Och Daniel.. Długo zbierałem się do powtórzenia tego treningu. Głowa cały czas pamiętała ciężką pracę którą wykonało moje ciało poprzednim razem. Sukcesywnie odkładałem ten trening na kolejny raz. Dzisiaj jednak stwierdziłem że przyszła najwyższa pora aby sprawdzić w którym miejscu jestem. Jak to się mówi aby wiedzieć co jest co i kto jest kto. Zaczynamy. Drążek podchwytem. 20, 30, 40, 50. Biegiem na Orlika i 400 metrów. Wracam na salę a tam już czeka na mnie sztanga. Pierwsze powtórzenie - przysiad i wyrzut sztangi w górę. Booooże jak ciężko. Co jest? Aż tak spadła mi siła? Nie, nie możliwe. Drugie powtórzenie. Trzecie, czwarte i piąte. Nie mam siły przerwa. Pytam się kolegi jakim obciążeniem robiliśmy poprzednim razem. Mówi że takim samym. No cóż. Jak mawia klasyk: Zapierdalać trzeba. 1, 2, 3, 4, 5. 10 powtórzeń za mną. Jeszcze tylko 11. 1, 2, 3, 4, 5. 6 do końca. 1, 2, 3, 4, 5, 6. Biegiem na Orlika. 800 metrów do pokonania. Pierwsze, drugie, trzecie i czwarte okrążenie. Nogi spuchnięte. Wbiegam na salę. Smutnym wzrokiem spoglądam na sztangę która zaraz powinna się znaleźć nad moją głową. Daję głośniej muzykę. Siadam na ławce. Łapie oddech. Staram się zmobilizować. Dobra lecimy. Raaaaz. Kurwa jak ciężko. To na pewno ten ciężar?? Dwa, trzy, cztery, pięć. Przerwa. Kładę się na ziemię. Nogi pieką. 1, 2, 3, 4, 5. Dasz radę. Nie odpuszczaj. 1, 2, 3, 4, 5. Jeszcze tylko 6. 1, 2, 3. Przerwa. 1, 2, 3. Biorę łyka wody. Bieg. 400 metrów. Słońce. Pot spływa po czole. Na szczęście delikatny podmuch wiatru orzeźwia. Przez chwilę poczułem się jak w lecie. Uwielbiam ćwiczyć przy takiej pogodzie. Truchcikiem wracam na salę. Zostało 50 podciągnięć na drążku. 10, 20, 30, 35, 40, 45, 50. KONIEC. 41.55s. Rekord pobity - jak zawsze. Myślałem, że nie dam rady..