Kukatka przeniosła się na Blox
I jeśli lubisz moje teksty, to wpadnij czasem na NOWĄ KUKATKĘ :)
YOU ARE THE REASON
2025 on Tumblr: Trends That Defined the Year
Xuebing Du
No title available
🪼
Monterey Bay Aquarium
trying on a metaphor

Andulka

titsay

@theartofmadeline
Cosimo Galluzzi
Sade Olutola
Sweet Seals For You, Always
Today's Document
todays bird

❣ Chile in a Photography ❣
almost home

JVL
let's talk about Bridgerton tea, my ask is open

Discoholic 🪩
seen from Brazil

seen from United States

seen from United States

seen from United States

seen from United States

seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from United States

seen from Germany
seen from Nicaragua

seen from Türkiye
seen from Ukraine

seen from Singapore
seen from Colombia
seen from United States

seen from T1
@kukatka
Kukatka przeniosła się na Blox
I jeśli lubisz moje teksty, to wpadnij czasem na NOWĄ KUKATKĘ :)
Życie nie lody, nie musisz lubić.
Mój ulubiony smak lodów? Orzechy włoskie mmm... albo sorbet malinowy oh, jeszcze lepiej! A co z życiem? Nie lubię go. Nie smakuje jak sorbet z malin, czy jagód. Nawet czekolady nie przypomina. Jest po prostu dużo lepsze
A gdyby tak życia nie było? To znaczy... twojego życia. Wyobraź sobie to. Nigdy nie poczujesz smaku ulubionych lodów, czekolady, kiełbaski z grilla, nie zatańczysz na żadnym weselu, nie poznasz tej fajnej dupci, co mieszka tak blisko, nie skosztujesz żadnego alkoholu - ani taniego, ani drogiego. Jako dzieciak nie wejdziesz na drzewo. Bo dzieckiem nigdy nie będziesz. Nieżycie (cóż za paradoks!) boli. Bo w nieżyciu niczego nie przeżyjesz. Zero emocji, zero szczęścia. W życiu jest odwrotnie. Są emocje, jest piwo, czekolada, chipsy, kiełbaski z grilla, kluby, miłość. Większa, czy mniejsza, prawdziwa, czy nie to i tak ją przeżyjesz. Doznasz ekstazy najwyższej rangi i padniesz z wycieńczenia. Ale przeżyjesz coś. Przetrwasz coś. W stanie nieżywym nie przetrwasz nawet śmierci. W życiu się obudzisz. Ze śmierci nie wybudzisz. I nawet nie mam zamiaru zmuszać cię, byś teraz "zaczął korzystać z życia". To zbyt oklepane. Powiem ci coś bardziej banalnego; doceń. Doceń kurwa to cholerne życie. Bo nawet jeśli teraz siedzisz na kanapie, pijesz piwo i oglądasz tv, albo jakieś pornosy, to spójrz na to piwo i powiedz sobie, że miałeś okazję skosztować to piwo i zobaczyć piękny obraz w telewizorze, przesyłany przez jakieś dziwne fale, których nie ogarniasz i nawet nie widzisz. Ale są. Brzmi banalnie, wiem, przepraszam, ale na więcej mnie nie stać. Nie musisz żyć "pełnią życia". Musisz istnieć szczęśliwie.
Wyglądaj niegrzecznie - bądź grzeczna... albo nie, na odwrót
Zastanawiałam się. Pisać, czy nie pisać. Mówię sobie "tak, nie, tak, nie" cały czas. Ale w końcu zdecydowałam. Piszę. Ostatnio miałam wszystko w dupie, dlatego jest ona taka wielka. A i tak nadal nie rozumiem dlaczego cały świat patrzy na nas z góry. Wszyscy myślą, że jestem bardzo, bardzo grzeczna, bo nie wyglądam jak zdzira i raz do czasu pomagam innym.
No to teraz wszyscy, którzy tak bardzo mnie kochacie, dlatego że rzadko odmawiam pomocy, słuchajcie. Bo to może być wielkie zaskoczenie dla was. Wszystko robię dla siebie. Jestem zasraną egoistką, bo mam jakiś plan i nie obchodzi mnie, co tobie da moja pomoc, ani że w danej chwili mi też nic nie da. Po prostu wiem, że później ja będę miała więcej dla siebie. Nie wiem, czy wcześniej już to odkryłeś. To, że każdy robi wszystko dla siebie. A właśnie! Nie tylko robi dla siebie, ale i pod siebie, żeby zyskać. Bo jak zrobi pod siebie, a potem posprząta i jeszcze czyjeś gówno zgarnie do worka, to później ten worek zamieni się w złoto. Bo wiesz... gówno śmierdzi, ale daje. Tak jak krowa - śmierdzi, ale daje mleko. A co z ludźmi którzy nie robią pod siebie, tylko trzymają dla siebie (i w sobie), albo srają gdzie popadnie, byle jak najdalej od siebie? Może i szkoda gadać, ale kto innym sra, jest może czysty. Ale czysta krowa, nie jest krową. Nie da mleka, więc nikt nie będzie jej chciał i nikt jej nie wypielęgnuje (sama się przecież nie umyje, ani jedzenia nie znajdzie, bo jest zbyt leniwa). W końcu zacznie cuchnąć na kilometr i skończy w ziemi. Taki los czeka was, drodzy cwaniacy. Co prawda to prawda, każdy człek cwaniakiem jest, ale kto lepiej cwaniakowanie ukrywa, ten będzie lepiej pielęgnowany (i da więcej mleczka), aż w końcu zaczną się o niego bić.
Empatia
Często zdarza nam się komentować zachowania innych. Często widzimy wady innych osób, ale nie swoje. Może i zauważasz brak empatii u innych osób, ale na pewno nie u siebie. I dziś właśnie o tym. O braku współczucia i własnym zadufaniu. Opowiem wam krótką historię, z której wyłania się wielka empatia oraz jej brak.
Był rok 1987, Adaś, dwudziestodwuletni syn Basi i Marka znalazł swoją miłość. Miała na imię Ela. Ela też kochała Adasia. Jednak jej rodzice (Grażyna i Stanisław) mieli zupełnie inne plany dotyczące jej przyszłości. Ela miała zostać lekarzem, a wcześniej wyjść za mąż za Jacka, który pracował w szpitalu. Ela go nie kochała, choć Jacek był przemiłym chłopakiem i starał się o jej względy, niestety bezskutecznie. Grażyna i Stanisław mówili swojej córce, że ma wyjść za tego wspaniałego lekarza i mimo oporów w końcu to zrobiła, żeby jej rodzice byli szczęśliwi. Teraz ani Ela, ani Adaś nie są szczęśliwi, bo nie są ze sobą. No ale przecież rodzice Eli są zadowoleni z (nie)szczęścia swojej córki! Basia z Markiem bardzo chcieli szczęścia swojego syna i mieli nadzieję, by ten przekonał rodziców Eli do siebie, jednak na marne. Teraz Adasia rodzice muszą codziennie patrzeć na nieszczęście syna i ciężko im się z tym żyje. Ela jest nieszczęśliwa z powodu braku bliskości swojej miłości, ale również z jej nieszczęścia. Adaś? Tak jak Ela - sam jest nieszczęśliwy, ale cierpi jeszcze bardziej widząc nieszczęście Eli. Jacy są rodzice Adasia? Szanują zdanie swojego syna, silnie odczuwają jego cierpienie. Są empatyczni. Jacy są rodzice Eli? Zaborczy, nie szanują zdania córki, myślą tylko o sobie. Można odnieść wrażenie, że nie kochają swojej córki. Nawet jeśli jedno z nich posiada empatię, to została ona zgaszona przez jej brak u drugiej osoby.
Odczuwajcie uczucia innych. Ale nie przeginajcie, na pierwszym miejscu zawsze powinno stać swoje własne szczęście oraz szczęście swojej miłości (jeśli takową się ma). Pamiętajcie, że każdy człowiek powinien sam pracować na swoje szczęście, więc potępiajcie życiowych cwaniaków, ale zawsze starajcie się ich wysłuchać. Bo może stało się tak przez zaborczych rodziców(?).
Spamowicze
Nikt ich nie lubi, wszystkich denerwują i przede wszystkim twoje zdanie nic ich nie obchodzi. Bo są oni, bo nabijają lajki. Mhm.
Myślą, że są fajni, gdy przez ciągłe wklejanie i wysyłanie "lajk za lajk", zarabiają tysiące polubień na fejsie, albo obserwatorów na Blogspocie. Tak naprawdę nikt ich nie lubi. A wszyscy lajkowicze, to albo kolejni spamerzy, albo ludzie (zwani fanami) drzewa.
Spamowicze w głębi może i są fajnymi ludźmi, mającymi coś ciekawego do przekazania, ale gdy już widzę, w jaki sposób promuje się np. na instagram "f4f?", w jednej chwili sympatia do nich rozbryzguje się na miliny kawałeczków, których nie staram się już składać. Ba! Nawet podnosić! Spamowstwo jest uporczywe, jest okropną przypadłością, bo zbiera fałszywą społeczność, która tak na prawdę społecznością nie jest - dadzą lajka, a potem mają w dupie. Fajne, nie? Takie na prawdę drzewa. Obwieszają wszystkich lajkami, a potem mają w dupie, grają rolę nieżywych fanów.
Nie rozumiem, dlaczego spamowicze jarają się aż tak tą swoją publicznością. Bo co z tego, że dajesz koncert i co z tego, że są na nim tysiące, skoro tylko pięciu (z tysiąca!) cieszy się tym występem? No gówno. I takie właśnie są blogi spamerskie. Budowane pod fałszywą publikę, nic nie warte strony. A nie da się tak najzwyczajniej z dnia na dzień zamienić gówna w kwiatek, a nawet jeśli, to już zawsze będzie śmierdział.
Dam ci prosty przykład. Kojarzysz Tomka Tomczyka z jasonhunt.pl (do niedawna był Kominkiem)? On właśnie jest takim ładnym kwiatkiem, który śmierdzi. Tomek, gdy zaczynał blogowanie każde zdanie przesycał kurwami i chujami. Powiedzmy sobie szczerze, pięknie to nie wyglądało, choć miał dużą publiczność, która nawet bardzo intensywnie udzielała się na blogu. No ale co z tego, skoro publiczność grała tylko swoją rolę. Tomek w tamtych czasach robił teksty typowo pod publiczkę, żeby tylko się wybić. Owszem, wybił się i teraz już nie przeklina w każdym zdaniu, jest całkiem kulturalny i na pewno wybiłby się równie wysoko pisząc pięknym naszym językiem (tak jak robi to teraz). Jednak byłaby niewielka (albo bardzo wielka) różnica, między wybiciem się w ten a tamten sposób. Gdyby od początku pisał w sposób taki, jak teraz, to w tej chwili inni nie przyklejali do niego karteczki z napisem "był wulgarny, więc niech nie wymaga, byśmy my byli wobec niego kulturalni". Czy coś w tym stylu. Ludzie wypominają mu, jaki to on był, co on robił, więc "niech się nie odzywa".
To już na zawsze do niego przylgnie, bo przeszłość może i odbija się echem, jednak jedna głośnym, druga cichym. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że najgłośniej słychchać błędy, a najciszej sukcesy (no chyba że ktoś zarzuci przekręty, czyli też nic dobrego).
Zrób przysługę dla innych i (przede wszystkim) dla siebie. Nie bądź spamowiczem.
Boimy się planować
Przyszłość jest nam jednocześnie bliska, jak i daleka. Czasem gdy planuję coś daleko w przód, stresuję się i nie mam pojęcia dlaczego ręce mi się wtedy trzęsą, a serce wali w tłuszcz, zwany cyckiem, jakby chciało go ubić, żeby zmalał...
Nie wiem czy ty też tak masz, że gdy - przykładowo - planujesz założyć firmę i robisz właśnie spis działań, bardzo szczegółowych, dotyczących założenia, rozwoju i prowadzenia firmy, to stresujesz się. Niby nie wiesz, czy w ogóle wdrożysz projekt w życie, a serce próbuje ci uciec, jak gdyby chciało zostawić całą robotę dla mózgu, nie zawracając głowy swoim biciem...
Mózg powinien współpracować z sercem.
Bardzo dobrym rozwiązaniem przy robieniu większych, przyszłościowych projektów (choć przy mniejszych też), jest lekceważenie walenia w klatę. Na mnie przyspieszone tempo działa tak, że dużo szybciej i wydajniej pracuję. O! Właśnie przyszedł mi nowy pomysł do głowy. Bardzo ważny. Przed każdym zabraniem się do pracy, za którą nie przepadamy, zacznijmy analizować, albo tworzyć na papierze plany, które wzbudzają w nas uczucie adrenaliny. Nasza praca będzie dużo wydajniejsza.
Wracając do tematu... Jeżeli nie masz dwa razy szybszych spięć serca, planując coś bardzo wielkiego, to "to coś" ci nie wyjdzie. Albo masz po prostu tak funkcjonujący organizm... No, nie ważne. Wychodzę z założenia, że człowiek powinien się śpieszyć. Sama jestem osobą, która większość czynności wykonuje w tempie naprawdę bardzo wolnym (jeszcze raz, w spowolnieniu: baaaaaardzooo wooolnyyyyym). Ale to tylko czynności codzienne (monotonne). W sumie to nie lubię tego za bardzo w sobie, gdyż zamiast zrobienia czegoś konkretnie określonego w tempie należytym, robię to dwa razy dłużej, przez co często nie zdążam robić kolejnych czynności (niestety jest to bardzo uporczywe). Jednak gdy mam zrobić coś, o co poprosiła mnie inna osoba, albo mam przydzielone konkretne zadanie do wykonania (np. pracując w grupie ludzi), czy też sama mam wielką motywację do wykonania czegoś, to zdecydowanie zrobię to dużo szybciej.
Planowanie czasami na prawdę może pomóc w wykonywaniu różnych czynności, pod warunkiem, że jesteśmy na prawdę sumienni. Jednak u większości jest z tym spory problem i... no tak jakoś większość nie lubi planować.
Bardzo jasno określone reguły gry = precyzyjne wykonanie zadania na czas.
Są filmy które zmuszają do przemyśleń. Recenzja "Whiplash"
Oglądam różne filmy - niektóre chwytają za serce, inne podnoszą adrenalinę, ale "Whiplash" zalicza się do tych najważniejszych - tych które czegoś uczą, coś uświadamiają.
Może i nieco spóźniłam się z recenzją, ale to właśnie wczoraj obejrzałam "Whiplash".Film pokazuje historię chłopaka - Andrew Neymana - który stara się dostać do jednego z najlepszych zespołów jazzowych, znajdującego się pod opieką bardzo wymagającego, praktykującego bardzo restrykcyjne metody nauczania Fletchera. Można odnieść wrażenie, że nauczyciel jest chory psychicznie, ale trzeba przyznać, że facet daje do myślenia i zmusza do przekraczania własnych granic, których tak się boimy.
Dwie role główne są zagrane wręcz perfekcyjnie. Wymagający, restrykcyjny, mściwy nauczyciel, kontra wrażliwy, choć silny psychicznie, ambitny uczeń. Aktorzy idealnie pasują do tych ról i czasem pokazują swoją drugą stronę charakteru, co daje porażający efekt, gdyż dzieje się coś naprawdę niespodziewanego.
Nie będę psuć wrażenia z oglądania filmu i dużo nie napiszę o jego szczegółach. Tak więc obejrzyjcie zwiastun, a potem śmigajcie do kina (o ile jeszcze w jakimś znajdziecie ten seans), albo włączajcie online.
To jest jeden z tych filmów, którego ma się ochotę oglądać bez końca i jeszcze raz, i jeszcze więcej, mimo, że pamięta się prawie wszystkie sceny. Przez cały seans czujesz, jakby wszystko działo się tu i teraz, a ty sam jesteś jednym z bohaterów. Całość wpływa nieco na psychikę i zmusza, by zrobić coś ze swoim życiem. Przynajmniej ze mną tak było i jestem pewna, że jeszcze nie raz obejrzę ten film i dzięki temu będę cały czas coś poprawiać i ulepszać w moim życiu.Oceniam efekt ogólny 9/10, a gdybym miała oceniać z osobna każdą scenę, to kilka otrzymałoby 10/10, a kilka innych 8/10. To tyle, ciao!
Najważniejszy jest... wygląd
Dziewczyno, wyobraź sobie imprezę na której jesteś. Widzisz jakąś inną dziewczynę, która wymiata na parkiecie i zbiera spojrzenia wszystkich mężczyzn, z których co jeden to bardziej napalony. Jednak coś tu nie gra. Ta kobieta jest brzydka! Oj znasz to uczucie, gdy faceci oglądają się za brzydszymi. Czujesz zazdrość, wiem. Ale nie przejmuj się, to normalne.
Bo najważniejsze jest to jak wyglądasz. Pewnie teraz pomyślałaś sobie "Ale ta dziewczyna jest brzydka!". Fakt. Jest z niej brzydula. Ale nie o taki wygląd mi chodzi. Wygląd jest ważny pod względem tego, jak się prezentujesz (choć znów pewnie źle mnie zrozumiałaś). Nie musisz mieć najlepszych ciuchów, no ale szału raczej nie zrobisz wychodząc w łachmanach. Mam na myśli prezentację na zasadzie pokazywania swojej osobowości przez zachowanie. Bo możesz przecież być dobrze ubrana, mieć drogie ciuchy, możesz być idealnie pomalowana, ale stać w kącie i nie udzielać się społecznie (O! już chyba lepiej wytłumaczyłam!).
Można powiedzieć, że nie chodzi o wygląd, tylko o wrażenie (trochę skłamałam tytułem wpisu, ale cii, nic nie wiesz). Jednak powiedzmy sobie szczerze. Zbyt wiele to nam nie wyjaśnia.
Najważniejsze jest wrażenie.
Każdy ludź ma coś takiego jak osobowość. Każdy potrafi się przedstawić mniej lub bardziej obszernie. Teoretycznie większe szanse na społecznie dobre życie ma ten drugi. Jednak w praktyce wygląda to tak, że osoby z pierwszej grupy mają tyle co pewne życie społeczne na poziomie po prostu przeciętnym. Ludzie z drugiej kategorii mają albo doskonałe, perfekcyjne wręcz życie w społeczeństwie, albo zupełnie odwrotnie - mają ostatnie miejsce w szeregu i jedzą ochłapy. Rzekłabym nawet, że każda osoba z tej grupy należy do obu jej rodzajów (później wyjaśnię). W której z tych dwóch grup społecznych widzę przyszłość? No jasne, że w obu! Tacy ludzie wzajemnie się doskonale dopełniają. Osoby z grupy drugiej (ci co są jednocześnie i guru, i tymi na końcu z podkulonym ogonem) wyznaczają trendy. A osoby z pierwszej grupy społeczeństwa tylko za nimi podążają.
Ludzie charyzmatyczni charakteryzują się tym, że potrafią się wypowiedzieć publicznie, uważani są też za inteligentnych (i tacy też są), jednak wypowiadając się, muszą trafić na odpowiednich słuchaczy. Jeżeli trafią na nieodpowiednich - lądują na szarym końcu, a na imprezach ściany podpierają. Jeżeli zaś grupa słuchaczy będzie mu przychylna, to stanie się on guru dla owej części ludzi.
A jak to się dzieje, że ludzie krótko wypowiadający się (pewniacy społeczni), jednego charyzmatycznego wrzucą na koniec, a drugiego będą czcić? Bo oni też mają mózgi. Tylko może trochę gorzej je obsługują.
Każdy guru jest guru, a każdy guru może mieć swojego guru, choć cenniejszy dla guru jest przyjaciel.
Ten dzień, gdy przychodzi ona i chce wypić z tobą wino... którego spragniony nie jesteś
Przyszła znienacka, wczoraj. Jednak w ów dzień była naprawdę słaba, teraz zdecydowanie się nasiliła i żyje się z nią okropnie. Sprawia, że mam okropne samopoczucie, męczy tak strasznie jak żaden człowiek i do tego przez nią ludzie ode mnie odchodzą. Może i tylko na kilka dni, ale jednak.
Głupia. Nie daje się na niczym porządnie skupić, przez co mam naprawdę marne efekty jakiejkolwiek pracy. Nikt tak właściwie jej nie lubi, z reguły wszyscy uciekają od niej jak najdalej, chociaż czasem jest pomocna, gdy potrzebujemy wolnego czasu na przemyślenia. Lecz nie koniecznie odpoczynek.
Osobiście nigdy jej nie lubiłam, chociaż ogólnie bardzo rzadko się do mnie przyczepiała, powiedzmy, że raz na rok. I to ruski. Więc od razu widzę plus. Chociaż to też tak nie do końca. Najlepiej by było, gdyby zniknęła na zawsze. Mogłabym się wtedy skupić na owocnej pracy, tylko nie jestem pewna, czy takie oderwanie od codziennych, monotonnych czynności, nie jest czasem lepsze od samej pracy. No, być może.
W każdym razie raczej przez najbliższych paręnaście (ba! parędziesiąt, jak nie kilkaset) lat nie pozbędziemy się jej. W sumie gdyby ludzie nie wyjeżdżali, to nie przywoziliby jej ze sobą. No ale to nie do końca tak wygląda...
No bo gdyby pogoda była cały czas taka sama. Oj, byłoby pięknie, nie męczyłabym się tak teraz. I wielu innych ludzi też - nieważne z jaką wersją owej istoty (tej z którą dzielimy niechciany kieliszek, napełniony winem oraz pokój/mieszkanie, a nawet czas).
Bo ona jest jak takie oprogramowanie naszego urządzenia - każda jego kolejna wersja wydaje się być lepsza. A poprzez niedoskonałe, zbliżamy się do coraz to lepszych. Ale gdy tak nagle dopadnie cię bardzo silna, wielka choroba, to marne szanse, żeby poszła sobie w ciągu pierwszego tygodnia.
Leżę w łóżku. I w sumie mam nadzieję na szybki powrót do zdrowia, ale marnie się to zapowiada. No zobaczymy. Przecież pisać nie przestanę.
Nie lubimy być czarni
Są na świecie ludzie, którzy wyróżniają się z tłumu. Przyciągają wzrok i budzą w nas ciekawość. Widząc takie osoby, pewnie zadajesz sobie pytania w stylu "a po co on to robi?", "a dlaczego?", "z jakiej racji?". A na końcu może stwierdzasz "szmaciarz"(?). No dobra.
Wychodzę z założenia, że dobrze jest być świadomym wielu rzeczy. Ot, na przykład skąd odmienny wygląd przeciąga wzrok całej reszty. W sumie to nie jest aż tak skomplikowane. A jeśli odpowiesz "bo są inni", to normalnie w papę masz - jak się wypowiadasz to chociaż porządnie wyjaśnij, a takiej tezy za bardzo nie rozwiniesz. No chyba że zdolniacha jesteś. Ale wątpię. No. W każdym razie masz szczęście, bo masz mnie. A ja ci to wszystko wytłumaczę.
Zauważ, że żyjesz w większości wśród niewyróżniających się osób. Wszyscy podobnie się ubierają, zachowują, każdy ma smartfona w kieszeni i internet w domu. Wywnioskować z tego możesz, iż po prostu przyzwyczajony jesteś do szarej codzienności. I fakt, zdecydowanie masz rację, no ale co dalej..?
Siedzę teraz w pokoju. Kolejnym, najzwyklejszym pokoju, pomalowanym na 3 kolory, niezbyt jasne, ale światło wpływa do niego przez dwa dachowe okna.
Wyobrażasz go sobie teraz i pewnie widzisz niewielki, szary pokój na poddaszu i nic zapewne nie wyróżnia go spośród innych. Prawda? To teraz dodam ci więcej szczegółów, lepiej go określę, a ty stwierdzisz, czy coś wyróżnia to pomieszczenie spośród pokoi, które zazwyczaj widujesz.
Jest długi. Nawet bardzo. Podłoga wyłożona jest klasycznie z paneli, jednak wydaje się, jakby cała była z białej kawy, która rozlała się i spływała na jednym z końców pokoju wprost pod szafę i wpływała na ścianę, która jest w dokładnie takim samym kolorze. Dużo ciepła daje tutaj pomarańcz, jak na egzotycznych drzewach, rosnąca tak gęsto jak nigdzie indziej, kolorując niebo (tudzież ściany skośne, dachowe). Jasne meble świetnie współgrają z kawową podłogą i każdą ze ścian, jednak wyróżnia je coś jeszcze. Zieleń. Kilka szuflad i szafek jest w kolorze zielonym, przez który ma się wrażenie pobytu w sadzie, a w połączeniu z pięknym pomarańczem, po prostu marzenie! Sad pomarańczy. Często siedzę "w nim" na fioletowym dywanie, przez co wydaje mi się jakbym siedziała na takim kocu pomiędzy drzewami. Lubię też siadać na kanapie, która również zachwyca pomarańczowym kolorem, choć z domieszką rudego. A leżąc na niej czuję się jak gdybym w wakacyjny dzień położyła się na plaży i obserwowała niebo, gdyż stoi ona tuż pod oknami. W drugim końcu pokoju, może nieco mniej malowniczym, a trochę przyciemnionym stoi niebieskie łóżko. Wciśnięte w kąt, tak, by zasypiając promienie księżyca w pełni, nie maltretowały moich oczu i nie wybudzały mnie ze snu. Tuż obok stoi stolik nocny, na którym odkąd pamiętam stawiałam budzik, który co rano budził mnie swoim głośnym jękiem, który przypominał bardzo wyrazisty krzyk kobiety. Kawałek dalej, nieco bardziej na środku pomieszczenia stoi biurko, do którego siadam codziennie pisząc piękne i piękniejsze opowiadania, by szlifować swoją pasję. Przy tym miejscu pracy stoi niebieskie krzesło obrotowe. Jest ono niesamowicie wygodne, choć kolorem pasuje tylko do łóżka...
Czy teraz widzisz w nim coś odmiennego? Jeżeli jesteś osobą nieco wrażliwą, która uwielbia czytać, to na pewno oczy ci się zaświeciły i w twoim umyśle pojawiła się myśl na kształt "Ja też chcę!". Z resztą nieważne. Na pewno zauważyłeś, jak bardzo kolorowy ten pokój jest.
I tutaj kryje się odpowiedź na pytanie, co sprawia, że zwracamy uwagę na jedno, a na drugie nie. Mówiąc bardzo ogólnie to wygląd i - jeśli czytamy o czymś - opis. Ale nie do końca o to mi chodzi.
Stawiam stówę, że gdybyś wszedł do tego pokoju i miał możliwość zamieszkania w nim, to nie zdecydowałbyś się na niego. Sens tkwi głębiej, chodzi o wrażenie i położenie (w przypadku mieszkania). Zachwycasz się czymś odmiennym, czymś kontrowersyjnym, ale nie wybierzesz tego. Bo ty lubisz kontrowersje, chwalisz je lub plujesz na nie. Ale sam boisz się być kontrowersyjny.
No bo przecież "Co sobie ludzie pomyślą?!"
Ludzie zawsze będą myśleć i obgadywać. A ty zawsze będziesz tym czarnym. Bo czarny równa się obmawiany.
Jesteś czarny, ale czarnych nie lubisz, plujesz na nich lub zachwycasz się nimi. Jesteś wyjątkowy, lubisz wyjątki, ale nie lubisz wyjątkowości pokazywać. Plując na unikatowych, plujesz na siebie. A swoich się nie opluwa.
Prawo kobiety
Natura kobiety jest jaka jest, wszyscy ją doskonale znamy, choć nie każda osoba płci pięknej zdaje sobie z tego sprawę. Może to dobrze? "No ale ja lubię być czasem suką..."
W ostatnim czasie zastanawiałam się, co by było, gdyby tak każda kobieta, co do jednej, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jaka jest i jaką suką potrafi być.
Niektóre, wiedząc o tym bardzo dobrze, wykorzystują swoje moce, by kusić mężczyzn. Inne nie tolerują tego i starają się nie nadużywać swych zdolności, choć i tak mają humorki. Jest jeszcze jedna warstwa. Kobiety nieświadome swoich zachowań. To właśnie ta część jest najbardziej irytująca ze wszystkich. Wszystko wiedzą najlepiej, działają tak emocjonalnie jak nikt inny. Irytują wiele kobiet, ale również mężczyzn. Są przede wszystkim puste. Lub - ładniej mówiąc - próżne i... łatwe.
Mam radę dla mężczyzn. Przetestujcie swoje kobiety. Bo ta ostatnia warstwa płci pięknej jest całkiem liczna i nie nadaje się na żony. Obserwuj jej zachowanie, nie jest trudno zauważyć jaka kobieta jest. Jeśli uwodzi, to dobrze; jeśli zastanawia się nad odpowiedzią, jest całkiem spokojna, mówi co myśli, ale zastanawia się nad słowami tak by nie urazić drugiej osoby, to również bardzo dobrze (a nawet lepiej niż w sytuacji pierwszej). Jednak jeżeli reaguje za każdym razem bardzo emocjonalnie, najpierw mówi potem myśli, a do tego często chichocze przed odpowiedzią, zostaw ją. Nie zasługuje na ciebie.
Ale pamiętaj jedno. Każda kobieta marudzi, wielu rzeczy nie toleruje i wielu rzeczy może nie rozumieć, jednak zawsze, ale to zawsze na rację.
Czy to paradoks? Nie. Nie dla nas. Nie dla kobiet. Zrozum, mężczyzno.
Jak szybko schudnąć 10 kg?
Gdybym trzymała się ogólnie przyjętych schematów pisania, które uważane są za dobre, w tym miejscu widniałyby słowa głoszące, jak to ważna jest piękna figura i o tym, jaki to niepowtarzalny sposób na schudnięcie znalazłam. Otóż nie. No... dobra, przyznam się. Całość dotyczy odchudzania, ale nie do końca. Przeczytaj, a dowiesz się (nie ma pieprzenia o dupie Maryni, jak to ważne zdrowie jest).
Szczerze? Nie lubię diet. Ich stosowanie jest dla mojego mózgu jak dla ćmy światło. Tylko pogarsza sprawę. Zdaję sobie sprawę, że piękna figura jest dla większości kobiet tematem, ciągnącym się w nieskończoność - nigdy się nie znudzi. W sumie fakt.
Jakiś rok, albo dwa lata temu non stop katowałam się dietami. Nawet niektóre lubiłam. A teraz szczerze nienawidzę. Aktualnie wychodzę z założenia, że gdy przebiegnę (powiedzmy) kilometr, to należy mi się ta czekolada. Tak by uzupełnić braki kaloryczne. I z tego co zauważyłam, nie wpływa to na mój organizm negatywnie - wręcz przeciwnie! Ahh ten hormon szczęścia wytwarzany podczas treningu! A dopraw go czekoladą, to natychmiast pojawi się uśmiech na twojej twarzyczce smutaśnej wcześniej!
Chcesz wiedzieć jak takie - jak to określiłam wcześniej - "doprawianie" biegania słodkościami, działa na organizm? To proste - o hormonach już mówiłam, ale ważniejszym faktem jest to, że mięśnie są cięższe od tłuszczu. Tak więc jeżeli 100 gram tłuszczu nie zmieściłoby ci się w jednej dłoni, tylko w dwóch - tak 100 gram mięśni zajęłoby ci tylko jedną rękę.
Wniosek? Waga kłamie. Możesz ważyć więcej niż teraz i być szczuplejszą. Mierz się. Słodycze nie mają nic do tego. Mięśnie i tak zostaną, co najwyżej może będą troszkę później widoczne. Ale to nic. Ważne, że będą.
Jadąc autobusem
Obok ciebie siedzi bardzo przystojny mężczyzna/bardzo piękna kobieta. Masz brudne myśli, ale nie dajesz rady wycisnąć z siebie ani słowa. Po chwili on/ona wysiada z pojazdu, a twój umysł skupia się tylko na tej osobie. Czujesz się zmieszany całą sytuacją, bo widziałeś zainteresowanie drugiej osoby, a nie zagadałeś.
A teraz rycz. Rycz i żałuj, że z twoich ust nie padło nawet jedno słowo w kierunku tego człowieka. Więcej nie dostaniesz takiej szansy. Już nikt się tobą nie zainteresuje. Bo nie zagadałeś.
Odpowiedz sobie na pytanie. Skąd znasz tą sytuację? Czy przypadkiem nie jest ci znana? Oczywiście, że jest.
A ty jesteś tylko kolejnym szarym człowiekiem, który nie ogarnia rzeczywistości tak, jak powinien.
Dam ci radę; usiądź w autobusie tuż obok tego mężczyzny/tej kobiety i po prostu zapytaj, jak mija dzień. Na sercu zrobi się od razu cieplej temu przystojniakowi, czy tam niewieście. Zaufaj mi. Będzie dobrze.
A teraz idź i wygłaszaj moje słowa, gdyż poprowadzą wprost do szczęścia ciebie i wszystkich innych nieszczęśliwych.
PS Wpis tak bardzo krótki, z powodu, że krótki. Ejmen.
Ten dzień, gdy wena jest poza twoim zasięgiem
...nic do ciebie nie dociera, niczego od nikogo nie chcesz, nawet (a raczej przede wszystkim) od siebie. Jesteś odłączony od świata,nikogo nie słuchasz, ani nie słyszysz. Masz ochotę paść i odpocząć od życia. Każdego życia.
Lubię takie chwile.
Pisząc ten tekst, właśnie taki dzień mi przypadł. Całą energię pochłonęło mi wczorajsze spotkanie ze znajomymi, które... odsypiałam dnia dzisiejszego. Ten wpis miał znaleźć się tutaj już wczoraj, jednak to spotkanie... no... wpadłam do domu i gleba... no ten... yy... no wiesz. Nie ważne, przepraszam. Ale mam na swoją obronę, że pisałam już wczoraj ten tekst. Choć do niczego się nie nadawał (w sumie to nic, bo sam pomysł już był).
Czasem w życiu są takie momenty, w których na prawdę masz ochotę odejść od świata chociażby na głupie 5 minut. Wyłączyć mózg i po prostu zniknąć.
To - być może - jest bardzo uciążliwe dla organizmu, bo przecież wiedząc, że koniecznie musisz coś dziś zrobić, a myśli nie przekładają się na to, co zaplanował organizm, to... leżysz (i kwiczysz).
Możesz się zapytać, że przecież "jak to tak pisać bez weny?!". A ja ci odpowiem "ee tam, pisać lubię. Dobrym pisarzem nie można być, nie pisząc codziennie, na jakikolwiek temat.". Są (zapewne) wyjątki, ale prawdopodobieństwo, że przypadł on właśnie mnie wynosi jeden do miliona. Dlatego zabezpieczam się, pisząc codziennie.
Wszyscy lubimy się zabezpieczać. Dosłownie; każdy. To jest fajne, bo nie popadniesz w depresję, która mogła zostać napędzona twoją własną głupotą. A w szczególności nadzieją. Nie starasz się - nie masz. Proste? Proste.
Czasem warto przestać myśleć
Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, czy nie byłoby lepiej raz do czasu usiąść, albo nawet położyć się i po prostu wyłączyć mózg? Bo ja tak. Takim wyłącznikiem umysłu mogłaby być na przykład medytacja (której już próbowałam i szczerze mówiąc, gdy się człek nauczy, to jest to bardzo relaksujące), ale dziś nie o tym. Bo mózgu zupełnie i tak nie wyłączysz.
Nie żyjesz.
Wyobraź to sobie.
Leżysz w szpitalu, podpięty pod ten cały medyczny sprzęt. Słyszysz tylko pikanie, które oznacza bicie serca, swój cichy lecz ciężki oddech i stłumione dźwięki rozmów z korytarza. Nagle przypomina ci się, co tak naprawdę się wydarzyło. Szedłeś chodnikiem, ale nie możesz przypomnieć sobie dokąd. Była ponura, deszczowa pogoda i miałeś na sobie kurtkę przeciwdeszczową, założony kaptur, a głowę chyliłeś na tyle, że widziałeś tylko swoje ubłocone buty i kilka kałuż naokoło. Słyszysz nadjeżdżający ze sporą prędkością samochód, jest coraz bliżej ciebie, nagle pisk opon, zdążyłeś podnieść głowę i zobaczyć moment, gdy samochód wjeżdża w ciebie. Wpadł w poślizg. Starasz się o tym zapomnieć, więc "wracasz" do szpitala, podnosisz głowę (pikanie jest coraz szybsze), zauważasz, że brakuje wypukłości pod pościelą tam, gdzie powinna być lewa noga (pielęgniarka wchodzi do pokoju, w którym leżysz i zaczyna coś mówić), twoja głowa opada na miękką poduszkę i od teraz obserwujesz wszystko z punktu widzenia swojej duszy. Widzisz, jak cię reanimują, słyszysz wszystko, co lekarze i pielęgniarki mówią (wręcz krzyczą) do siebie, cała akcja ratownicza odbywa się na twoich oczach. Po trzech minutach serce zaczyna bić, ty wracasz do swojego ciała i już nie słyszysz co kto mówi. Śpisz.
A teraz tylko wróć myślami do tej duszy. Wyobraź sobie, że nią jesteś. Jakie otaczają cię uczucia, jakie myśli? Mnie nic. Tylko cicha obserwacja.
Właśnie. Obserwacja. To ona jest czasem najlepszym sposobem wyjaśnienia sytuacji lub po prostu daje odpoczynek. Oczywiście obserwacja bezstronna, bez uczuć, bez empatii. Tak jakbyś oglądał niewzruszający film.
Zrób sobie czasem taki seans.
Jak nie zrobić sobie krzywdy podczas biegania - słowem o biegowym (nie)bezpieczeństwie
Ja, zapewne podobnie do ciebie, gdy zaczynałam biegać, czułam z tego ogromną radość i satysfakcję, że robię coś naprawdę pożytecznego dla swojego ciała. Jednak gdy zrobiłam sobie pierwszy raz auka, a potem drugi i trzeci - stwierdziłam - dość! Nie biegam już. Długo to nie trwało. Zastąpiłam bieganie orbitrekiem na jakiś czas. Ale to nie to samo.
O bezpieczeństwie w bieganiu mówi wiele portali, z których część cenię (mój ulubiony to Trening Biegacza, bo to właśnie tam sięgałam pierwszych rad - taki mój mały sentyment). Szczerze mówiąc na tego typu stronach znajdziecie sporo dobrych rad. Jednak jedno jest pewne - nigdy do końca nie dowiecie się tam, jak tak na prawdę zacząć, tylko - co najwyżej - jak biegać. A i proszę, zanim sięgniesz po porady jakiegoś portalu, zapoznaj się z tym, co przygotowałam dla ciebie ja. Nie będzie strasznie, dużo czasu ci to nie zajmie.
Pewnego dnia powiedziałam do siebie "zaczynam biegać, ale jak śniegu tyle nie będzie". Dobra, spoko. Śnieg zniknął, a ja jakiś miesiąc później, gdy było już na prawdę cieplutko (bodajże kwiecień), zaczęłam biegać. A dopiero wtedy z racji, że sprawiłam sobie buty do treningu (tak w ogóle to super sprawa! Daje motywację, żeby pieniądze wydane na buty się nie zmarnowały).
Ok. Zaczęłam biegać. No i co dalej? Ano biegałam sobie, aż pojawiła się pierwsza kontuzja. Zdaje się, że zwichnięta kostka. W każdym razie chodzić mogłam, tylko mnie bolała od nadmiernego wysiłku. Przyznam się, że nosiłam tylko bandaż i po kilku dniach (może tygodniu), miałam ochotę pobiegać. No więc elastyczny bandaż założyłam i buty ciasno zawiązałam, po to, by mieć jak najlepiej usztywnioną nogę. A potem biegałam. Całkiem często.
Drogami leśnymi.
I co w tym złego, kostkę wyleczyłam, ale zaraz po tym jak zdjęłam bandaż, pojawiła się kolejna kontuzja. I jeszcze kilka takich. A potem wyjechałam w góry i poprawiłam sobie. Ale dałam radę. Żyję, chodzę, zdrowa jestem.
Każda z tych kontuzji powstała w momencie, gdy biegnąc, zwalniałam, zmieniałam kierunek biegu lub przez chwilę zbyt głęboko się zamyśliłam.
Problem kontuzji tkwi w koordynacji ruchowej. Przecież to tak oczywiste!
Podsumowując; nie ma czegoś takiego jak kontuzja spowodowana bieganiem. Te wszystkie uszkodzenia ciała powstają pod wpływem nieodpowiedniego jego ruchu. Więc najpierw naucz się dobrze ruszać, bo nawet na bieżni, stepperze lub orbitreku krzywdę sobie zrobisz. A na dodatek... nie myśl tyle do cholery!
Proste? Proste.
Banalne wręcz.
Z inteligencją to tylko od narodzin.
Inteligencja jest czymś naturalnym, czymś co trudno zdefiniować. Charakteryzuje się nieopisaną intuicją i chęcią nauki. Niekoniecznie tej szkolnej. Inteligentnym nie jest się tylko w jednej sferze życia. Fakt - od jednej się zaczyna, ale osoba inteligentna zawsze będzie pogłębiać swoją wiedzę na każdy temat, bardziej od większości.
Inteligencji nie da się nabyć. Ona po prostu jest. W przeciwieństwie do mądrości.
Mądrość wywodzi się z doświadczenia, wiedzy... Którą można nabyć przypadkowo. Lub nie. Celowe działania by zdobyć wiedzę, wcale nie muszą oznaczać inteligencji człowieka. Może to być najzwyczajniej parcie na kasę. Taki mały przykład. Pewnie zauważyłeś, że gdy chodziłeś do szkoły, zawsze w klasie znalazła się taka osoba, która mianowana była na "najmądrzejszą", "najlepszą", "najbardziej inteligentną" itd. Z doświadczenia wiem, że to są osoby, które siedzą dzień w dzień nad szkolnymi książkami, żeby wszystko zapamiętać, byle tylko zdobyć stypendium. Czy tam być prymusem dla nauczycieli. Oczywiście nie wszyscy tacy są. Wśród tych najlepszych, faktycznie są inteligentni (ze świecą szukać - jeden na szkołę. Może dwóch). Na forum potrafią mądrze i na poziomie się wypowiedzieć, powalają rewelacyjnymi, wyjątkowymi pytaniami na kolana, nie tylko swoich rówieśników, ale też własnych mentorów. Takie osoby osiągają coś bo są inteligentne. Mają cel.
Właśnie. Cel. Czym on właściwie jest?
Sporo osób wyznaje, że cel to marzenie z datą realizacji. Coś w tym jest, ale ja mam nieco odmienne zdanie na ten temat.
Dla mnie pojęcie "cel" dzieli się na kilka kategorii; chwilowy, długotrwały, przejściowy i życiowy. Już wyjaśniam. Pierwszy jest najmniej ważny; służy do osiągnięcia chwilowej korzyści, która nie ma prawie żadnego wpływu na moją przyszłość, co najwyżej na decyzje, dotyczące podjęcia się kolejnego małego celu. Drugi (długotrwały) długo trwa i może mieć minimalny wpływ na moją przyszłość. Trzeci (przejściowy) to cel, który przybliża mnie do innego celu (np. postawiłam sobie długotrwały cel, by schudnąć powiedzmy 20 kg, to celem przejściowym może być "w tym tygodniu schudnę 2 kg"). Czwarta kategoria jest tą właściwą, ostateczną - cel życiowy. Właściwie każdy mniejszy cel od tego jest celem przejściowym - w mniejszym lub większym stopniu. Osoby inteligentne stawiają sobie ce życiowy i pomniejsze cele, które przybliżają ich do tego największego marzenia. Różnica jest w tym, że inteligentni zazwyczaj są bardziej konsekwentni w dążeniu do własnego spełnienia. Poza tym osoba obdarzona tym niesamowitym darem (chyba mogę to tak określić...), stawia sobie mądre cele. Nie takie, którym wie, że nie podoła.
Jeśli jesteś inteligentny, to potrafisz myśleć logicznie (pewnie jesteś dobry z matmy). Może i należysz do ludzi-wariatów. Jednak do idioty jest ci dalej niż do słońca. Na pewno łatwiej jest ci skupić uwagę, myśli na czymś konkretnym, niż osobom mniej inteligentnym. Sporo zapamiętujesz szczegółów (z naciskiem na "szczegóły"). Pewnie nie raz, będąc na jakimś nudnym wykładzie, dużo z niego zapamiętałeś, mimo, że robiłeś wszystko na przekór wykładowcy - grałeś na telefonie, rozmawiałeś ze znajomymi, przeglądałeś fejsa, albo jakieś tam newsy.
Opowiem wam o takiej sytuacji (autentycznej). Był wieczór, początek grudnia, siedziałam sobie z pewną osobą o 10 lat starszą (ja -naście, on -dzieścia) i rozmawialiśmy. Na tematy przeciętne, jak i nieprzeciętne. Bardzo bym nie skłamała, mówiąc, że rozmawialiśmy o wszystkim. Przez bite 3 godziny (jak nie dłużej), siedzieliśmy i wymienialiśmy się własnymi poglądami i doświadczeniami. W pewnym momencie on powiedział "ostatnio doszedłem do wniosku, że...", nie pamiętam już jakie dalej słowa wypowiedział, ani nawet jakiego tematu dotyczyły. Jednak wiem, że dalej ja odpowiedziałam mu "Naprawdę dopiero teraz do tego doszedłeś? Ja już od dawna żyję w takim przekonaniu" - mówiłam prawdę. Na co on (po chwili zastanowienia), powiedział "Patrz; ja doszedłem do tego teraz, a Ty jesteś o 10 lat młodsza i już to wiesz".
Mała wymiana zdań, a jakby gorąca czekolada oblała przyjemnie moje ego. Chłopak podniósł mnie na duchu, bo w ów dzień nie miałam zbyt dobrego samopoczucia.
Bo inteligentnym trzeba się urodzić. Inteligencji nie zdobędziesz podczas życia, w przeciwieństwie do mądrości. Ale inteligencja jest ceniona bardziej, bo z nią mądrość posiadasz na pewno. Bez niej - niekoniecznie. Co najwyżej suche fakty.
PS Publikowanie przed godziną 7 w weekendy jest beznadziejnym pomysłem. W ogóle publikowanie tak wcześnie. Przestawiam mój blogowy zegarek - w tygodniu niech padnie na wieczór (pewnie około 21), a weekendy przed godziną 13 (a jak się wpis nie pojawi, to zapewne będzie wieczorem ;)).