tę pustkę wypełnia zgiełkiem – czuję to wyraźnie w tym, co czytam w prasie. Ale też widzę, jakie książki wracają. Wzruszyłem się, że wielu ludzi sięgnęło po „Dżumę" Camusa: to bardzo dobra lektura.
Bo nasza cywilizacja posiadania, cywilizacja złotego cielca, ten rodzaj chciwości, który jest wpisany w nasz program życia – „każdy ma się bogacić" – to się musi zacząć zamykać. Dalej nie da się tak budować świata. Zwłaszcza że jest jeszcze cała masa ludzi, którzy ogromną pracą muszą dojść do minimum przeżycia.
Nam się czasem wydaje, że umierają inni. Statystyki nie są jeszcze tak potworne. Ale paraliżuje ludzi tajemniczość i niepewność. Lęk, że nie wiadomo na kogo padnie. Bo koronawirus jest demokratyczny. Podobnie jak kiedyś ospa, dżuma czy cholera, przynajmniej dopóki nie odkryto sposobów ich leczenia. A co będzie po koronawirusie? Ludzkość na pewno będzie chciała się otrząsnąć z tego doświadczenia. A jednak warto będzie je przetrawić. Bo może ono uczyni nas mądrzejszymi. Może pokaże, o co chodzi w tych wdzięcznych, idealistycznych ruchach obrony przyrody, środowiska, które dzisiaj zbyt często lekceważymy. Będziemy też musieli sobie jasno powiedzieć, że czegoś innego chcemy w naszym jednostkowym życiu, że na czymś innym nam zależy.
...i dlatego ważna staje się sztuka narracyjna, przybliżająca nam doświadczenia, których nie przeżyliśmy. Doświadczenia innych czasów, innych społeczeństw. Dzisiaj, kiedy coś się zatrzęsło, trzeba szukać tych świadectw. Choćby po to, by przekonać się, jakie wartości się wówczas broniły, a jakie przepadały.
Ale żadna cywilizacja nie przetrwa, jeśli nie ma ideałów większych niż nasze jednostkowe życie. Tych, dla których ludzie ponoszą ofiary. A dziś, w czasie epidemii, z jednej strony mamy wybuch dobrej woli – z wielką satysfakcją patrzę na rozwijający się wolontariat, na to, ilu ludzi znalazło sens w pomaganiu innym, choćby sąsiadom. To są zręby nowoczesnego myślenia. Z drugiej, słysząc opowiadania o walce klasowej, mam wrażenie, że cofamy się do XIX wieku. Teraz powinno być inaczej. Konflikty oczywiście nie ustały, ale trzeba je po nowemu nazwać. Nasza dotychczasowa percepcja świata – XIX-wieczna, scjentystyczna – zostawiła nas z takim stanem umysłu, w którym nie jesteśmy przygotowani do odpowiedzi na egzystencjalne pytania. A nie wszystko daje się ustawić w porządku materialnym.
Rozczarowanie klasą polityczną jest dziś ogromne. Ale też spójrzmy, jak ona jest ostatnio wyłaniana. Do głosu dochodzą populistyczne partie, pojawiają się jakieś postacie z mass mediów, a nie z polityki, która przestaje być zawodem, dyscypliną, tylko stała się częścią show-biznesu. Żadna poważna korporacja typu Boeing czy Microsoft nie powołuje swojej dyrekcji w tak niepoważny sposób, jak robią to dziś wyborcy głosujący na parlamentarzystów. Nierzadko rządzą nami partie kabareciarzy. To się musi zmienić. Inaczej całą władzę przejmą korporacje.
Jest też pytanie o wolność człowieka, która stała się wartością absolutną. W moim przekonaniu wcale nią nie jest. Wolność jest narzędziem dla rozwoju człowieka. Ale wolność, która jest uzasadnieniem dla egoizmu, dla indywidualistycznego zaspokajania własnych potrzeb to wolność niedobra. I powinniśmy się jej wyrzec. Właśnie na rzecz szukania porządku, w którym sens życia jest ważniejszy niż posiadanie.
Kultura formuje nasze ideały, nasze myśli. Jeżeli jest jałowa, populistyczna, nieambitna, jeżeli ucieka od spraw zasadniczych, jeżeli jest pozbawiona eschatologii, to staje się po prostu miałka. I społeczeństwo nie ma wtedy lepiszcza, nic go nie skleja. A tu się załamały modele humanistycznej kultury budowanej całe stulecia. Nasz wiek zdemokratyzował kulturę, ale ciągle było w niej pragnienie rzeczy wyższych. A teraz najniższa tandeta sprzedaje się najlepiej i budzi jarmarczną uciechę pospólstwa. To dla europejskiej kultury samobójstwo.