FORZA BARCELONA...
Pomysł ten dojrzewał mi w głowie jakieś 3 lata. Jest on niejako kontynuacją pomysłu pt. Paryż – niektórzy wiedzą o co chodzi. A tym, co nie wiedzą, powiem w skrócie - to prezent na Pierwszą Komunię. Pierworodny dostał Disneyland, środkowy - mecz na Camp Nou, bo to fan Messiego. Pamiętając moje perypetie z pierwszej podróży, do ostatnich chwil wahałam się, czy brnąć w tą drugą…. Ale słowo się rzekło, kobyłka u płota! Trochę się tylko boję, co przyjdzie mi do głowy na prezent dla najmłodszej. Ale to jeszcze zbyt odległa przyszłość, zajmę się zatem niedaleką co prawda, ale już przeszłością.
Od samego początku, jakżeby inaczej, kłody pod nogi. Zacznę od tego, że Mariusz zapomniał, iż nasza desperadosowa brać powiększyła się nieco i w konfiguracji 2+4 (+bagaż) nie zmieścimy się już w naszym samochodzie. Był ciężko zdziwiony, że szukam jakichś alternatywnych sposobów przemieszczania się, z teleportem włącznie. Szukałam trochę bez sensu, błądząc jak dziecko we mgle. Komunia wypadała co prawda w maju, a pomysł, jak już wspomniałam, wpadł jeszcze wcześniej, ale terminarz rozgrywek LaLigi na sezon 2016/2017 ogłoszono dopiero pod koniec lipca. Szybki rzut oka – mecz z Atletico Madrid wydał się najbardziej atrakcyjny. Termin – połowa września - też pasował, zwłaszcza że chcieliśmy przy okazji pobytu w atrakcyjnym regionie Europy, zrobić sobie spóźnione, aczkolwiek zasłużone wakacje. Trwało to (rzut oka) naprawdę kilka minut, ale okazało się to o te kilka minut za długo. Po zalogowaniu się do platformy biletowej patrzyłam, jak sroka w gnat, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę niewiele mam do wyboru, jeśli chodzi o miejsca na stadionie (dla tylu osób naraz). 100 tysięcy biletów poszłooooo! Został jeden (powtórzę: JEDEN) ciąg pięciu krzeseł obok siebie. Na samiusieńkiej górze tego ogromnego stadionu. Ciekawe, czy będą nam potrzebne lornetki? Dobrze, że Lena taka malutka i nie potrzebuje osobnego miejsca. Nie potrzebuje? Hmmm… Nie no, na pewno nie potrzebuje, bez sensu! Zestresowana na maksa szybko kliknęłam „kup to” i czekałam zniecierpliwiona na wirtualne bilety. Przyszły w niespełna kilka sekund. Moją radość i podniecenie szybko zgasił czerwony napis: DATE TO BE CONFIRMED.
Jak to? Przecież na stronie internetowej jest konkretna data. Mina mi zrzedła. I bez tego trudno było zgrać środek lokomocji (teleportu nie mogłam znaleźć, NIESTETY, zdecydowaliśmy się więc na samolot) z noclegiem i terminem urlopu, który trzeba było zaplanować w marcu! Nie wspomnę, że ceny biletów lotniczych rosły z dnia na dzień. Niepotrzebnie sprawdzałam je co kilka godzin od miesięcy, WIEM! Ale robiłam to i teraz prawie od tego osiwiałam. Czułam się jak gracz giełdowy – kupić już, czy poczekać jeszcze dzień, dwa? Może stanieją. A może podrożeją jeszcze bardziej? A co, jak wykupią??? Nie miałam jednak innego wyjścia, jak przyjąć, że data meczu ze strony internetowej nie ulegnie zmianie przez jakieś tornado, atak terrorystyczny, czy inne „bo tak”. Musiałam znaleźć nam jeszcze jakieś lokum. Tu też było nieco perturbacji – a to ośrodek nieczynny o tej porze roku, a to nie ma miejsc, a to są miejsca, ale nie na cały pobyt. W końcu jednak udało się w Eurocampie. Co prawda dzielony na dwa ośrodki, ale zawsze to lepiej niż nocleg pod gołym niebem :) Całe szczęście trafiliśmy na promocję 10 noclegów w cenie 7, więc suma sumarum koszty podróży i pobytu nie były zabijające. Oczywiście biorąc pod uwagę koszt na jedną osobę! Bo jak sobie człowiek uświadomi, że wszystko i tak idzie z jednej kieszeni… No, nieważne! Liczy się spełnione marzenie ;) Zaraz, chwileczkę… A jak się dostaniemy z lotniska na pierwszą miejscówę? Toż wylądujemy w samiusieńkim środku nocy! W dodatku Platja d’Aro jest oddalona o 30 km z hakiem od lotniska w Gironie… Po przeanalizowaniu możliwości (technicznych, finansowych, nie wyłączając tych w ogóle niemożliwych) odrzuciliśmy autobusy i taksówki. Pozostało wynajęcie samochodu, bo teleportu znów nie udało mi się znaleźć… Spędzało mi to sen z powiek przez kolejne noce. Po przestudiowaniu ofert kilku, jak nie kilkunastu wypożyczalni samochodów, zdecydowaliśmy się na wypożyczenie dwóch małych aut. Bo taniej. Niespodziewanie tanio. Aż podejrzanie! Wszystko okazało się jasne po otrzymaniu maila z potwierdzeniem rezerwacji (i opłacie, rzecz jasna). Niedoświadczeni w tym temacie nie zwróciliśmy uwagi na politykę paliwową. Ale - mądry Polak po szkodzie! Mały research po forach internetowych i podejmujemy decyzję o… anulowaniu rezerwacji. Całe szczęście istniała taka możliwość, aż do 24 godzin przed odbiorem auta. Zadowolenie z siebie zniknęło tak szybko, jak się pojawiło. Zwrot przyszedł, owszem. Ale pomniejszony o różnice kursowe… Następnie rezerwujemy jednak jeden samochód - siedmioosobowy, z odpowiednią polityką i z ubezpieczeniem, które w naszym mniemaniu uchroni nas od konieczności zabezpieczania na karcie kredytowej określonej kwoty kaucji za samochód. I tu znów… oszukali nas! Po raz kolejny przychodzi mail z potwierdzeniem, w którym czarno na białym jest informacja o konieczności posiadania odpowiedniej kwoty na karcie kredytowej – ok 2000 EUR. Znowu anulujemy rezerwację, bo oczywiście owej kwoty nie posiadamy na żadnej z kart i postanawiamy iść na żywioł. W końcu są na lotnisku docelowym wypożyczalnie samochodów :) Jest poniedziałek wieczór, wylot w środę… Zdajemy sobie sprawę, że na miejscu też mogą zażądać tej nieszczęsnej kaucji. Zaczynamy gorączkowe poszukiwania jakiegoś wyjścia z tej patowej sytuacji. Nowej karty nie zdążą wydrukować. Moja , jakby to nazwać? - z za małym limitem, w dodatku obciążona. Aby zwiększyć limit, trzeba spłacić. Spłacamy nie mając pewności, że odpowiedź będzie pozytywna. Udało się, jednak od decyzji do uruchomienia daleka droga. Musimy udawać, że wszystko będzie dobrze, bo… nie mamy kasy po spłaceniu karty ;)
Po tym dość wyczerpującym, stricte logistycznym etapie, nadeszła wreszcie godzina zero. Jest środa, godzina 18:00. Wylot o 21:35. Pomimo gorących obietnic, tysiące rzeczy pozostało na stole do spakowania na ostatnią chwilę. Do małych, podręcznych walizeczek. W końcu wszystko udało się jakoś wcisnąć, znosimy zatem torby do samochodów. Dwóch (z kierowcami!), bo do jednego, jak już wspomniałam, się nie mieścimy. Ostatni rzut okiem – nic nie zostało w pokoju, można ruszać. Swienty postanawia jednak przeliczyć dzieci i walizki. Jednej jakby brak. Oczywiście kacprowej… Wracamy do domu, omiatamy wzrokiem rzeczony pokój – nie ma. Na korytarzu, w kuchni, w łazience, w sypialni – brak. Wracamy do aut – wyciągamy wszystko, liczymy jeszcze raz. Nie ma, jak kamień w wodę. Pytamy Kacpra. Nie brał. Atmosfera zaczyna gęstnieć. Wszyscy latają jak opętani w poszukiwaniu walizki. Wreszcie ktoś wpada na pomysł, żeby sprawdzić u Kacpra w pokoju. JEST! Skąd się tam wzięła? Sama poszła, jak zwykle… Po krótkim dochodzeniu okazuje się, że właściciel próbował wcisnąć do niej laptopa! Próba okazała się nieudana, walizki jednak na dół z powrotem nie zniósł.
Jedziemy wreszcie. Odprawiliśmy się online, wiec na pewniaka nie ustawiamy się w kolejce do odprawy, tylko od razu idziemy do kontroli. I znów niewiedza i brak doświadczenia wzięła nad nami górę. Musimy odprawić fotelik samochodowy Leny oraz jej wózek. Fotelik jedzie z bagażami, oznakowanym wózkiem możemy podjechać pod sam samolot. Ledwo zdążyliśmy. Dodatkowo Lena postanawia dać o sobie znać wszystkim na lotnisku. Zaczyna się koncert. Miny nam rzedną – oby nie skończyło się wysiadaniem z samolotu… Rzutem na taśmę rzucamy na taśmę ;) paski, czapki, okulary, telefony, rozmontowany wózek… i tym podobne gadżety. Po drugiej stronie zbieramy je, składamy do kupy, Lena zasnęła, więc ufffff – możemy wreszcie odsapnąć i w spokoju czekać na odlot. Nagle coś mnie tknęło… Kacper… Gdzie Twoja czapka? Została gdzieś na taśmie, typowo. Czasu dużo, samolot opóźniony, bo jakżeby inaczej, burza nad Gironą - zdążył znaleźć.
Po godzinie oczekiwania otrzymaliśmy zgodę na start. Lekko podnieceni udajemy się w kierunku samolotu. Bagażowi zabierają wózek i wkładają do luku, każdy pilnuje swojej walizki. Kacper też. Wchodzimy do samolotu, pierworodny kręci o tym film. Zastanawiam się po co? Dochodzę do wniosku, że chyba zgodnie z trendami mody – unboxing na topie, to i loading też…? Ale, ale… Gdzie jest Twoja walizka, do choroby jasnej???? W ciasnym przejściu samolotu nie ma już jak wrócić, już każą pasy zapinać, starujemy. Walizka została na płycie lotniska… Jak nic zgarną nas w Hiszpanii! Przecież co 5 minut szczekali przez megafon, że terroryści i żeby walizki nie zostawiać bez opieki na lotnisku. Na terminalu. A co dopiero na samej płycie…
Lot, o dziwo, przebiegł bez turbulencji, Lena spała całą drogę wbrew naszym obawom. Po 2 i pół godzinie lądujemy w kałużach i deszczu. Jest 1:00 w nocy. Czekamy na wózek i fotelik. Przyjechała też zaginiona walizka! Widocznie bagażowi wrzucili. To naprawdę bardzo miło z ich strony. Wizja pobytu bez zapasowej bielizny nieco mnie przerażała, zwłaszcza że karta kredytowa nadal pusta… Oczywiście właściciela owych rzeczy – mniej. Ale dziwię się, że odważyli się wrzucić samotną walizkę do samolotu.
Pora zdobyć samochód. Chcieliśmy omijać odradzane w internetach wypożyczalnie szerokim łukiem, ale w sumie do wyboru były dwie (czynne). W jednej kolejka, w drugiej nie. Czaimy się strasznie, każde z nas liczy, że to drugie pójdzie załatwić. W końcu robimy pierwszy krok. Podchodzimy do okienka z mniejszą kolejką. Każdy dzierży w garści rezerwację. My nie mamy. W końcu nasza kolej. “Nie, nie mamy samochodu na 7 osób. A gdzie Państwo jadą? OMG, do Platja d’Aro? Tak daleko? Z takim małym dzieckiem?” Nooo… tak. Pani bierze telefon i dzwoni do szefa, bo bardzo chce nam pomóc. Przypominam – jest pierwsza w nocy, a właściwe to już przed drugą… Szef nie odbiera, nie wiedzieć czemu ;) Pani zamyka okienko i idzie do domu. Do drugiego okienka nadal kolejka. Okazuje się, że to wypożyczalnia, w której próbowaliśmy wynająć samochód online… Całe szczęście “odrezerwowaliśmy” go 24h temu. Żaden desperat nie czekał do ostatniej chwili i dzięki temu ten sam samochód czekał na nas :) W międzyczasie powiększył się limit na karcie. Mamy czym dojechać na miejsce. Pakujemy się… samochód niby 7 osobowy… ale dopiero po rozłożeniu siedzeń w bagażniku… walizki między nami, za nami, przed nami pod nami, na nas – walizki wszędzie. Ok 3 docieramy na miejsce.
Przemiły Pan w recepcji łamaną polszczyzno-słowacczyzną wita nas serdecznie, aczkolwiek z wyrzutem, że mieliśmy być wcześniej. Regulamin mówi, że od godz. 22 nie wolno poruszać się po terenie ośrodka samochodem, więc każe nam zostawić samochód na parkingu i do domku udać się pieszo. Przez cały, niemały z resztą, camping. Udaje mi się przekonać pana, że samochodem naprawdę będzie… ciszej. Jeden rzut oka na naszą gromadkę wystarczył, żeby się o tym przekonał i pozwolił nam jechać autem pod sam domek. Ba! Nawet nas poprowadził melexem…
Domek, plaża i pogoda były jak z bajki, dlatego ciężko było namówić kogokolwiek na jakieś zwiedzanie. Właściwie nikt nawet nie podjął próby. Trwaliśmy tak w cichej zmowie milczenia przez cały pobyt na Campingu Cala Gogo.
Jedynym miejscem, oprócz plaży, do którego się wypuszczaliśmy był sklep spożywczy. Oj, nie lubiłam tych wizyt. Ciężko było przy kasie, dopóki nie postanowiliśmy przyjmować kursu walut jak 1:1 :) Choć melony i wino były najlepsze na świecie. I to za grosze. Po kilku dniach sielanki i niczym niezmąconego pobytu pojawił się kolejny pretendent (po walizce Kacpra) do hitu sezonu. Pewnego dnia przychodzi Adrian i pyta, dlaczego pasta do zębów jest przezroczysta i tak dziwnie smakuje. Hmmm… Myjemy zęby inną pastą, niż dzieci i już miałam pytać, co znaczy dziwnie (a może nawet spytałam?), gdy zastanowiła mnie jej przezroczystość. Nigdy nie widziałam przezroczystej pasty do zębów. Pokaż tę pastę… Wchodzę do łazienki. Na umywalce stoi… PODRÓŻNY ŻEL DO PRANIA! Dalszy komentarz jest chyba zbędny :)
Po kilku dniach musieliśmy przenieść się na inny camping – Tucan - w Lloret de Mar (dla przypomnienia - z walizkami na głowach). Pech chciał, że była niedziela. W dodatku czas sjesty. Dziś wszystko pozamykane – potwierdzają nasze obawy napotkani turyści, nota bene Polacy. Mamy nadzieję, że to tylko chwilowe. Sjesta jednak dawno minęła, a sklepy nadal pozamykane. Trudno, od jednego dnia głodówki nikt jeszcze nie umarł. Tylko kiszki marsza grają… Wieczorem idziemy na miasto, żeby przestać myśleć o jedzeniu. No dobra – tak naprawdę idziemy, bo oświeciło nas i znaleźliśmy w necie McDonald’s :P I im głębiej w miasto, tym więcej sklepów. Czynnych! Oszukali nas… (Znowu :) ).
Plaża na obrzeżach Lloret de Mar okazała się jeszcze bardziej klimatyczna, a woda cieplejsza i bardziej lazurowa.
Kupiliśmy u Chińczyka maski do nurkowania, żeby podglądać jeżowce i rybki w maleńkich zatoczkach.
Chłopcy całymi dniami przesiadywali na wystających z toni skałkach i obserwowali morze. Morze? Zaraz, zaraz… Dlaczego oni ciągle siedzą zwróceni do niego tyłem? Usiadłam na piasku i podążyłam za ich wzrokiem. A więc to tak! Nieopodal odkryli plażę nudystów ;) Oczywiście żaden z nich do dziś się nie przyznał, po co tak często chodzili na skałki ;)
Wciąż nie dawało mi spokoju to, że nic nie zwiedzamy. Zmusiłam więc wszystkich do pójścia do Ogrodów Św. Klotyldy. W sumie nie musieliśmy daleko chodzić, bo znajdowały się one po drodze na plażę ;) Z wielkim oporem – weź kobieto zmuś młodych (i starych) chłopców do oglądania kwiatków i iglaków – ale jakoś się udało. Nie pożałowali. Ogród cieszył oko.
Widok z góry na (naszą) plażę zapierał dech w piersiach.
A ja mogłam w spokoju sumienia znów oddać się plażowej kontemplacji, zakłócanej jedynie pytaniami chłopców, dotyczącymi dość sędziwego – oczywiście dla nich! - wieku naszych sąsiadów - golasów :) Tym bardziej, że niedługo jedziemy do Barcelony! Tam sobie pozwiedzamy za wszystkie czasy, w końcu jest co oglądać!
Wkrótce przekonałam się, że i to zostało tylko moim pobożnym życzeniem. Nie przyszło mi spełnić się w roli przewodnika wycieczki. W dzień święty (czyt. MECZU) wszyscy, oprócz mnie oczywiście, jakoś dziwnie się nie spieszyli. Mecz miał być co prawda o 21:00, ale żeby zobaczyć co nieco w stolicy Katalonii, mieliśmy wyjechać z samego rana zaraz po śniadaniu. Przeciągnęło się ono do południa, albo i dłużej. Z nerwów nie pamiętam :) Ostatecznie odpuściłam (tzn. strzeliłam focha) – w końcu ja już w Barcelonie byłam i nie muszę… Wyjechaliśmy w końcu, do celu ok. 70 km. GPS ustawiony, zaprowadził nas prosto na miejsce. Tylko dlaczego mam wrażenie, że jesteśmy w centrum miasta? W samym środku szczytu komunikacyjnego. Zatrzymujemy się, żeby znaleźć stadion. Rozglądamy się nerwowo, biegając ulicami tam i z powrotem. Nie ma. Niemożliwe, żebyśmy nie zauważyli takiego dużego obiektu przecież! Jakoś wszyscy zapominamy, jak używać internetu w telefonach, bo za Chiny Ludowe nie możemy znaleźć jakiegoś alternatywnego adresu. Jakoś się udało, ale naprawdę zajęło nam to dłuższą chwilę. Do dziś nie wiemy, dlaczego wpisując w GPS Camp Nou doprowadził nas on na manowce… Może było tam jakieś biuro klubu? Ruszamy dalej. W końcu naszym oczom ukazuje się ta betonowa konstrukcja. Schowała się wśród wieżowców na jakimś niepozornym osiedlu ;) Oczywiście nie ma gdzie zaparkować. Jeździmy ulicami w tą i z powrotem kilkadziesiąt minut. Nawet jak jakimś cudem udaje nam się gdzieś wcisnąć auto, zabijają nas ceny i limity czasowe wypisane na parkomatach. W desperacji postanawiamy jeszcze raz poszukać parkingu przy stadionie. Przecież musi jakiś być! Był – piętrowy, zabudowany, okazały niczym sam stadion - tylko z drugiej jego strony. Z tejże samej znajdowało się również mnóstwo wolnych miejsc wzdłuż ulicy. W ramach oszczędności, aczkolwiek z pewną dozą nieśmiałości, stajemy na zewnątrz. Wysypujemy się wreszcie z auta i oddychamy z ulgą. Udajemy się do parkomatu, na którym odnajdujemy mnóstwo tekstu, niestety ani słowa w jakimś zrozumiałym dla nas języku. W ciemno próbujemy wrzucić jakieś monety. Nie da rady, zablokowane. Zaczepiamy tubylców, pytamy, czy mogą nam przetłumaczyć na angielski. Pan mówi, że z tego co przeczytał wynika, że w dzień meczu parkowanie jest za darmo. Kochaaaaani! Idziemy zatem rozejrzeć się po okolicy. Jednak cały czas jakieś wewnętrzne coś, chyba rozsądek, podpowiadał nam, że to niemożliwe, że skąd tyle pustych miejsc? Dla pewności pytamy jeszcze raz Pana na straganie. Oczywiście okazuje się, że w dzień meczu parkować tu w ogóle nie wolno! Mało brakowało, a wywieźliby nasz samochód na hiszpańskiej lawecie w hiszpańską siną dal! Parkujemy w końcu na płatnym, stadionowym parkingu, jest blisko 17-tej. Chłopcy ciągną na teren stadionu, gdzieś mają Park Guel ;) Dobra! Zobaczymy tylko szybko i pójdziemy połazić po Barcelonie. Ale nie, nagle wszyscy głodni, nagle znaleźli się w zasięgu Wi-Fi… A niech ich wszyscy diabli! :) No, ale skoro już tu jesteśmy pójdę zapytać, czy możemy wejść z fotelikiem na mecz. Podchodzę do kasy, pytam. Po inglijsku. Pani pyta, czy mam bilet dla dziecka. Jak dla dziecka? Ono ma niespełna 4 miesiące, oczywiście że nie mam! Mam mieć… Nie no. Pani na pewno nie rozumie zbyt dobrze w obcym języku! Idę do kolejnego okienka. Powtórka z rozrywki - a ma Pani bilet dla dziecka? Przy trzecim to samo, jakby się zmówiły. Dosyć tego, idę do faceta, przecież z tymi babami w ogóle nie można się dogadać! Nie ma Pani kupionego biletu? Ojjjj… no dobra! Kupię ten bilet, ile kosztuje ulgowy? Nie ma ulgowych, cena normalna – prawie 100 Euro, bagatela. COOOO? Bez biletu nie wpuszczą, koniec kropka. Odchodzę wzburzona, chyba ich pogięło! W takim razie nie idę na mecz, nie będę płacić tyle pieniędzy za niemowlę, które ma to głęboko gdzieś, że Messi z Neymarem będą lecieć na żywo. Mariusz przekonuje mnie, że trudno, że to w końcu cel naszej podróży. Idę więc z powrotem do okienka, żeby kupić ten nieszczęsny bilet. Dowiaduję się, że Pan musi sprawdzić, bo może już nie być wolnych miejsc w tym samym sektorze. Nie no, tego już za wiele. Po jaką cholerę temu biednemu dziecku potrzebne jest miejsce siedzące? Przecież ono nawet siedzieć jeszcze nie potrafi. Jak grochem o ścianę. Całe szczęście udało się znaleźć, gdzieś na drugim końcu sektora.
Biedniejsi o prawie pół tysia idziemy w końcu do tego nieszczęsnego Parku Gaudiego. GPS mówi, że dojdziemy tam za 45 minut. Mamy jeszcze trochę czasu, ale z każdym krokiem idziemy wolniej i wolniej. Może już nieczynne? Może się nie opłaca? Dzieci marudzą, że pić, że siku. W połowie drogi zawracamy, zatrzymując się jeszcze w jakimś sklepie.
Docieramy na stadion pól godziny przed rozpoczęciem meczu.
Szukamy wejścia do naszego sektora. Nawet nie wiecie, ile czasu zajmuje obejście Camp Nou dookoła! Wchodzimy wreszcie, w środku zupełny brak opisów. Nikt nic nie wie. Gubimy się. Odnajdujemy. Wchodzimy na swoje miejsca kilka sekund po gwizdku… Atmosfera na stadionie powoli zaczyna się udzielać i rekompensuje wszystkie niesprawiedliwości, które nas do tej pory spotkały. Pomimo moich obaw widok z sufitu był doskonały, ale dzieci musiały pomóc mi rozszyfrować numery na koszulkach.
Mecz zakończył się remisem – 1:1. Jednej z bramek nie widziałam, bo akurat Lena wymagała większej atencji. Niestety nie było replaya :D
Po meczu niesamowite wrażenie robiło sto tysięcy ludzi – morze typa – płynące ulicami okalającymi stadion. Szliśmy i szliśmy z nurtem, bo pod prąd nie sposób, czyli znów musieliśmy obejść stadion, ale znacznie wolniej. Potem kolejka do parkomatu. Już sobie wyobrażam, jaki korek przy wyjeździe! Zajedziemy na camping chyba jutro rano! I tu kolejny zonk – ZERO zatorów. Czyli da się to jakoś zorganizować, nie to co u nas…
Nazajutrz Kuba oznajmia, że zgubił telefon. Mariusz bierze swój i dzwoni na jego numer. Jest sygnał, jednak nie słychać dzwonka. Próbuje jeszcze raz na tarasie. Nic. Trzeci raz – ktoś odrzuca! No to ładnie, ktoś go znalazł i sobie przywłaszczył. Dzwonimy – odrzuca, dzwonimy odrzuca. Co za bezczelność! W końcu za którymś tam razem słyszymy w słuchawce męskie HALO. Swienty mówi: -”You’ve got my phone. - No, no. I’m in Spain. –Ja też jestem w Spain! –But this is my Number. –No, this is my Number! O k…a! Nie wybrałem prefiksu.” Zachowano oryginalny przebieg rozmowy. Mariusz zapomniał mówić po angielsku, a ja zsikałam się ze śmiechu. Telefon znalazł się pod łóżkiem po kilku minutach. Był wyciszony… Po południu postanowiłam upiec chleb. W końcu byliśmy bardzo rozrzutni na meczu, to teraz musimy oszczędzać. Znalazłam w sklepie mąkę, drożdże, a nawet nasiona słonecznika. Wyrobiłam ciasto i… jakoś nie pomyślałam, że nie mam foremki ;) Na pomoc przyszła mi puszka po ciastkach. Wlałam ciasto, które pięknie wyrosło. Mamo, co Ty robisz? Chleb… Boże, nawet tu? – słyszę skwitowanie. … Jak żyć??? :)
Po rekonwalescencji na naszej boskiej plaży, kiedy skołatane nerwy zostały ukojone szumem fal wpadliśmy na pomysł, żeby udać się na rejs jachtem wzdłuż wybrzeża.
Mariusz oznajmia, że końcowy przystanek jest na tyle blisko, że wrócimy spacerkiem. Patrząc w dal w tamtym kierunku jakoś mi się nie wydaje, ale od zawsze mam kłopoty z odnalezieniem się w terenie, więc nie oponuję.
Powiem tylko tyle - blisko nie było…
Nie było też łatwo prowadzić wózek po ciemku po wystających korzeniach drzew porastających dość zróżnicowane, pagórkowate wybrzeże.
A jak dodam, że po drodze chłopcy postanowili nazbierać opuncji i pół drogi jeden z nich płakał, bo cienkie, niewidzialne kolce powbijały mu się w dłonie, co sprawiało mu ból – łatwo sobie wyobrazić w jakiej atmosferze wracaliśmy :)
Czas mijał nieubłaganie, nadszedł więc kres naszego pobytu. Byliśmy ostatnimi gośćmi na campingu, żal było wyjeżdżać (wbrew pozorom). Przy odprawie zabrali Kubę i Kacpra do kontroli na testy narkotykowe. Wiedziałam, że prędzej czy później dorwą nas za tę walizkę! A może robiliśmy tyle rabanu, że pomyśleli że ja z Leną jej płaczem zwracam na siebie specjalnie uwagę, Swienty robi zamieszanie przy taśmie, a dzieci szmuglują narkotyki? A może to te kolce opuncji? A może sama opuncja, której liść postanowiliśmy przemycić??? Nic jednak nie znajdują, więc puszczają nas wolno :) Ustawiła się już kolejka do bramki, gdy nagle, tuż przed odlotem ni stąd ni zowąd zaczęło lać. Naprawdę zdrowo. Cały pobyt mieliśmy piękną pogodę, a tu nagle ulewa. Padało chyba ze 3 godziny, w związku z tym lot był oczywiście opóźniony. Całe szczęście w tę stronę Lena również przespała całą drogę.
Mimo wszystko, mamy naprawdę piękne wspomnienia ;)









