Show & Tell

roma★

JBB: An Artblog!
art blog(derogatory)

titsay
wallacepolsom

blake kathryn

No title available
Jules of Nature
h
Misplaced Lens Cap
Aqua Utopia|海の底で記憶を紡ぐ
Monterey Bay Aquarium

#extradirty
Cosmic Funnies
No title available
Cosimo Galluzzi

❣ Chile in a Photography ❣

Love Begins

JVL
seen from Belgium
seen from United States

seen from United States

seen from Italy

seen from United States
seen from United States

seen from United States

seen from United States
seen from Brazil
seen from Argentina

seen from United States
seen from Argentina
seen from Argentina
seen from Türkiye
seen from Poland

seen from United States

seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from United States
@libertyneu
25.11.2023 | Jest zagrożony wyginięciem, bo jego woreczek żółciowy wykorzystywany jest w medycynie chińskiej. Andoniedźwiedź okularowy wygrał konkurs
Kanadyjka Jacquie Matechuk polowała na niego przez 11 dni. Pojechała do Ekwadoru, wynajęła przewodnika i wędrując po górach uczyła się wszystkiego o niedźwiedziach okularowych, o których wcześniej nic nie wiedziała. Opłaciło się – duży samiec Tony pewnego dnia wspiął się na stuletnie drzewo figowe i spojrzał w niebo. Tak powstało zdjęcie, które przyniosło jej tytuł Nature Photographer of the Year 2023.
Andoniedźwiedź okularowy (jego charakterystyczną cechą są białe kołnierze wokół oczu, które przypominają okulary – stąd pochodzi jego nazwa) to jedyny gatunek niedźwiedzia występujący w Ameryce Południowej. Jest spokrewniony z wymarłymi pod koniec epoki lodowcowej olbrzymimi, płaskopyskimi niedźwiedziami, które w przeciwieństwie do niego żywiły się mięsem. Tymczasem on jest najbardziej roślinożernym niedźwiedziem ze wszystkich obecnie żyjących: żywi się głównie owocami, jagodami, orzechami, korzeniami, młodymi liśćmi i pędami roślin, a także korą i kwiatami. Świetnie się wspina i często żeruje wysoko w koronach drzew. Niezwykłym zachowaniem tego gatunku jest tworzenie gniazd z gałęzi, które pełnią rolę platformy i są umieszczone wysoko na drzewie. Z takiego gniazda andoniedźwiedź ma lepszy dostęp do pożywienia, odpoczywa w nim, a także zjada przyniesione ze sobą owoce.
To imponujące zwierzę osiągające maksymalnie długość 2 metrów i wagę 170 kilogramów jest narażone na wyginięcie (jest w Czerwonej Księdze Gatunków Zagrożonych). Największym zagrożeniem jest kłusownictwo – ze względu na pozyskiwanie jego woreczka żółciowego do celów tradycyjnej medycyny chińskiej. Dodatkowym zagrożeniem, poza polowaniami oraz postępującym zagospodarowywaniem przez ludzi wysokogórskich siedlisk andoniedźwiedzia okularowego, są zmiany klimatu: podnoszące się temperatury oraz susze. Obecnie żyje ich ok. 13-18 tysięcy, rozproszonych na olbrzymim obszarze Andów.
Trudno więc tego misia uwiecznić na zdjęciu, tym bardziej, że wiodą samotnicze życie. Fotografka przyrody z Kanady, Jacquie Matechuk, pojechała specjalnie do małej wioski Quito u podnóża Andów w Ekwadorze. – Pomógł mi lokalny przewodnik, człowiek o łagodnym usposobieniu, który przez dziesięciolecia niestrudzenie pracował, obserwując, ucząc się i chroniąc ten zagrożony gatunek. Gościnność jego rodziny wykraczająca daleko poza otwarcie domu, otworzyła mi drzwi do zupełnie nowego świata – wspomina Kanadyjka, która współpracuje z organizacją Canadian Conservation Photographers Collective, zajmującą się ochroną dzikiej przyrody.
Przez 11 dni na wysokości około 2500 metrów nad poziomem morza wędrowali ścieżkami w górę i w dół po ścianach kanionu, przechodząc przez strumienie, uciekając przed ulewami i często wspinając się w błocie, aby odszukać niedźwiedzie okularowe. Aż w końcu się udało. W ich naturalnym środowisku i dzięki znajomości każdego niedźwiedzia przez przewodnika, szybko zostali przez nie zaakceptowani. Oczywiście, zachowując dystans. – Zwierzęta karmiły, zasypiały, przytulały się, żerowały i bawiły, nieświadome naszej obecności przy każdym spotkaniu – opowiada Matechuk. – Aż pewnego dnia, często podróżujący w te strony, duży samiec Tony wspiął się na stuletnie drzewo figowe, szukając schronienia przed południowym słońcem. Przeszedł po gałęzi i spokojnie usiadł oparty o pień drzewa. Kiedy nad doliną zaczął padać delikatny deszcz, wstał i odwrócił się, aby spojrzeć w górę...
Fotografka nacisnęła spust swojego Canona R5 z obiektywem RF100-500 i tak powstało zdjęcie "He Looks to the Heavens". Teraz jury cenionego międzynarodowego konkursu Nature Photographer of the Year wybrało je najlepszym w tegorocznej edycji. "Łodygi mchu hiszpańskiego zwisające z drzewa dają niesamowite poczucie trójwymiarowości, podczas gdy miękkie światło przenikające przez srebrzystą zieleń pędów podkreśla głęboki związek między gatunkami i siedliskami" – tak jury uzasadniło Grand Prix dla zdjęcia, a także zwycięstwo w kategorii "Mammals".
W sumie przyznano nagrody i wyróżnienia w 13 kategoriach, m.in. "ptaki", "portrety zwierząt", "zdjęcia podwodne" czy "krajobraz". W tej ostatniej wyróżnienie zdobył Radomir Jakubowski, z pochodzenia Polak, który sfotografował mgłę w górach Wogezy we Francji.
24.11.2023 | Fotografował prezydenta USA, Beyoncé i całe Hollywood. Miał sławę i wpływy... Kolejna modelka oskarża go o gwałt
Minerva Portillo twierdzi, że fotograf mody i gwiazd Terry Richardson odurzył ją narkotykami i zgwałcił podczas sesji zdjęciowej. Hiszpanka twierdzi, że zdjęcia z napaści pojawiły się na wystawie i w jego książce, co pomogło mu stać się gwiazdą, dopóki w 2017 roku nie znalazł się na czarnej liście świata mody po tym, jak wiele modelek oskarżyło go o napaść na tle seksualnym i gwałt. Richardson nie skomentował pozwu, wcześniej stawiane mu zarzuty nazwał "polowaniem na czarownice".
Z pozwu sądowego, który 42-letnia Minerva Portillo złożyła w Nowym Jorku, wynika, że chodzi o wydarzenia z 2004 roku. Reprezentowała ją agencja Trump Model Management, należąca do byłego prezydenta Donalda Trumpa (zamknięta w 2017 roku), która zarezerwowała jej dwudniową sesję zdjęciową w studio u bardzo modnego wówczas fotografa, Terry'ego Richardsona. Modelka, która pracowała dla magazynów takich jak "Vogue" i "Elle", była twarzą kampanii m.in. Marca Jacobsa, Gucci i Lancôme, a także brała udział w pokazach Stelli McCartney, przyleciała wtedy specjalnie z Hiszpanii.
Kiedy przybyła do jego studia, zaproponowano jej drinka i trochę kokainy. Twierdzi, że odmówiła przyjęcia narkotyków, ale wypiła napój, który – jak można przeczytać w dokumentach sądowych – zawierał "substancję odurzającą lub narkotyczną, na której zażywanie nie wyraziła zgody". Zaczęła odczuwać "zawroty głowy, dezorientację i brak pełnej kontroli nad swoim ciałem".
W pozwie twierdzi się, że na planie przebywało dziewięciu pracowników, a Richardson ubrany jedynie w szlafrok zaczął zdejmować jej koszulkę i dotykać piersi. Następnie podobno zaczął ją gwałcić – sprawił, że znalazła się na kolanach, a potem "przycisnął penisa do jej twarzy. Siłą włożył przyrodzenie do jej ust i kazał jej uprawiać z nim seks oralny". Kiedy Portillo się sprzeciwiła, fotograf mocno przytrzymał jej głowę w miejscu, podczas gdy jego pracownicy "wiwatowali" i robili im zdjęcia podczas stosunku. Na koniec poproszono ją o podpisanie dokumentu, w którym zawarto informację, że zdjęcia "nie przedstawiają rzeczywistego zachowania o charakterze jednoznacznie seksualnym", mimo że tak właśnie było. W 25-stronicowym pozwie Portillo twierdzi, że nie wiedziała, co podpisuje, ponieważ angielski nie jest jej głównym językiem.
I choć nie chciała wracać do studia fotografa, jak twierdzi, następnego dnia agencja modelek zmusiła ją do zrobienia kolejnej sesji, a wtedy Richardson przymuszał ją do seksu oralnego w furgonetce. Podobno kiedy zasygnalizowała agencji problemy z fotografem, pracownicy powiedzieli jej, że "zachowanie Richardsona jest powszechnie znane" i że "biorąc pod uwagę pozycję oraz jego wpływy w branży, powinna zignorować jego zachowanie". Zdjęcia, które wtedy powstały, fotograf wykorzystał później na swojej wystawie i w albumie o tym samym tytule "Terryworld" (ze śmiałymi zdjęciami z pogranicza pornografii i sztuki), a te o charakterze jednoznacznie seksualnym w książce "Kibosh", która w 2006 roku była sprzedawana w czarnej folii ze względu na treści dla dorosłych. Nektóre zdjęcia przedstawiające rzekomą napaść seksualną zostały opublikowane też w Internecie.
Jak wynika z akt, publikacja zdjęć "na zawsze zmieniła" jej karierę modelki i że Trump Model Management przestał ją zatrudniać. Hiszpanka, która dzisiaj pracuje dla innej agencji modelek oraz jako stylistka, domaga się odszkodowania za wykorzystanie seksualne oraz zaniedbanie ze strony firmy Trumpa. Dlaczego teraz? 23 listopada upływał ustalony przez tzw. New York’s Adult Survivors Act termin na składanie pozwów dotyczących wykorzystywania seksualnego. Ustawa otworzyła roczny okres na złożenie tego typu roszczeń – te sprawy w przeciwnym wypadku uważane byłyby za przedawnione.
58-letni Richardson, ani jego agent z Art Partner, nie skomentowali zarzutów. Wcześniej stawiane mu zarzuty przez inne modelki nazwał "polowaniem na czarownice". Jego problemy zaczęły się w 2014 roku, gdy w social mediach molestowane przez niego dziewczyny z branży zaczęły upubliczniać przykłady skandalicznych zachowań, np. że oferował sesję zdjęciową w "Vogue'u" w zamian za seks; kazał dotykać swoich genitaliów; żądał seksu oralnego; zmuszał do wypinania pupy, by ją lizać; kazał rozbierać się do naga na castingu – to tylko te najbardziej "niewinne" przykłady. Temat podchwycił magazyn "New York", a potem zainteresowały się nim nie tylko amerykańskie media. I rozpętała się burza.
Gdy w internecie pojawiła się petycja podpisana przez 25 tys. osób, wzywająca znane marki, by przestały zatrudniać Richardsona jako "domniemanego sprawcę przestępstwa seksualnego", w końcu zabrał głos: "Współpracowałem z wyrażającymi na to zgodę dorosłymi kobietami, które miały pełną świadomość natury tych prac. Nigdy nie wykorzystałem oferty pracy lub groźby, by zmuszać kogoś do czegoś, czego nie chciał zrobić". Nikt nie dał temu wiary. W efekcie odcięły się od niego wszystkie ważne magazyny na świecie, z "Time", "Vanity Fair" i "Vogue" na czele, a także znane marki modowe (od YSL i Valentino do Gucci), które od tamtej pory nie zlecają mu żadnych zdjęć. Richardson jest w zawodowym niebycie.
Spadł z wysokiego konia. Jest synem znanego w latach 60. fotografa mody Boba Richardsona, sam zdobył sławę w latach 90. dzięki rozpoznawalnemu stylowi. Spontaniczność i kompletny brak zahamowań - to uderzało z każdego jego zdjęcia. Zarówno w przedsięwzięciach komercyjnych, jak i czysto artystycznych, łamał tabu, sięgał po wątki i konteksty seksualne. Mówi się o nim, że nic nie było dla niego zbyt wulgarne, że nie było dla niego tematów tabu – to jemu przypisuje się stworzenie w fotografii tzw. "porno szyku".
Zresztą na wielu zdjęciach sam pojawiał się w pełnym negliżu, chętnie eksponując penisa i wymowny tatuaż wokół pępka "Punkt G" oraz długiego kciuka, którego chętnie też wsadzał do ust modelkom. Na okładkę "Terryworld" wybrał swój portret, na którym leży w... stroju Adama, chętnie też rozbierał się do rosołu na sesjach, robiąc zdjęcia bohaterom swoich zdjęć głównie w wyuzdanych pozach. Nawet zdjęcia gwiazd - m.in. Lady Gagi, Madonny, Emily Ratajkowski, Kate Moss, Jareda Leto – które wtedy robił należą do najodważniejszych w branży. Był też m.in. portrecistą Baracka Obamy, Rihanny, Beyoncé i całego Hollywood, nakręcił też kontrowersyjny teledysk "Wrecking Ball", w którym kazał Miley Cyrus się rozebrać. Był ulubieńcem całej branży, a sława sprawiła, że stawał do okładkowych zdjęć magazynów razem z gwiazdami, które portretował, a także siedział obok nich w pierwszych rzędach na pokazach mody.
W 2017 roku ostatni raz pokazał się publicznie. Jego przedstawiciel powiedział wówczas "WWD" w ogniu kolejnych oskarżeń o napaści seksualne modelek: "Terry jest artystą znanym ze swoich prac o charakterze jednoznacznie seksualnym, dlatego wiele jego zawodowych interakcji miało charakter seksualny, ale wszyscy bohaterowie jego prac uczestniczyli w nich za obopólną zgodą".
18.11.2023 | "Czuję, że ciągle wchodzę do nowego domu i zawsze jest coś nowego do odkrycia". Rezydencja jak ucieczka na łono natury
Architekt David Thompson zaprojektował Laurel Hills Residence dla swojej czteroosobowej rodziny, chcąc stworzyć dom, w którym będą się stykać dwie najważniejsze dla nich rzeczy: kontakt z naturą z każdej części budynku oraz przebywanie na świeżym powietrzu. Sprzyja temu miejsce: Los Angeles, gdzie łagodny kalifornijski klimat rozpieszcza przez cały rok. Dom jest nie tylko piękny, ale i ekologiczny, za co właśnie zdobył nagrodę AIA CA Residential Design Awards 2023.
Kiedy myślisz o Los Angeles, myślisz o wizerunku. Piękni i sławni ludzie, panoramiczne widoki i miejsca, które zapierają dech w piersiach. To wszystko naprawdę może wywrzeć presję na architektach, którzy tworzą tu domy. Ale David Thompson, założyciel firmy architektonicznej Assembledge+, nie uległ pragnieniu, by skupić się na "widowiskowym obrazie, a nie na treści". Chciał stworzyć dom, który zapewni intymność i prywatność w mieście nastawionym na rozgłos.
Dzielnica Studio City, zbudowana nad Laurel Canyon, to enklawa gwiazd. Mieszkają tu m.in. Leonardo DiCaprio, George Clooney, Ryan Gosling, Bruno Mars, Miley Cyrus czy Selena Gomez oraz sławni reżyserzy, sportowcy i pisarze. Jednak nie jest to zbyt zaludnione miejsce w Los Angeles, dlatego Thompson – pragnąc odosobnienia dla swojej rosnącej rodziny – uznał to za atut. – Naprawdę chcieliśmy stworzyć przestrzeń życiową, która połączyłaby nas z naturalnym otoczeniem – mówi, dodając, że jego największy priorytet stanowią jego dzieci: nastolatka i dziewczynka w wieku przedszkolnym. Rodzina chciała przestrzeni, która byłaby dla nich jak najlepsza, a jednocześnie dawałaby wszystkim możliwość cieszenia się klimatem południowej Kalifornii.
Rodzina Thompsonów mieszkała w tym domu przez dwa lata, zanim założyciel Assembledge+ zdecydował się w 2020 roku na przebudowę. – Pod każdym względem Laurel Hills Residence jest zupełnie nowy, ale staraliśmy się robić jak najmniej, aby zmienić otaczający nas krajobraz – tłumaczy dlaczego minimalistyczny wystrój płynnie łączy wnętrze z zewnętrzem.
Dom zmienia się co godzinę. Światło słoneczne przenika przez szklane ściany i okna, rzucając cienie w kształcie gałęzi na białe i czarne ściany oraz drewniane podłogi. To nie jest martwy dom. Ruch widać w szczegółach materiałów, cieniach i mieszkańcach, którzy przechadzają się pomiędzy trzema parterowymi bryłami połączonymi ze sobą szklanymi korytarzami, rozmieszczonymi wokół dwóch przestrzeni zewnętrznych. W centrum znajduje się dziedziniec, a w ogrodzie na tyłach basen. W przeciwieństwie do wielu kultowych domów w Los Angeles, które skupiają się na panoramicznych widokach na miasto, Laurel Hills Residence oferuje doświadczenie do wewnątrz i związek z otaczającą naturą. Thompson chciał, aby sprawiała wrażenie płynnej, a korytarze łączące pawilony przypominały strumień, który niegdyś przepływał przez posiadłość.
Według jego żony, Jamie, osiągnął cel. – Czuję, że ciągle wchodzę do nowego domu i zawsze jest coś nowego do odkrycia. Zwykle jest to subtelne i piękne, i to mnie inspiruje – opowiada magazynowi "Dwell".
Trzy pawilony zbudowane są z prostych materiałów – okładziny z czerwonego cedru, dachy z ciemnej płyty cementowej, ściany ze szkła – i połączone są szklanymi korytarzami stwarzającymi wrażenie spaceru wśród natury. Każdy z pawilonów pełni inną funkcję mieszkalną. Największy jest dzienny – znajduje się w nim kuchnia, jadalnia, z trzema schodkami prowadzącymi do oddzielnych przestrzeni przeznaczonych na pokój rodzinny i salon. Jednym z ulubionych miejsc Thompsonów jest mała część wypoczynkowa ze świetlikiem w dachu. – Czasami, gdy spojrzysz w górę, oko gubi się w niebie lub gwiazdach. Ta ramka daje okno na nieboskłon – mówi Jamie, która docenia także duże ściany okienne, które można rozsuwać, by cieszyć się świeżym powietrzem i łatwym dostępem do natury, co jest ważne także dla córek i dwóch psów. I to nie tylko w dzień. – W nocy, kiedy okna są otwarte i słyszysz pohukiwanie sów, wycie kojotów lub widzisz gwiazdy poruszające się po niebie, to jest po prostu cud – zachwyca się Jamie.
Laurel Hills Residence musiała być też praktyczna, wygodna i ekologiczna. Jest więc nie tylko wyposażona w technologię inteligentnego domu, ale i luksusowe materiały i meble. Pomalowane na biało ściany i sufity oraz jasna drewniana podłoga rozciągają się w całym wnętrzu rezydencji o 455 m². Duża powierzchnia domu pozwalała na zainstalowanie ponad 50 paneli słonecznych, dzięki czemu jest on ekologiczny, a nadwyżkę energii może odprowadzić do sieci miejskiej. Do tego dochodzi system gromadzenia wody deszczowej.
I za to docenili ją teraz jurorzy tegorocznego konkursu AIA CA Residential Design Awards, organizowanego przez Amerykański Instytut Architektów w Kalifornii. W tym roku wybrano szesnaście zwycięskich projektów, które najlepiej łączą doskonałość projektową i innowacje w zakresie zrównoważonego rozwoju. Nagrodę Climate Action Award 2023 zdobyła Laurel Hills Residence.
15.11.2023 | Ukryta strona sztuki: muzeum pokazuje odwrotną stronę arcydzieł malarstwa. Co kryją tyły? Wystawa jakiej jeszcze nie było!
Nowa wystawa w Muzeum Prado w Madrycie odwraca się plecami do zwiedzających. Dosłownie. Zamiast przodu słynnych obrazów po raz pierwszy możemy spojrzeć na "rewersy". Wśród 105 arcydzieł są m.in. tył "Las Meninas" Velázqueza, kilka części oryginalnych podpór "Guernici" Picassa, autoportrety Goi, Rembrandta i Van Gogha, a nawet pobożna zakonnica, która na odwrocie dzieła odsłania... gołą pupę.
Co kryje się na odwrocie obrazów wiszących na ścianach muzeów? Kurz i pajęczyny czy zwykła ciemna tektura? A może plastik, którym są zaklejane tyły, aby zapobiec przedostawaniu się brudu? Dotychczas każdy zwiedzający mógł jedynie puszczać wodze fantazji, ponieważ możliwość głębszego wejścia w dzieło dawnych mistrzów była znikoma. Dostęp do tyłów obrazów to przywilej przysługujący wyłącznie restauratorom, konserwatorom, autoryzowanym badaczom, firmom transportowym, kolekcjonerom i ramom – no i oczywiście artystom. Muzeum Prado w Madrycie przełamuje tabu – odwracając się od swoich gości. Wystawa "Reversos" bada tyły i ramy dzieł sztuki, aby odkryć ich historie, tajemnice i znaczenia.
Według dyrektora Prado, Miguela Falomira, geneza pierwszej takiej na świecie ekspozycji leży w obrazie "Las Meninas" ("Panny dworskie") Velázqueza, na którym XVII-wieczny malarz hiszpański przygląda się zwiedzającym zza ogromnego płótna, nad którym pracuje. – Wystawa ma nam przypomnieć o czymś, czego, jak sądzę, Velázquez również chciałby, gdyby tu był. A mianowicie o tym, że sztuka – a w szczególności malarstwo – to nie tylko sam obraz – powiedział "Guardianowi".
Dlatego gości "Reversos" wita nie pełny blask najsłynniejszego dzieła mistrza, ale surowe i naturalnej wielkości reprodukcja rewersu obrazu. Faksymile powstawało przez dwa lata w pracowni Vika Muniza, który skrupulatnie dopasowywał wymiary i materiały tylnej części dzieła Velázqueza. Brazylijski artysta odtworzył nawet te same plamy i nity na korpusie z drewna sosnowego, a także małą tabliczkę z numerem inwentarzowym Prado.
– Dzieła sztuki są trójwymiarowe; skupiając się wyłącznie na obrazie, będącym reprodukcją danej chwili zatrzymaną w czasie, uzyskujemy pewne informacje, ale wiele nam brakuje, jeśli chodzi o wszystko, co dzieło oznacza jako przedmiot. Lubię powtarzać, że kiedy widzisz jakiś obraz, jego tył i ramę, to tak, jakbyś stał przed odkryciem archeologicznym, w którym każda warstwa ma swoją historię do opowiedzenia – wyjaśnia dyrektor muzeum.
W tym celu kurator wystawy, Miguel Ángel Blanco, zebrał 105 dzieł takich artystów jak m.in. René Magritte, Vincent van Gogh, Goya, Rembrandt, El Greco, Sophie Calle i Michelangelo Pistoletto, pochodzących ze zbiorów Prado oraz z 29 międzynarodowych muzeów i kolekcji sztuki. Zainstalował je w dwóch salach pomalowanych na czarno, chcąc stworzyć "atmosferę przypominającą jaskinię", gdzie tajemnica zostaje odkryta. Niektóre prace można oglądać z obu stron, inne odwrócono stroną do ściany, aby lepiej wyeksponować to, co zdobi ich plecy, a co tak długo pozostawało niewidziane. Tyły tych płócien odsłaniają zupełnie inną rzeczywistość: na niektórych widnieją szkice lub pieczęcie artysty, na innych stemple przypominające o pochodzeniu dzieła, a jeszcze na innych znajdują się całe inne obrazy.
W Prado pokazano też często podróżujące i wyglądające na zniszczone drewniane podpory, które niegdyś zabezpieczały "Guernicę" Pablo Picassa, lub obraz Salomona Konincka przedstawiający filozofa, którego rewers zawiera wycinek prasowy nekrologu i inne znaki wskazujące, że był on kiedyś częścią kolekcji, która została skradziona żydowskiemu właścicielowi przez nazistów. Ciekawe są też eksponaty, które pokazują w jaki sposób tyły obrazów służą jako przedłużenie twarzy, czyli proces twórczy artysty. Przykładem jest "Ekstaza Marii Magdaleny" (1585–1600) Annibale’a Carracciego, który ma na odwrocie rysunki wykonane czarną kredą przez uczniów włoskiego malarza. Tymczasem na odwrocie płótna Vicente Palmaroli zapisano pejzaże i notatki artysty.
W części poświęconej malarstwu dwustronnemu można zobaczyć najbardziej kuszące dzieło, które trafia w sedno wystawy. To "Klęcząca zakonnica" (ok. 1731) Martina van Meytensa, gdzie tytułowa postać pochyla się nad modlitewnikiem w czasie modlitwy, a z zakratowanego okna spogląda na nią ksiądz. Jednak widok z tyłu nie jest już tak "grzeczny", bowiem zdradza, na co spogląda bohater drugiego planu. Malarz na odwrocie bezczelnie namalował zakonnicę od tyłu, z podciągniętym habitem, odsłaniając gołą pupę. – To doskonały przykład zdjęcia pornograficznego, ukrytego na odwrocie, należącego do ambasadora Szwecji w Paryżu, który trzymał go w ukryciu i pokazywał jedynie specjalnym gościom – kurator "Reversos" wyjaśnił "El Pais".
Wystawa jest podzielona na dziesięć sekcji. Dyrektor Prado porównuje ją do "Alicji w Krainie Czarów": – To jak wejście do innego wymiaru, którego nie ma, wymiaru ukrytego, ale niezwykle ważnego i będącego w równym stopniu częścią dzieła, co frontu.
Wystawę "Reversos" można oglądać w Prado w Madrycie do 3 marca 2024.
12.11.2023 | Potęga natury Amazonii nieporównywalna z żadną inną. Poczuj fotografie Sebastião Salgado opuszkami palców
Sebastião Salgado przez siedem lat podróżował z aparatem po większej prawie 20 razy od Polski Amazonii, by udowodnić, że nasze konsumpcyjne społeczeństwo jest odpowiedzialne za zniszczenie planety i dać nadzieję, że jeszcze możemy ją uratować. To ostatni projekt wybitnego brazylijskiego fotografa, w którym uwiecznił lasy deszczowe, rzeki na ziemi i te "latające" na niebie, góry i zamieszkującą je rdzenną ludność. Powstał z tego album "Sebastião Salgado. Amazônia", który teraz jest w nowej, wyjątkowej wersji: dla niewidomych lub niedowidzących dzieci i dorosłych.
Przez pół wieku pracy fotoreportera, który podróżował do ponad 120 krajów na całym świecie, uwieczniał głównie ludzi i całe zło, które ich spotyka: od wojny do biedy. Ale ostatnie dwa wielkie projekty w karierze poświęcił przyrodzie, którą spotyka zło ze strony... człowieka. Najwięcej serca oddał dokumentowaniu Amazonii, która obejmuje dziewięć krajów, z czego 60 procent znajduje się w granicach Brazylii. – Dla mnie jest to ostatnia granica, tajemniczy wszechświat sam w sobie, w którym ogromna moc natury jest odczuwalna jak nigdzie indziej na Ziemi. Oto las rozciągający się w nieskończoność, który zawiera jedną dziesiątą wszystkich żywych gatunków roślin i zwierząt, największe na świecie naturalne laboratorium. To świat zapierający dech w piersi – opowiada 79-letni Sebastião Salgado.
W latach 2013-2020 odbył wiele wycieczek do tego raju. Fotografował nawet część Amazonii, której nikt nie zna: jej góry. Są tak daleko, tak niedostępne, że może tam polecieć tylko jeden mały samolot. Pomogła armia brazylijska, która ma bazy w lesie deszczowym z paliwem do małych samolotów i helikopterów – i latał z nimi po całej Amazonii. Widział Amazonię z lotu ptaka, ale widział też od wewnątrz, tygodniami żeglował po amazońskich rzekach, słuchał muzyki lasów, śpiewu niespotykanych nigdzie indziej ptaków, hałasu deszczów. I widział też coś, co jest tylko tutaj: rzeki na niebie, tak zwane "rios aéreos" (latające rzeki), czyli ruch dużych ilości pary wodnej, którą wytwarza las, a transportuje atmosfera z dorzecza Amazonki do innych części Ameryki Południowej. Tu, jak mówi fotoreporter, siłę natury czuć najbardziej, bo Amazonia produkuje aż 6 procent całego tlenu, jakim oddychamy i zawiera 1/10 wszystkich gatunków roślin i zwierząt na Ziemi.
Odwiedził też dwanaście społeczności Indian, które zgodziły się go przyjąć (nie spotkał się nigdy z plemionami, które nie chcą kontaktów ze światem zewnętrznym). Niektóre pobyty trwały cztery lub pięć tygodni – w towarzystwie antropologów, tłumaczy, co najmniej dwóch marynarzy, kucharza i różnych specjalistów. Ponieważ tubylcy są szczególnie podatni na zewnętrzne wirusy i bakterie, Salgado i jego ekipa musieli przejść dokładne badania lekarskie i spędzić tydzień w kwarantannie przed wyjazdem do lasu. Ale udało się! Udokumentował codzienne życie plemion rozsianych po całym lesie deszczowym: od polowań i wypraw wędkarskich, po tańce i rytuały. – W Amazonii istnieje chyba największe na świecie skupisko różnych kultur na zamkniętym obszarze. Mówią w sumie w dwustu różnych językach i wciąż kultywują pierwotną mądrość współżycia z przyrodą, którą myśmy zatracili już dawno temu – opowiada, ostrzegając jednocześnie, że to wszystko może się skończyć. – Są zasmuceni, słysząc wycie maszyn i wycinanie drzew, martwi ich to, że farmy są coraz bliżej ich wiosek. Nieustannie zagrażają im rolnicy, górnicy, sekty religijne… Mówią łagodnie, bez agresji. Ale są całkowicie bezsilni wobec karabinów maszynowych, podczas gdy sami mają jedynie łuki i strzały. Absolutnie musimy ich chronić. I chronić las, bo inaczej znikną wraz z nim – grzmi Salgado.
Podczas tych podróży prawie stracił oko i przeszedł dwie operacje kolana, ale wyszedł odmieniony. – Mogę bez wahania powiedzieć, że nawet po karierze pełnej niezwykłych doświadczeń nic nie sprawiło mi większej radości niż praca z rdzennymi społecznościami. Dzięki nim odkryłem na nowo życie, jakie prowadziliśmy tysiące lat temu – podsumowuje.
Rezultatem tego najbardziej ambitnego i najszczerszego w jego długiej, bogatej karierze projektu jest ponad 200 zachwycających czarno-białych fotografii – tak kluczowych dla estetyki Salgado – które są niemal malarskie w swojej gęstości i niuansach. To m.in. hiperrealistyczne formacje chmur nad Arquipélago de Marauiá, niesamowite światło Serra do Marauiá lub nieprawdopodobne serpentyny Rio Cauaburi. Czy kiedykolwiek lepiej uchwycono dramat i siłę ekosystemu?
Obrazom towarzyszy oryginalna ścieżka dźwiękowa z naturalnymi dźwiękami lasu deszczowego autorstwa Jeana-Michela Jarre’a. Całość w 2021 roku trafiła do muzeum na ekspozycję "Amazônia", która rozpoczęła światowe tournée, które obejmowało m.in. Rzym, Londyn, São Paulo, Rio de Janeiro, Madryt, Los Angeles, Zurych. Do tej pory obejrzało ją ponad milion osób. Uzupełnieniem wystaw jest album "Sebastião Salgado. Amazônia", który wydał Taschen. Najpierw w wersji kolekcjonerskiej, a potem tańszej, dostępnej dla każdego. Teraz wraca z nową, wyjątkową edycją – "Sebastião Salgado. Amazônia Touch" dla osób niewidomych i niedowidzących, która powstała we współpracy z francuską fundacją VISIO (cena 200 euro). Box zawiera 21 trójwymiarowych "dotykowych transkrypcji" 18 zdjęć i 3 map geograficznych z poprzedniej edycji "Amazônii". Te płaskorzeźby są stworzone za pomocą mosiężnych płyt, których wzór został wytłoczony starożytną techniką na specjalnym papierze zwanym Pachica. Efekt? Po raz pierwszy można poczuć siłę fotografii Salgado opuszkami palców.
Choć projekt nie ma charakteru czysto politycznego, jest niezwykle aktualny i na swój sposób stanowi wezwanie do działania: zachowaj i chroń ten delikatny ekosystem, a co za tym idzie, samą planetę. Sebastião dodaje: – To także święto przetrwania kultury rdzennej ludności, zwyczajów i języków. Jest to także hołd dla ich roli jako strażników piękna, zasobów naturalnych i różnorodności biologicznej największego lasu deszczowego na planecie w obliczu bezlitosnego ataku świata zewnętrznego.
7.11.2023 | "Wielu artystów próbuje ją naśladować, ale osiągnięcie takiego poziomu wrażliwości jest wyzwaniem". Polka zwyciężyła w międzynarodowym konkursie
Joanna Concejo, jedna z najzdolniejszych polskich ilustratorek i jedna z najbardziej docenianych w świecie, została laureatką kolejnej prestiżowej nagrody ilustratorskiej – Tallinn Illustrations Triennial 2023, przyznawanej co trzy lata przez międzynarodowe jury. Autorka ilustracji, m.in. książek Olgi Tokarczuk, pokonała 82 autorów z całego świata.
– To jedna z najbardziej rozpoznawalnych i cenionych ilustratorek. Jej charakterystyczny styl, bogactwo szczegółów i precyzja, pełne piękna podejście do codziennych tematów, nieoczekiwane odkrycia, nieszablonowe myślenie, wzbudzają zachwyt. Wielu artystów próbuje ją naśladować, ale osiągnięcie takiego poziomu wrażliwości jest wyzwaniem, co widać w pracach Joanny – powiedziała Viive Noor, ekspertka ds. sztuki w centrum literatury dziecięcej i kuratorka Tallinn Illustrations Triennial. Tak uzasadniła Grand Prix dla Polki w tegorocznej, siódmej edycji imprezy.
52-letnia Joanna Concejo została doceniona za wkład w światową ilustrację dziecięcą i młodzieżową. Drugą nagrodę otrzymała Elena Odriozola z Hiszpanii, a trzecią – Rebeca Luciani z Argentyny.
To kolejna ważna nagroda w dorobku Concejo, która w 1998 roku z dyplomem poznańskiej ASP z rysunku i ilustracji w kieszeni wyjechała do Francji. "Concejo" to nazwisko po mężu, który jest Hiszpanem. – Po prostu je przyjęłam. Gdy wyszła moja pierwsza książka, nosiłam je już od trzynastu lat – wyjaśnia ilustratorka, która od lat mieszka pod Paryżem z mężem i dwójką dzieci (córka Maria też jest ilustratorką). Dba jednak, żeby w każdym miejscu było napisane ''Polka''. Bo czuje się Polką, nie ma nawet obywatelstwa francuskiego.
To w nowym, obcym kraju postanowiła zostać ilustratorką książek, ale dużo czasu zajęło jej dotarcie do tego, co robi dzisiaj. Żeby zarobić na życie, chwytała się czego mogła, była nawet przez miesiąc kucharką na plebanii; pracowała też w szkole. Jednocześnie rysowała, wysyłała ilustracje do wydawców, na konkursy. I nic. Minęło kilka lat. – Próbowałam wszelakich technik, malarstwa, kolażu, dużych formatów. Próbowałam naśladować innych i wydawało mi się, że to takie ''super'', …że się w końcu porządnie zagubiłam. Pomyślałam wtedy: "wezmę po prostu ołówek i kartki z zeszytu, podstawowe minimum, i będę uczciwie rysować wyłącznie to, na co mam ochotę". Zdaje mi się, że wtedy znalazłam moją miarę, mój ulubiony format, papier, ulubione narzędzie pracy, ołówek, do którego potem doszły kredki. Szukając własnego stylu, w pewnym momencie zrozumiałam, że to nie kwestia ilości środków plastycznych do dyspozycji, że może on być jeden. Wszystko zależy od tego jak ja go użyję – wspomina. I przestała też przejmować się tym, czego ktoś – wydawca lub czytelnik – od niej oczekuje.
Tworzy zupełnie niezwykłe światy w picture bookach (książkach wizualnych), które są edytorskimi cudami. Jej ołówkowe prace z niewielką ilością kolorów każą się zatrzymać, przestudiować je w szczegółach, niczego nie przeoczyć. – Najłatwiej jest mi rysować ołówkiem. Ołówek to magia, on wszystko umie narysować! To jakby naturalne przedłużenie mojej ręki, moich myśli. Zastanawiałam się, skąd ten ołówek, i doszłam do wniosku, że to naturalne, bo kiedy byłam dzieckiem, nie miałam kredek. Mogłam sobie wziąć z szuflady wszystko to, co tam było: stary długopis, ołówek albo pół kredki – mówi o warsztacie pracy.
Rysuje w swojej pracowni, najchętniej w samotności, przeważnie w ciszy. Zapełnia szkicowniki: skarbnice pomysłów na teraz i na później. Jest tam wszystko: rysunki, notatki, wkleja też wycinki z prasy, papierki itp. To nieodłączny elementem jej pracy nad książkami. Taki brudnopis, gdzie rysuje, co jej akurat przyjdzie do głowy. "Sekwencje obrazów Concejo to ciche traktaty o tym, co najważniejsze: o pamięci, o uczuciach, o ciekawości świata i o trudzie codzienności, o nieoczywistości naszych spostrzeżeń, o trwałości natury jako jedynym pewniku i niepewności ludzkich prawd i przekonań, o byciu z kimś, obok kogoś, dla kogoś i o samotności, która może, ale nie musi być dojmująca" – oceniają jej twórczość recenzenci.
Concejo (której książki wydawane są w ponad 20 krajach, m.in. we Włoszech, Francji, Hiszpanii, Szwajcarii, Korei, Polsce) obok Iwony Chmielewskiej, to najczęściej nagradzana polska autorka picture booków. Za "Księcia w cukierni" otrzymała nagrodę IBBY (The International Board on Books for Young People), za "Zgubioną duszę" (z tekstem noblistki Olgi Tokarczuk) nagrodzona została m.in. nagrodą Bologna Ragazzi Special Mention oraz White Raven monachijskiej Internationale Jugendbibliothek (Międzynarodowej Biblioteki Młodzieżowej gromadzącej najlepszą literaturę dla dzieci i młodzieży z całego świata). W 2021 roku otrzymała Grand Prix de l'illustration jeunesse, prestiżową francuską nagrodę za młodzieżową ilustrację roku, za książkę "Sénégal".
Jej zwycięstwo w Tallinie łączy się z wystawą "The Power of Pictures" w Estońskim Muzeum Architektury w Tallinie, gdzie obok prac Polki można oglądać ilustracje 82 innych artystów biorących udział w konkursie triennale. Ekspozycja potrwa do 3 grudnia.
6.11.2023 | David Fincher, Brad Pitt, Leonardo DiCaprio i Salma Hayek, a wśród nich jedyna Polka. Zajrzyj za kulisy jednego z najważniejszych wydarzeń sezonu
Ilość świetnie ubranych i utalentowanych ludzi na tym wydarzeniu dorównuje jedynie Oscarom w Los Angeles i Met Gali w Nowym Jorku. LACMA Art + Film od 12 lat łączy świat kina i sztuk pięknych, nagradza artystów, a przy okazji zbiera miliony na wspieranie Los Angeles County Museum of Art. W tym roku uhonorowano m.in. Davida Finchera. "Pracując z nim, przekonasz się, jak smakuje doskonałość" – wychwalał reżysera Brad Pitt, który zagrał w jego trzech filmach.
Na zewnątrz budynku muzeum sztuk pięknych Los Angeles County Museum of Art, zaprojektowanego przez wybitnego architekta Petera Zumthora, trwały manifestacje popierające Izrael w wojnie z Hamasem, a w mieście wciąż dyskutuje się na temat strajku SAG-AFTRA i jego rozwiązaniu, mimo to gwiazd na corocznej gali LACMA Art + Film nie zabrakło. Od piosenkarzy, aktorek, reżyserów, malarzy i kolekcjonerów, biznesmenów i zdobywców Oscarów w sobotni wieczór aż się roiło. Z powodu napiętej sytuacji na czerwonym dywanie nie można było przeprowadzać wywiadów, ale fotografować gości już tak.
Kogo przyłapano? Leonardo DiCaprio, A$AP Rocky, Pedro Pascal, Salma Hayek, Brad Pitt, Jennifer Lopez i Ben Affleck, Kim Kardashian, Billie Eilish, Lupita Nyong'o, Jessica Chastain, Keanu Reeves i Jane Fonda to tylko wierzchołek góry największych sław. Lista wpływowych przedstawicieli ze świata mody i sztuki też była pełna głośnych nazwisk – obok modelek byli między innymi artyści Betye Saar, Ed Ruscha, Catherine Opie, Helen Pashgian, Kenny Scharf i jedyna Polka wśród nich, malarka Ewa Juszkiewicz (pisaliśmy o niej kilka dni temu, gdy padł rekord za jeden z jej obrazów), którą specjalnie na tę okazję ubrał Dior. "Wydarzenie było najgwiaździstszą imprezą, jaką Hollywood widziało od miesięcy" – zawyrokował magazyn "WWD".
Goście przybyli tak licznie nie bez powodu. Gala ma na celu zbiórkę pieniędzy na wspieranie Los Angeles County Museum of Art i jej kuratorskich programów skupionych na filmie. W tym roku zebrano 5 milionów dolarów.
Co roku impreza upamiętnia także artystę wizualnego i reżysera filmowego. Tegorocznymi laureatami zostali reżyser David Fincher oraz artystka Judy Baca, znana z muralu "Wielki Mur" w Los Angeles, jednego z najdłuższych dzieł sztuki na świecie. – Świat jest wywrócony do góry nogami, dlatego chcę tylko powiedzieć, że my, tak zróżnicowana społeczność Los Angeles, czujemy, że ludzie na całym świecie krzyczą z bólu, będąc dziś tutaj nie zapominamy o tym – powiedział dyrektor LACMA, Michael Govan, przedstawiając program wieczoru. – Mam nadzieję, że w tych mrocznych czasach możemy również poczuć przeciwwagę w postaci ogromu miłości, która pączkuje w tej sali, gdy spotykamy się, aby uhonorować artystów i kreatywność, które pomagają nam widzieć dalszą drogę.
Fincher, autor takich filmów jak "Siedem", "Podziemny krąg" czy "Zodiak", zebrał z tej okazji najwięcej pochwał. Pitt przedstawiając laureata wieczoru, żartował z rygorystycznych standardów reżysera podczas kręcenia. – Oto kilka rzeczy, które usłyszysz podczas zdjęć do filmu Davida Finchera. "Nakręćmy to teraz, zanim wszyscy stracimy chęć do życia". OK, mamy też wersję nieostrą: "Teraz spróbujmy takiego ujęcia, na którym będzie ostrość". I jego osobiste rady: "Chcę, żebyście się dobrze bawili, ale nie zapominajcie, że od tego są soboty i niedziele" – ironizował ze sceny aktor.
Ale też chwalił reżysera. – Pracując z nim, przekonasz się, jak smakuje doskonałość. Jego filmy zawsze kwestionowały nasze poczucie bezpieczeństwa. Jak sam mówi: "Jeśli nie żonglujemy piłami łańcuchowymi, wyrządzamy sobie krzywdę". Wielu z nas nie zna niezliczonych innowacji technicznych, jakie wniósł do naszej branży i jak wielu operatorom i młodym reżyserom pomógł w rozwoju karier. Być może nie zdawałeś sobie sprawy, kiedy ostatnim razem upajałeś się swoim ulubionym serialem, że możesz za to podziękować Davidowi, bo to on i Netflix jako pierwsi wypuścili cały sezon "House of Cards", a nie w odcinkach. Że to też on stworzył przycisk pomijania intro, którego prawdopodobnie często używasz – wyliczał Pitt, po czym rozgrzał publiczność klipem z teledyskami Finchera: od "Express Yourself" Madonny, przez "Freedom" George’a Michaela po "Suit and Tie" Justina Timberlake'a.
A potem głos zabrał reżyser, który przypomniał sobie, że jako dziecko chciał zostać artystą i "garściami zużywał długopisy ojca, nieustannie przegrywając w konkursach zanim zrezygnował z rysowania". Jeśli chodzi o zawód, który ostatecznie wybrał, też nie dał mu okazji do nazwania siebie artystą: – Ponieważ do przetrwania każdego dnia na planie potrzeba było tak wielu prawdziwych artystów. Spotkałem w Los Angeles ich więcej niż w jakimkolwiek innym miejscu, gdzie mieszkałem lub pracowałem. Tutejsza pustynia wchłonęła pot i łzy pokoleń twórców filmowych, ludzi z wrodzonym zrozumieniem swojego rzemiosła.
Odniósł się także do niedawnego komentarza Martina Scorsese o schyłku kina: – Chciałbym również skorzystać z okazji i podkreślić, że kino nie umarło. A nawet nie jest tego blisko. Człowiek maluje od ponad 30 tys. lat, bawi się elementami kina od nieco ponad 100. Nawet nie raczkujemy. Prawdziwe kino nie zostało osłabione przez pojawienie się dźwięku, koloru lub transmisji strumieniowej. Ewoluowało i nadal będzie to robić.
Wieczór zakończył koncert Lenny'ego Kravitza.
5.11.2023 | Piękno, nieprzewidywalność i kruchość przyrody w konkursie fotograficznym. Wygrała traszka kradnąca jaja żabie
To naprawdę rzadki kadr. – Talent i cierpliwość opłaciły się autorowi, który spędził cztery wieczory próbując uchwycić ten moment za pomocą podwodnej obudowy i zdalnego wyzwalacza aparatu. Cóż za niesamowite zdjęcie! – tak jury uzasadniło zwycięstwo Węgra Tibora Litauszki w konkursie The Nature Conservancy Photo Contest 2023. Jego zdjęcie traszki pokonało aż 189 tys. innych prac, w tym dwóch zrobionych przez Polaków.
Traszka górska, gatunek płaza ogoniastego, żyje głównie na lądzie, ale wiosną lub jesienią (zależnie od regionu) wchodzi do wody, by spędzić tam okres godowy. Wtedy też żeruje, podkradając jaja konkurencji. Jedną z nich na żerowaniu na skrzeku żab – jaj połączonych ze sobą galaretowatą masą, co zapewnia ich ochronę, przede wszystkim przed wysychaniem i wrogami naturalnymi – przyłapał fotograf przyrody z Budapesztu, Tibor Litauszki. – Włożyłem aparat do podwodnej obudowy, przyczepiając go do metalowego obciążnika i umieszczając całość pod jajami złożonymi przez samicę żaby. Zaczekałem w pobliżu, aż się ściemni, a gdy pojawiła się traszka-złodziejka, oświetliłem ją lampą LED. Uruchomiłem aparat za pomocą domowego przewodowego pilota wyzwalającego. Okazało się, że wyszły dwa ostre zdjęcia – opowiada autor jednego z nich, zatytułowanego "Między gwiazdami", które przyniosło mu Grand Prix.
Dzięki temu rzadkie kadrowi wygrał konkurs The Nature Conservancy Photo Contest 2023, organizowany przez organizację The Nature Conservancy, która od 1951 roku zajmuje się ochroną przyrody na całym świecie. Jej działania obejmują między innymi: ochronę lasów, odnawialne źródła energii, agrokulturę, dostęp do wody pitnej, zanieczyszczenie wód i powietrza czy ochronę zwierząt. Jednym z elementów propagujących dbałość o planetę, faunę i florę jest konkurs fotograficzny, który nagradza zawodowców i amatorów w 12 kategoriach, m.in. ludzie i natura, oceany, ssaki, klimat czy podwodne życie. W tym roku była rekordowa liczba zgłoszeń: ponad 80 tys. fotografów ze 191 krajów nadesłało 189 tysięcy fotografii.
– Jurorzy poświęcili sporo czasu na wyłonienie zwycięzcy nagrody głównej. Ostatecznie kompozycja, stopień trudności technicznych i ogólna estetyka obrazu Tibora Litauszki zapewniły mu pierwsze miejsce – ogłosił dyrektor konkursu Alex Snyder. Zwycięzca tak na to zareagował: – Wielkie dzięki dla jury. Osiągnięcie takiego wyniku na platformie poświęconej naturze jest podnoszącym na duchu uczuciem.
W The Nature Conservancy Photo Contest 2023 doceniono także dwójkę Polaków. W kategorii "aerials" ze zdjęciami robionymi z powietrza 1. miejsce zajęła Agnieszka Wieczorek. – Jestem niezmiernie szczęśliwa, że mogę dzielić się z wami moją sztuką i miłością do natury. Jestem zaszczycona, że znalazłam się wśród najlepszych fotografów na świecie. Polecam obejrzeć wszystkich zwycięzców i wyróżnionych! Te zdjęcia są niesamowite – nie kryła dumy autorka pracy "Living Inside the Yellow Fields", którą zrobiła dronem w maju na Dolnym Śląsku. Fotografia przedstawia niewielkie osiedle mieszkalne Świdnicy, które zostało zbudowane pośrodku pola rzepaku. – Kocham wiosnę i pola rzepakowe. Zawsze jak jadę pociągiem lub samochodem to podziwiam te złote kolory kwitnących pól. Dlatego tym chętniej polowałam na ciekawe kompozycje – opowiada.
Natomiast Grzegorz Długosz z Warszawy 1. miejsce zajął w kategorii "birds" – dzięki portretowi remiza zwyczajnego "upolowanego" w maju na bagnach Biebrzańskiego Parku Narodowego. Remiz to niewielki ptaszek spokrewniony z sikorkami, słynący z konstrukcji bardzo kunsztownych gniazd, które budowane są tak, aby zwisały z końca gałęzi, na której są umiejscowione. Są to gniazda w kształcie łezki, lub kropli wody, zawsze z bocznym wyjściem. Zawieszone nad wodą – niekiedy nawet 10 metrów nad jej powierzchnią. I podczas budowania tego nietypowego "domu" fotograf uwiecznił remiza, objętego w naszym kraju ścisłą ochroną gatunkową. – To chyba moje ulubione ujęcie z wycieczki do Biebrzy. Po prostu uwielbiam to, jak pokazuje wyjątkowe gniazdo tego gatunku, jak samiec opuszcza gniazdo, aby przynieść więcej materiału do dokończenia budowy – ocenia autor zdjęcia "Busy Builder".
W naszej galerii znajdziecie najciekawsze nagrodzone i wyróżnione zdjęcia w konkursie The Nature Conservancy Photo Contest 2023.
4.11.2023 | Pamiętajcie, jesteśmy też na Instagramie: www.instagram.com/libertyn.eu/ Zapraszamy.
27.10.2023 | "Kiedy patrzę wstecz na pierwszą kolekcję, myślę: »Mój Boże, miałeś odwagę!«". Jak Kris van Assche pomógł stworzyć współczesnego faceta
Zamknięcie w jednej książce elegancji z ponad dwóch dekad, definiującej epokę, to nie lada wyczyn. Coś o tym wie projektant mody Kris Van Assche, który przez ostatni rok skrupulatnie archiwizował dorobek swojego życia. Od początków na ASP w Antwerpii, projektowania dla własnej marki po pracę dla Dior Homme i Berluti. Teraz dał nam album "55 Collections", który pokazuje jak w pierwszej dekadzie XXI wieku stworzył wizerunek nowoczesnego mężczyzny. Tak, to on stoi za estetyką zbudowaną wokół napięcia pomiędzy elegancją starego świata a modą ulicy.
Choć Kris Van Assche to jedno z najważniejszych nazwisk w modzie męskiej, daleki jest od statusu celebryty projektanta. Tak, ma konto na Instagramie. Jednak poza zdjęciami z odwiedzonych wystaw i selfie, które regularnie robi przed tym samym lustrem, trzymając w ręku nowy bukiet kwiatów do domu, nie buduje pozycji influencera. Zresztą, jak sam przyznaje, przez całą karierę nie zabiegał o popularność. Może dlatego nigdy nie był ulubieńcem mediów – pokazywał się tylko jako kreator oddany przede wszystkim swojej pracy. Zaś ostatnie dwa lata – odkąd odszedł z Berluti – w zasadzie nigdzie, co miało związek z modą i popkulturą, się nie pojawiał.
A tu nagle wraca! Na razie wspominając to, czego dokonał. Zaczęło się, gdy rok temu belgijskie wydawnictwo Lannoo zwróciło się do niego z propozycją. – Skontaktowali się, ponieważ chcieli wykorzystać zdjęcia mojego paryskiego apartamentu w jakimś projekcie, a potem zasugerowali napisanie książki o mojej 18-letniej karierze – projektant wspomina w rozmowie z magazynem "Another". – I w końcu poczułem, że to właściwy moment. Musiałem być w jakiś sposób wolny emocjonalnie od dotychczasowej pracy, aby stworzyć jedną książkę, która połączyłaby wszystkie trzy marki, z którymi byłem związany.
Od początku wiedział, że w "55 Collections" będzie musiał się bardziej otworzyć. – Udzieliłem miliarda wywiadów jako projektant znanych brandów, a mimo to ludzie myślą, że jestem bardzo powściągliwy. Mój partner powiedział mi: "Jeśli chcesz napisać tę książkę, musisz dać z siebie trochę więcej, niż zwykle". I dlatego ta publikacja to coś więcej niż zbiór 55 kolekcji, które stworzyłem – to w zasadzie około 20 lat mojego życia – ocenia w rozmowie z "The Face".
Van Assche pracował nad nią co najmniej cztery dni w tygodniu, co tydzień, przez ostatni rok, zbierając zdjęcia, wspomnienia i historie od otaczających go przez te lata osób. To, co miało być prostym ponownym obejrzeniem jego "ulubionych kolekcji", szybko stało się ćwiczeniem terapeutycznym ("Czasami jedna zła recenzja może namieszać w głowie i wywołać złe wibracje na temat całego sezonu, ale potem przychodzi zdrowy dystans i widać, że to była naprawdę niezła kolekcja"). – Nigdy tak bardzo nie lubiłem patrzeć wstecz; projektant jest tak dobry, jak jego następna kolekcja, a przy tempie 2, 4 lub 6 kolekcji rocznie nigdy nie było na to zbyt wiele czasu. Zeszły sierpień nagle wydał się idealnym momentem – wyznał magazynowi "Perfect".
Jak na "osobę powściągliwą", która wcześniej wolała ograniczać wywiady jedynie do kwestii mody, w "55 Collections" jest otwarty. Obrazom towarzyszą wyjaśnienia na temat każdej kolekcji w pierwszej osobie, a następnie przeplatają się z osobistymi anegdotami i cytatami ludzi z branży, przyjaciół i rodziny. Kris nigdy nie dbał o swoje archiwa, więc dzięki albumowi ponownie nawiązał kontakt również z fotografami, którzy przez lata uwieczniali jego projekty – to wspaniałe zdjęcia, takich sław jak David Sims, Nan Goldin, Willy Vandeperre, Alasdair McLellan i Patrick Demarchelier, które podkreślają intymność jego słów. Efekt? Wydawca myślał o książce zawierającej około 280 stron, a skończyło się na 432.
GRZECZNY BUNTOWNIK
Album zaczyna się od zdjęcia z jego pierwszej komunii w 1982 roku w małym belgijskim miasteczku Londerzeel. Miał sześć lat. – Nie jestem pewien, czy naprawdę miałem wtedy jakieś pasje. Jestem jedynakiem i byłem dość samotny. Spędzałem godziny w swoim pokoju, rysując i tworząc różne rzeczy. Wiedziałem już, że nie pasuję do stereotypu mężczyzny, ale nie wiedziałem jeszcze, jak na to zareaguję. Na pewno nie byłem członkiem drużyny piłkarskiej mojego rodzinnego miasta. Dopiero w wieku 12–13 lat zdałem sobie sprawę, że praca w modzie będzie moim celem w życiu – tłumaczy w wywiadzie dla belgijskiego "Behind the Blinds".
We wstępie "55 Collections" można się dowiedzieć, że był zbuntowanym młodzieńcem, który wyrwał się z konserwatywnego Londerzeel do miasta, które było "kolebką designu i mody", gdzie zaczął studia projektowania mody damskiej. – Lubię myśleć, że byłem "grzecznym buntownikiem" i nadal nim jestem – uśmiecha się.
Projektant w swojej monografii pokazał także m.in. skan legitymacji studenckiej, portret z matką w dniu swoich 18. urodzin, wycinek z gazety przedstawiający nową grupę absolwentów ASP w Antwerpii w dziedzinie mody z 1998 roku czy zdjęcie z tego samego roku, na którym stoi w zoo w Antwerpii ubrany w skórzaną kurtkę. Na każdym widać drobne ślady przyszłego projektanta, który już na początku "zdał sobie sprawę, że ubrania nie wyrastają w szafie, ale ktoś je projektuje". – Chciałem być tą osobą – zapewnia 47-letni Belg.
U BOKU SLIMANE'A
W 1998 roku, tuż po ukończeniu Antwerp Academy of Fine Arts, przeniósł się do Paryża na czteromiesięczny staż w domu mody Yves Saint Laurent. Byłtak dobry, że szybko został pierwszym asystentem Hediego Slimane’a, który był tam głównym projektantem odzieży męskiej. Kiedy dwa lata później Slimane przeniósł się do Diora, aby wprowadzić na rynek linię Homme, zabrał ze sobą van Assche'a.
Obok luźnego kroju, popularnego wówczas w modzie dla mężczyzn, pojawił się ostry jak brzytwa krój Dior Homme, chude sylwetki i rockandrollowy urok chłopców, którzy nonszalancko kroczyli po wybiegu. Slimane i van Assche pokazali modę dla młodych mężczyzn, którzy są elegancko ubrani i nie boją się swojej wrażliwości. Hipermęskość została zakwestionowana; sześciopak mięśni brzucha, złocista opalenizna i wyrzeźbiona szczęka nagle wydały się przestarzałym ideałem.
Wraz ze Slimane na początku XXI wieku pomógł zwiększyć popularność sceny niezależnej w głównym nurcie odzieży męskiej. Młodzi chłopcy nagle zaczęli pracować ze swoimi ciałami, zamiast chować je pod kawałkami materiału, a krawieckie kody męskości i kobiecości powoli zaczęły się zacierać, jakieś 20 lat przed płynnością płci, którą obserwujemy obecnie na wybiegach.
– Mężczyźni zazwyczaj chcą przynależeć do grupy, niezależnie od tego, czy jest to polityka, piłka nożna czy styl uliczny. W pewnym sensie trzymają się zasad i kodów, czują się bardzo dobrze, będąc częścią jakiegoś klanu – mówi van Assche. – Zawsze uwielbiałem bawić się kodami i łączyć elementy, których nigdy nie powinno się łączyć. Im więcej jest zasad, tym fajniej jest poza nie wychodzić i poszerzać możliwości.
KRIS U DIORA
W 2004 roku odszedł z Diora. Po wymagającej pracy w globalnych brandach YSL i Dior zdecydował się działać samodzielnie i na mniejszą skalę, rok później otworzył własną markę. Wkrótce jednak upomniano się o niego ponownie – gdy Slimane w 2007 roku rzucił pracę, jego stanowisko w Dior Homme zaproponowano jego byłemu asystentowi.
– To propozycja nie do odrzucenia! Kiedy odszedłem z Diora jako asystent, aby założyć Kris van Assche, wierzyłem, że mój czas w dużych domach mody dobiegł końca. Tym ryzykownym krokiem zdenerwowała się jedynie moja mama: "Oszalałeś!" – usłyszałem od nij. Nie byłem bogaty, ale byłem szczęśliwy. Pracowałem w Diorze przez cztery lata, więc znałem ten zespół i niesamowite rzemiosło w atelier. Ludzie myślą, że posiadanie własnej marki jest łatwiejsze niż praca dla dużej, ale zapominają, że potrzebne są narzędzia i możliwości finansowe. W przypadku dużej marki są one znacznie większe. Teraz jesteśmy przyzwyczajeni do karuzeli stanowisk i ciągłych zmian projektantów. Wtedy było to dość rzadkie, szczególnie, gdy projektant robił świetną robotę. Przejęcie sterów po Hedim nie było łatwe, ale też nikt nie chciał, żebym był naśladowcą – wspomina tamten czas w wywiadzie dla brytyjskiego magazynu "i-D".
W swoim pierwszym pokazie Diora skupił się więc na historii samego domu mody. Miał pewność: Dior nie musi być Krisem van Assche – miał przecież swoją markę; poza tym, jeśli Dior Men istniał przed Hedim, może istnieć po nim. Umieścił ogromne zdjęcia Monsieur Christiana Diora w całym budynku, bo chciał, żeby ludzie zrozumieli, że marka została założona przez Christiana Diora. I zaczął bardziej koncentrować się na jako osobie Monsieur i jego filozofii mody.
Chciał, aby jego klienci rozkoszowali się wyrafinowaniem. Gdy w 2007 roku zastąpił swojego poprzednika wniósł więc więcej klasycznego piękna starego świata, którego nauczyła go jego babcia, wielka estetka. – Zawsze podobał mi się pomysł podjęcia wysiłku co do stroju – mówi. Babcia powtarzała mu, że ubieranie się i dobry wygląd to forma grzeczności. Że kiedy czujesz się nieszczęśliwy, nie ma sensu zrzucać tego na innych. Nie musisz dzielić się swoim cierpieniem – po prostu ubierz się dobrze i wyglądaj dobrze. – Kiedy miałem 12 lub 13 lat, zaczęła mi szyć klasyczne spodnie w prążki, podczas gdy wszyscy nosili dżinsy. Robiliśmy to przez kilka lat, a potem, gdy na studiach w Antwerpii potrzebowałem pomocy przy szyciu moich projektów, zaczęła mi pomagać. Wiele lat później asystowała mi na pokazach Diora – wylicza jak bardzo było dla niego ważną osobą.
Został u Diora aż 11 lat, co w modzie oznacza miliard lat. Dziś chyba nikt ma takiego stażu w roli głównego projektanta w znanym domu mody. – Miałem jednak świadomość, że moda polega na zmianach. W pewnym momencie wiesz, że twój czas dobiegł końca – tak opowiada o swoim odejściu w 2018 roku.
W "55 Collections" ktoś nawet podsumował ewolucję w branży za czasów aktywności Krisa: "Kiedy w 2005 roku zakładał swoją markę, streaetwear i odzież sportowa wchodziły do świata luksusu; w 2010 roku, kiedy obejmował stanowisko w Diorze, na pierwszym planie stawiano dziedzictwo i założycieli marek; natomiast 2020 stał się rokiem tradycyjnych marek próbujących przemówić do młodszego grona odbiorców".
W pewnym sensie van Assche to drugie robił z Diorem, szukając sposobu, aby uczynić go częścią ducha czasu i dawnego świata couture jednocześnie. Np. zaproponował rewolucyjne wówczas rozwiązanie: trzyczęściowy garnitur w prążki, luźne spodnie i białe tenisówki. – Zawsze lubiłem napięcie między przeciwieństwami. Właśnie dlatego A$AP Rocky noszący czerwony płaszcz couture ma sens, ponieważ moda nie powinna być tylko przeszłością. Ale prawdą jest, że kiedy zasugerowałem włączenie tego rapera do kampanii reklamowej, wymagało to dużo czasu na przekonywania. A teraz branża poszła dalej: mamy raperów projektujących całe kolekcje! – zauważa.
PERŁA LUKSUSU Z PATYNĄ
Nie odszedł z Diora na emeryturę. Zaoferowano mu pracę w innej marce koncernu LVMH – w Berluti, co dla niego było dziwne, ponieważ "Berluti był bardzo tradycyjny i nastawiony na rzemiosło, a tak mało na modę". Kilka razy odmówił. Gdy wyjaśniono mu, że skoro Berluti tak naprawdę nie ma dziedzictwa jeśli chodzi o ubrania, to on ma szansę je stworzyć. I w końcu podjął wyzwanie.
Zastanawiał się, jak z małej, rzemieślniczej "perły luksusu" zrobić coś "na czasie". Postawił na kolorową patynę, coś – jak na jego monochromatyczne standardy – było szokujące. – Całkowicie. Mogliśmy założyć czarne garnitury i brązowe buty, ale to nie miało sensu. Mieliśmy koncepcyjne podejście do marki, ponieważ nie ma ona tak dużych archiwów. Patyna polega na nakładaniu warstw kolorów, czasami podobnych barw lub dwóch lub trzech mieszanych. Zastanawialiśmy się, jak nałożyć na sylwetki kolor i w tym momencie otworzył się zupełnie nowy świat – wspomina.
Choć w Berlutim był tylko trzy lata, ceni sobie ten czas. Gdy ma wymienić kolekcje zawarte w książce, które szczególnie utkwiły mu w pamięci, wylicza: – Dzięki Bogu jest ich całkiem sporo. Mój pierwszy pokaz mojej autorskiej marki. Jest wiele kolekcji Diora, które mi się podobają. Kiedy patrzę wstecz na pierwszą prezentację, myślę: "Mój Boże, miałeś odwagę!". To zabawne, bo ludzie dosłownie histeryzowali. Te ogromne, plisowane spodnie, które jeden z dziennikarzy nazwał "spodniami MC Hammera", zainspirowane były spódnicami kobiet z archiwum. Teraz wszyscy to robią. Garnitur w Dior Homme był jak tweed w Chanel – garnituru nie można zmienić, jest jak święty Graal. Zatem zmiana tego na bardzo kobiecą sylwetkę z wciętą talią w stylu lat 50. naprawdę była przełomowa. Uważam jednak, że pod względem jakości i kroju Berluti to najlepsza moda, jaką stworzyłem.
Wyjawia, że dom mody Dior to dosłownie kopalnia złota dla każdego projektanta. I w tym sensie bardzo różni się od Berluti, którego dziedzictwo – poza jednym kultowym butem – obejmuje głównie rzemiosło skórzane i know-how. Brak DNA odzieży w Berluti zapewniał mu dużą swobodę, ale narzucał zupełnie inny sposób pracy. – Rękodzieło, wysoki poziom jakości i luksusu stały się inspiracją same w sobie. Bardzo podobają mi się kolekcje, które zaprojektowałem dla Berluti, ponieważ technicznie rzecz biorąc stanowią największe wyzwanie, jakie stworzyłem, a sylwetka "mężczyzny Berluti" jest bliska tej, którą prezentowałem w mojej marce – zapewnia.
EMOCJONALNY ROLLERCOASTER
Ale nie tylko o same ubrania tu chodzi. Pokazy z rampami do skateboardingu czy ogrodem ze świeżych kwiatów na wybiegu, nutami emo i gabberu lub ścieżki dźwiękowe Depeche Mode, koncerty orkiestry symfonicznej na żywo obok przechodzących modeli, garnitury z konwaliami, starsi ludzie i gwiazdy w kampaniach wyznaczały trendy dla całej branży – dzięki Krisowi Dior docierał do nowych odbiorców i łączył pokolenia. Podczas gdy marka Kris van Assche nieustraszenie podkręcała seksowność odzieży męskiej pomimo ówczesnego tradycyjnego i pruderyjnego podejścia. W Berluti też pozostawał na tyle daleko od głównego nurtu, aby trzymać rękę na pulsie świata mody.
– Pracując nad "55 Collections" zrozumiałem, że jedna kolekcja zawsze prowadzi do drugiej – to ciągła historia. Jeśli chodzi o kreatywność, to całkiem naturalne, że są pewne kolekcje, które podobają mi się teraz mniej niż inne, i początkowo nie planowałem umieścić ich wszystkich w książce. W końcu zrozumiałem, że moje zbiory powinny być bardzo uczciwym, chronologicznym dokumentem mojej kariery – mówi. – Było coś bardzo pozytywnego w tej introspekcji, patrząc na projektanta, jakim się stałem – dodaje, przyznając, że tworzenie książki okazało się dla niego "emocjonalnym rollercoasterem".
Co dzięki książce odkrył? – Największe ryzyko, jakiego podjąłem. To było uruchomienie własnej marki, podczas gdy miałem pracę asystenta, której wielu mi zazdrościło. Od tego wszystko się zaczęło i od tego zaczyna się ta książka – ocenia.
Jednocześnie dała mu jasność co do kolejnych kroków. – To było naprawdę uzdrawiające, móc przypomnieć sobie, po co w ogóle zajmowałem się modą. Zastanawiać się, co początkowo mi się podobało, jak widzę to teraz i co chcę dalej robić – wyjawia. Czeka na odpowiednią propozycję, chociaż jest trochę niecierpliwy. Nie ma jednak sprecyzowanej wizji: – Przyjemność jest zdecydowanie na pierwszym miejscu mojej listy, jeśli chodzi o to, co będzie dalej.
Przyjemność miał także wtedy, gdy wziął do ręki egzemplarz swojej wydrukowanej monografii: – Jako nastolatek spędzałem godziny czytając książki o projektantach. Teraz mogę dodać własną na półki. To wspaniałe uczucie!
25.10.2023 | Padł rekord – 2,3 miliona zł za obraz młodej malarki. Kim jest Polka, która współpracuje z galerią Gagosian, sprzedaje obrazy w Christie's, a zaprojektowanie torebki zlecił jej Louis Vuitton
Obraz Ewy Juszkiewicz osiągnął na wczorajszej aukcji dzieł sztuki w Warszawie rekordową cenę. Płótno z kobietą, która zamiast twarzy ma pukle włosów, sprzedano za 2,3 mln zł. "Transakcja podwoiła cenę wywoławczą i ustanowiła nowy rekord tej artystki w Polsce i była najwyższym wynikiem aukcji" – podsumował licytację Polswiss Art, gdzie sprzedano "Bez tytułu (za Adolfem Ulrikiem Wertmullerem)". To nie pierwszy rekord malarki. W ub.r. jej obraz kupiono w Nowym Jorku za równowartość 7 milionów złotych.
Jesienną aukcję Polswiss Art można już uznać za jedno z najciekawszych wydarzeń rozpoczynającego się sezonu aukcyjnego. Licytowano 88 kolekcjonerskich obiektów, wśród których były prace takich ikon, jak Magdalena Abakanowicz, Mela Muter, Tadeusz Kantor, Jacek Malczewski, Leon Wyczółkowski i Jerzy Nowosielski. Łączny wynik osiągnął 17 mln zł.
Padł też rekord aukcji. Najwyższą kwotę zapłacono za obraz Ewy Juszkiewicz "Bez tytułu (za Adolfem Ulrikiem Wertmullerem)" z 2019 roku. Niewielki olej na płótnie o wymiarach 80 x 60 cm, pochodzący z amerykańskiej kolekcji, został sprzedany za 2 300 000 zł (wraz z opłatą aukcyjną 2 760 000 zł). To także nowy rekord za obraz tej artystki w Polsce. "Dzieło stanowi odwołanie do XVIII-wiecznego pierwowzoru pędzla Adolfa Ulrika Wertmüllera, przedstawiającego jego matkę, Marię Wertmüller, z domu Ravens – żonę szwedzkiego aptekarza. Bez znaczeniowego centrum portretu – głowy – którą Juszkiewicz zakryła fantazyjną kompozycją z włosów, schematyczne ujęcie postaci, jak i jej historyczny strój nie zdradzają praktycznie nic z osobowości modelki" – czytamy w katalogu aukcyjnym.
Obraz będący "feministycznym dialogiem z przeszłością" trafił we wtorek w ręce anonimowego kolekcjonera, a media zastanawiają się teraz dlaczego prace autorki wzbudzają tak wielkie emocje? Od czasu, kiedy Polka rozpoczęła współpracę z jedną z najbardziej prestiżowych na świecie galerii sztuki współczesnej – Gagosian Gallery, która ma aż 16 placówek: od Nowego Jorku po Genewę i Paryż, oraz reprezentuje takie sławy jak Nan Goldin, Roy Lichtenstein, Andy Warhol czy Christo – jej kariera nabrała zawrotnego tempa.
Kim jest 39-letnia Ewa Juszkiewicz? Oto 10 rzeczy, których nie wiecie o jej karierze.
1.
Urodziła się w Gdańsku i tam właśnie w latach 2004-2009 studiowała na Akademii Sztuk Pięknych, uzyskując dyplom z malarstwa. Doktorat zdobyła w 2013 na ASP w Krakowie. Dziś mieszka i pracuje w Warszawie.
Niedawno skończyła remont zabytkowej przestrzeni w centrum Warszawy, w której ma nową pracownię. – Mieści się w odrestaurowanej XIX-wiecznej kamienicy. Cały proces renowacji tego budynku był ciekawy; większość przestrzeni odnowiono na wzór oryginalnych wnętrz, łącznie z odtworzeniem bogato zdobionej sztukaterii. Podobnie jak na moich obrazach, wnętrze mojej pracowni to połączenie designu historycznego i współczesnego – opowiada amerykańskiemu magazynowi "Whitewall".
2.
We wczesnych pracach poruszała problem odmienności. Tak o nich mówiła: "Obszarem moich badań są wizerunki dziwne, nieidealne, odbiegające od normy. Postacie skrajne, powszechnie marginalizowane, mniejszości, fizyczne patologie. Kwestie społeczne wstydliwe i ukrywane, zjawiska przekraczania granic płci, płynnej osobowości. Przebierania się, udawania kogoś innego. Tematyka masek, maskarady, groteski".
Od samego początku eksperymentowała i poddawała tradycyjny portret różnym deformacjom. Badała, gdzie przebiegają granice portretu i jakie efekty można uzyskać za pomocą deformacji i zniekształceń. Jeśli pojawiały się głowy, to najpierw miały zamazane rysy, a z czasem na nas nie patrzyły, bo w miejsce oczu pojawiał się monstrualny grzyb lub upięta draperia.
3.
W 2011 roku zaczęła cykl surrealistycznych obrazów, w których zasłanianie twarzy postaci stało się centralnym elementem. Zamiast podkreślać normy piękna, takie jak zmysłowe oczy, cienkie nosy i wydatne usta, jej portrety opowiadają inną historię: twarze kobiet są zakryte aranżacjami z roślin, kwiatów i motyli, misternymi fryzurami, ciasno owiniętymi tkaninami, czy też w inny sposób. Wszystko utrzymane w stylistyce XVIII- i XIX-wiecznego portretu europejskiego. – Historia zawsze mnie interesowała. Lubię podróże w czasie, przeszłość mnie intryguje. Stare malarstwo często oznacza niesamowite rzemiosło, niezwykłą precyzję i kolor oraz magiczną, niepowtarzalną aurę – tak tłumaczy w "Whitewall".
Uważając, że dawna moda atrakcyjna wizualnie dla dzisiejszego odbiorcy, w istocie stanowi ukrytą formę opresji i przymusu, malarka postanowiła podważyć utrwalane konwencje, stereotypy obrazowania i opracować własną, alternatywną historię sztuki według kobiety-artystki. Juszkiewicz proponuje własne wersje znanych i mniej znanych portretów, m.in. pierwszych malarzy niderlandzkich, tj. Jan van Eyck, Petrus Christus i Robert Campin. Inne ważne inspiracje to prace współczesnej Cindy Sherman, zwłaszcza jej "Portrety historyczne".
– Narodziła się we mnie silna potrzeba odwoływania się do tych portretów i nawiązania z nimi dialogu. Kierowała mną chęć ożywienia historii, a raczej stworzenia na jej podstawie własnej historii – opowiada w wywiadzie dla Art News. – Zakrywając lub modyfikując portret chcę zakłócić dotychczasowy porządek i rozbić jednolity i tradycyjny obraz kobiecego piękna. Poprzez metamorfozę klasycznych obrazów zmieniam ich interpretację i prowokuję nowe, alternatywne skojarzenia.
4.
W 2014 Ewa Juszkiewicz znalazła się w opublikowanej w Wielkiej Brytanii książce "100 Painters of Tomorrow", typującej najbardziej obiecujących młodych malarzy świata.
5.
"New York Times" w 2019 roku wskazał 35-latkę z Gdańska jako wyróżniającą się malarkę na targach Frieze w Nowym Jorku. "Z Polski pochodzą trzej malarze będący przykładem powojennego i współczesnego surrealizmu, wśród nich młoda Ewa Juszkiewicz, która odmalowuje klasyczne portrety kobiet, ale ukrywa twarze szmatką, kolbami kukurydzy lub dobieranym francuskim warkoczem. Przywołują feminizm, logikę snów i ukrytą przemoc" – można było przeczytać na łamach dziennika.
W tym samym czasie amerykański "Galerie Magazine" zaliczył Juszkiewicz do grona 9. wyjątkowych artystów.
6.
Początkiem międzynarodowej kariery była indywidualna wystawa w prestiżowej amerykańskiej Galerii Gagosian jesienią 2020. Prace Polki można było oglądać przez całą dobę na fasadzie Gagosian Park. Artystka przygotowała je specjalnie na tę okazję i z myślą o tej szczególnej przestrzeni. Wszystkie pełne fascynujących póz i szczegółów odnosiły się do ważnego dla niej tematu oczekiwań społecznych dotyczących kobiecego wyglądu.
– Parafrazuję dzieła Élisabeth Vigée Le Brun, Jana Adama Krusemana, Josepha Karla Stielera i Adolfa Ulrika Wertmüllera. Pomimo tego, że czerpię inspiracje z różnych źródeł, ten zestaw obrazów stanowi harmonijną całość, która staje się moją osobistą kolekcją – oceniała wówczas, jednocześnie ciesząc się, że jej portrety ewoluowały. – W najnowszych obrazach jeszcze bardziej eksperymentuję z kolorem i fakturą malarstwa. Mam też poczucie, że mają jeszcze większy dynamizm, że jest w nich pewien rodzaj dzikości, które bardzo chciałam w ostatnim czasie pokazać – dodała.
7.
14 października 2021 roku na aukcji w Sotheby's w Londynie padł pierwszy światowy rekord za pracę Juszkiewicz. Obraz "Maria (After Johannes Cornelisz Verspronck)" z 2013 został sprzedany za 352 800 funtów (niemal 2 mln zł), osiągając sumę ponad dziesięciokrotnie większą niż przewidywano.
"Jedna z najciekawszych, młodych artystek współczesnych" – napisano o Juszkiewicz na stronie Sotheby’s, zaliczanego do największych i najstarszych domów aukcyjnych na świecie.
8.
Nowy spektakularny rekord padał w maju 2022 roku na aukcji Christie’s w Nowym Jorku – dzieło zatytułowane "Portrait of a Lady (After Louis Leopold Boilly)" poszło za ponad 1,5 mln dolarów, czyli niemal 7 mln złotych. Oprócz pracy Polki licytowano wówczas także dzieła takich współczesnych artystów jak: Banksy, Jean-Michel Basquiat, Christopher Wool czy Jeff Koons.
Milionowe kwoty sprzedażowe za płótna Juszkiewicz stanowią obecnie normę na zagranicznych aukcjach. W tym roku każdy z dwóch jej obrazów osiągnął kwoty równowartości ponad 3 mln zł.
9.
Oprócz dawnego malarstwa inspiruje się awangardowymi projektantkami mody, jak choćby Rei Kawakubo i Iris van Herpen. W świecie mody szczególnie fascynują ją projekty, które burzą stereotypowe kanony piękna i ukazują kobiecą sylwetkę w nowatorski sposób, zmieniając jej formę i wizerunek.
W tym także tkwi feministyczna narracja. W "Whitewall" tłumaczy: – Historia przez wiele pokoleń pomijała kobiety. Ich rola w nauce i kulturze była, a czasami nadal jest, marginalizowana. Dlatego też podjęcie problemu dominacji męskiej narracji i odzyskania miejsca kobiet w historii pozostaje dziś niezwykle ważne. Przekształcając i reinterpretując dobrze znane portrety kobiet, przedstawiam je na nowo. Odzyskuję narrację o kobietach, wychodząc poza przyjęty kanon i zrywając ze stereotypowym postrzeganiem kobiecości. Obecnie na kobiety również wywiera się dużą presję. Młody wygląd, idealne ciało. Co więcej, od kobiet oczekuje się doskonałości we wszystkich aspektach życia. Nie jest łatwo sprostać tym narzuconym społecznie oczekiwaniom, szczególnie w dobie mediów społecznościowych. Nierealistyczne wzorce urody promowane w Internecie i nacisk na wygląd mogą być trudne, zwłaszcza dla nastolatek. Moje obrazy są sposobem na wyrwanie się z sideł, jakie narzuca nam współczesna kultura.
Nie ukrywa, że jej obrazy są bardzo osobiste. Odzwierciedlają jej doświadczenia, lęki i fascynacje: – Niedawno zostałam mamą i doświadczenia związane z ciążą i macierzyństwem bardzo mi pomogły w uwolnieniu się od presji wyglądu. Zmienił się sposób, w jaki postrzegam swoje ciało i dziś patrzę na nie z większą wdzięcznością. Zmiany zachodzące w moim wyglądzie to fascynujący proces i zapis mojej osobistej historii.
10.
O pozycji Juszkiewicz na rynku świadczy także popkulturalna popularność, jak np. najnowsza współpraca z domem mody Louis Vuitton.
Jak co roku marka zaprosiła artystów z całego świata, by stworzyli własne wersje torebki Capucines, której nazwa nawiązuje do od Rue Neuve-des-Capucines, ulicy, przy której znajdował się pierwszy paryski butik LV. Polka zdecydowała się potraktować torebkę jak płótno i przeniosła na nią pracę "Ginger Locks" z 2021 roku oraz udekorowała ją sznurem pereł, który może przywodzić na myśl naszyjnik. Projekt miał premierę na targach Paris+ par Art Basel i zostanie zlicytowany na aukcji kolekcjonerskich torebek. Do butików trafi limitowana seria licząca tylko 200 sztuk.
24.10.2023 | O życiu z jamnikiem, historii lotnictwa i baloniku... Trzy polskie książki dla dzieci na liście Białych Kruków 2023 wśród tytułów z całego świata
"Mam nadzieję, że ten katalog trafi w ręce ciekawskich czytelników, którzy dokonają wielu nowych odkryć. Niech wybrane książki i ich twórcy zyskają międzynarodową uwagę, na jaką zasługują" – tymi słowami największy w Europie ośrodek badawczy nad książką dziecięcą, Internationale Jugendbibliothek w Monachium, ogłosił tegoroczną listę najlepszych tytułów z całego świata. Na liście Białych Kruków 2023 znalazły się trzy z Polski.
To jak Pulitzer wśród książek dla dzieci i młodzieży. Eksperci z Międzynarodowej Biblioteki Młodzieżowej w Monachium, z nadesłanych publikacji ostatniego roku wybierają tylko te, które mogą być szczególnie interesujące dla międzynarodowej publiczności ze względu na ich jakość literacką i obrazową oraz poruszaną przez nie tematykę.
Ok. 20 pracowników biblioteki i doradców przegląda tysiące książek z całego świata, aby mieć dobry przegląd tematów, trendów i osób zaangażowanych w aktualną literaturę dla dzieci i młodzieży. – Oprócz czytania nowych publikacji w językach oryginalnych odwiedzają międzynarodowe targi książki, przeszukują i zbierają informacje, utrzymują kontakt z wydawnictwami, instytucjami, organizacjami i innymi ekspertami – zdradza Christiane Raabe, dyrektorka Internationale Jugendbibliothek.
A wszystko po to, by co roku w październiku ułożyć prestiżową listę The White Ravens, na której umieszczane są tytuły najbardziej godne uwagi. Na tegorocznej liście, która zawiera 200 nowych publikacji w 39 językach z 57 krajów – m.in. Brazylii, RPA, Indii, Portugalii, USA, Iranu, Finlandii i Wietnamu – znalazły się trzy polskie tytuły. Są to lubiane i nagradzane także w naszym kraju: "Ale odlot! Rysunkowa historia lotnictwa" z tekstem i ilustracjami Jacka Ambrożewskiego (Wydawnictwo Dwie Siostry), "Pa, pa, baloniku!" Agaty Loth-Ignaciuk z ilustracjami Małgorzaty Nowak (Wydawnictwo Druganoga) oraz "Drań, czyli moje życie z jamnikiem" ze słowami Zofii Staneckiej, do których ilustracje stworzyła Marianna Sztyma (Wydawnictwo Kropka).
Jurorzy tak napisali o pierwszej z nich: "Ludzie od zawsze marzyli o lataniu. W tym wielkoformatowym komiksie non-fiction autor pokazuje, jak to marzenie stało się rzeczywistością i co sprawia, że latanie jest tak fascynujące. Bogata w szczegóły, zabawna i pouczająca książka opisuje, jak rozwijało się lotnictwo od pierwszych obiektów latających aż do dzisiejszych samolotów zasilanych energią słoneczną. »Ale odlot!« nie jest jednak po prostu chronologicznie ułożoną listą wynalazków lotniczych i ich twórców, takich jak Leonardo da Vinci czy Otto Lilienthal. Książka pozwala także czytelnikom zajrzeć do kokpitów, sterowców i ładowni, zrozumieć działanie radarów i dronów oraz poznać odpowiedź na najbardziej fundamentalne pytanie: dlaczego samolot nie spada, lecz unosi się w powietrzu? Obok ogromnej fascynacji lotnictwem znalazło się tu też miejsce na refleksję nad problematyczną kwestią wykorzystania samolotów w celach militarnych".
"Drań, czyli moje życie z jamnikiem" Zofii Staneckiej jest trochę autobiografią, a trochę po prostu historią nierozerwalnej więzi, jaka połączyła główną bohaterkę z jej jamnikiem. Autorzy Białych Kruków 2023 tak o niej piszą: "Zofia, która dorasta w latach 80., ma jedno najgorętsze marzenie: pragnie mieć własnego psa. Kiedy jamnik Drań wreszcie zamieszka z nią i jej rodziną, ich świat zostaje wywrócony do góry nogami – zarówno pod względem szczęścia, jak i dosłownie; ponieważ Drań ma silną osobowość. Piesek zajmuje dużo miejsca w łóżku, nie tknie najsmaczniejszego jedzenia, ale uwielbia wyławiać rzeczy ze śmietnika i pożerać je na spacerach. Autorka wykorzystuje krótkie epizody z relacji Drania i jej samej w dzieciństwie. Skupia się na mnóstwie małych chwil i scen, które są częścią psiego życia, a raczej życia z psem. Z perspektywy dziecięcej bohaterki ze współczuciem opisuje wizytę jamnika u weterynarza, jego strzępienie poduszek, kapci i frędzli oraz jak podczas napadu chroni rodzinę przed socjalistyczną władzą". Za stronę wizualną odpowiadała Marianna Sztyma, która nie mogła portretować z natury, ale na podstawie rodzinnych zdjęć Staneckiej znakomicie oddała jamniczą naturę bohatera oraz nastrój tej opowieści.
Trzecia z wybranych książek to "Pa, pa, baloniku!" skierowana do maluchów od 2 roku życia. Jest ilustrowanym przewodnikiem po otoczeniu, obrazkowym słownikiem pełnym różnorodnych pojęć, treningiem spostrzegawczości i pamięci. Nauką i zabawą. "Żółty balonik wyfrunął i leci nad polskim podwórkiem, nad miastem, krajem, kontynentem i w kosmosie. Wszystko, co mija i na co patrzy po drodze, opisano w jednym lub dwóch krótkich zdaniach
na końcu każdej podwójnej rozkładówki tej uroczej tekturowej książeczki. W zabawny sposób autorka i ilustratorka dostarczają czytelnikom poczucia bliskości i dali oraz pokazują, jak zmienia się widzenie świata pod wpływem różnych odległości i perspektyw. Jest wiele do odkrycia: ludzie idący na zakupy, spacery z psami, skupiska domów, rzeki, góry, gwiazdy i planety. Wszystkie te szczegóły zachęcają czytelników do spojrzenia na każde miejsce na nowo" – można przeczytać opinię recenzenta The White Ravens.
Trzy polskie książki, wraz z pozostałymi najciekawszymi, najpiękniejszymi i najbardziej wartościowymi, trafiły również do katalogu "Białe Kruki 2023", obecnie wyłącznie w formie cyfrowej. Pod tym linkiem: https://tiny.pl/cpk4h.
22.10.2023 | "Ludzkość przeżywa wielki kryzys, a kino znów będzie źródłem pocieszenia". Wim Wenders powitany jak gwiazda rocka
– Otrzymywałem w życiu wiele nagród, ale tym razem jest inaczej, bo to nagroda kina! – powiedział reżyser Wim Wenders, odbierając w piątek w Lyonie prestiżową Nagrodą Lumière. Ten jeden z najwybitniejszych reżyserów europejskich został doceniony za całokształt twórczości w mieście, gdzie wymyślono kino. Autor "Paris, Teksas" i "Soli ziemi" został powitany długą owacją na stojąco.
To nie jest zwyczajna nagroda. To w Lyonie bracia Auguste i Louis Lumière wymyślili kinematograf. W miejscu dawnego domu i fabryki pionierów kina w 1982 roku powstał Institut Lumière, którego misją jest zachowanie dziedzictwa kinematografii; a od 2009 roku organizowany jest festiwal filmowy, któremu przewodniczy szef festiwalu w Cannes, Thierry Frémaux. Podczas 15. edycji lyońskiej imprezy w dniach 14-22 października odbyło się blisko 450 pokazów filmowych, wręczono też nagrody. Jedną z nich – Prix Lumière, która jest wyrazem uznania dla wybitnych indywidualności, ich osiągnięć i wkładu w rozwój światowego kina – otrzymał mistrz niemieckiego kina.
Wim Wenders jest 15. laureatem tego wyróżnienia. Wcześniej przyznano je m.in. Quentinowi Tarantino, Pedro Almodóvarowi, Martinowi Scorsese, Jane Campion, Francisowi Ford Coppoli, Wong Kar-waiowi, a w zeszłym roku Timowi Burtonowi. "To człowiek, który uosabiał odrodzenie kina niemieckiego i europejskiego na przełomie lat 70. i 80. Filmowiec, który wymyślił na nowo kino drogi. Jest reżyserem, który kontynuuje swą artystyczną trajektorię i właśnie odniósł olśniewający podwójny triumf dzięki dwóm najnowszym filmom: »Anselm« i »Perfect Days«. To był oczywisty wybór, by w miejscu narodzin kinematografu, uczcić tego reżysera wędrowca, wszechstronnego wirtuoza i wizjonera, znakomitego fotografa, który nigdy nie przestał wymyślać siebie na nowo" – uzasadniono wybór 78-letniego Wendersa, który w Lyonie został powitany jak gwiazda rocka.
W piątkowy wieczór wchodził na scenę w sali Tony’ego Garniera, która zgromadziła 5000 gości, w rytm przeboju "I Don't Want a Lover" zespołu Texas, a widownia witała go długą owacją na stojąco. Wśród gości byli m.in. reżyserzy Alfonso Cuarón, Costa Gavras, Claude Lelouch, Jean-Jaques Annaud i Gaspar Noé oraz aktorzy Marisa Paredes i Vincent Lindon. Cuarón ogłosił: "Byłeś dla naszego pokolenia jak latarnia morska. Dałeś do zrozumienia, że nie cel i przeznaczenie są najważniejsze. Najważniejsza jest podróż". Muzyka oczywiście też była obecna, aby podkreślić twórczość Wendersa. Słuchano hitu Lou Reeda "Perfect Day" w nawiązaniu do nowego filmu fabularnego reżysera, a jako bonus lyońska grupa Colectivo Caliente wykonała kubańskie standardy muzyczne rozsławione dzięki dokumentowi "Buena Vista Social Club". Na fortepianie grał kompozytor Laurent Petitgrand, który towarzyszył reżyserowi przy wielu jego najważniejszych dziełach.
Zerkając na stojącego nieopodal Frémaux, Wenders ze statuetką w rękach powiedział z bezczelnym uśmiechem: – Otrzymywałem w życiu wiele nagród, ale tym razem jest inaczej, to nagroda kina! Nie chcę powiedzieć, że Złota Palma to nic. Ale Nagroda Lumière jest wyjątkowa i jestem z niej dumny!
Wim Wenders jest jednym z najbardziej cenionych współczesnych reżyserów. W 1984 roku zdobył Złotą Palmę w Cannes za film "Paryż, Teksas", a trzy lata później został tam nagrodzony za reżyserię "Nieba nad Berlinem". Jego dokument "Sól ziemi" o fotografie Sebastião Salgado nagrodzono w 2015 roku Cezarem, dzięki niemu otrzymał też jedną ze swoich trzech nominacji do Oscara. W tym roku reżyser wrócił do konkursu w Cannes z filmem "Perfect Days" – grający główną rolę w tej apologii codzienności japoński aktor Koji Yakusho zdobył nagrodę dla najlepszego aktora. Film, którego bohaterem jest starzejący się sprzątacz toalet w Tokio, na ekrany europejskich kin wejdzie w październiku.
Zanim niemiecki reżyser wieczorem został laureatem Prix Lumière, kilka godzin wcześniej poprowadził wykład mistrzowski, podczas którego na pytanie, czy czuje się "jednym z ostatnich wielkich żyjących kina", przyznał: "Czuję się jak dinozaur".
Mówił także o...
O ŚWIETLE
"To niewiarygodne, niepojęte, niewyobrażalne, że wynalazcy kina nazywali się »Lumière«, co po francusku znaczy »światło«, bo to słowo stanowi istotę kina" – mówił do zgromadzonych w Lyonie. "Na ekranie staramy się rzucić światło na świat, na historie, na ludzi. To, co zrobiłem w moim kinie, ma na celu wyjaśnienie tego pytania: jak żyjemy, jak możemy żyć lepiej?".
Wenders był jednym z pierwszych reżyserów zaproszonych przez Institut Lumière. 32 lata temu odbyła się tam jego filmowa retrospektywa i wystawa fotografii. Do dziś nie ukrywa słabości do braci, na których cześć powstał festiwal. "Zawsze lubiłem braci Lumière, bo choć byli dokumentalistami, to może nieświadomie kręcili filmy fabularne. Jest to więc bardzo symboliczne" – powiedział. "W pewnym momencie udało mi się nawet nakręcić krótki film za pomocą ich kinematografu, ich cudownego małego urządzenia, które było wykonane z drewna".
O BYCIU AMERYKANINEM
Wspominając swój kultowy film z 1984 roku "Paryż, Teksas", reżyser wyjaśnił, że było to zwieńczenie jednej z jego najważniejszych lekcji w życiu.
"Zdałem sobie sprawę, że nigdy nie będę Amerykaninem i że nigdy nie będę kręcił amerykańskich filmów. W głębi serca i duszy byłem niemieckim romantykiem, a moim zawodem był »europejski filmowiec«. Aby to udowodnić, nakręciłem »Paryż, Teksas« według własnych zasad, z niewielkim budżetem i najlepszymi ludźmi na świecie: Robby'm Müllerem, Samem Shepardem i Ry'em Cooderem. Ten film pozwolił mi wrócić do Europy z podniesioną głową" – wyznał.
O SUKCESIE
Filmy "Paryż, Teksas" i "Niebo nad Berlinem" zmieniły jego życie jako filmowca. "Odniesienie sukcesu było też pewnym obciążeniem. Wielu ludzi oczekuje od nas, że będziemy nadal robić to, co już im pokazaliśmy lub coś w tym rodzaju. A to jest wrogiem kina. To przepis na porażkę. Kino trzeba wciąż od nowa wymyślać, z każdym kolejnym filmem" – wyjaśnił.
Na początku swojej kariery jako młody filmowiec pracował z takimi artystami jak Werner Herzog i Rainer Werner Fassbinder i – jak zaznaczył – część swojego sukcesu zawdzięcza panującej między nimi solidarności. "Nie baliśmy się siebie, bo filmowo nie mieliśmy ze sobą nic wspólnego. Moją specjalnością było klasyczne kino amerykańskie, oni robili inne kino i wszyscy byliśmy zależni od Filmverlag der Autoren [dystrybutor filmowy założony w 1971 roku, aby pomagać w finansowaniu i dystrybucji niezależnych filmów niemieckich autorów – przyp. red.], który składał się z 15 osób, a każdy obraz był popierany przez 14 innych. Nikt z nas nie byłby w stanie zrobić filmu sam" – powiedział.
O SAMOTNOŚCI
Przez całą 50-letnią karierę bardzo interesowały go podróże, wędrówki i samotność. Co skłoniło go do zgłębiania tych tematów? "To, że mogę być sam, nauczyło mnie, że potrafię też przebywać z ludźmi. To wielka rzecz w kinie: idea samotności lub reprezentowanie idei samotności o pozytywnej konotacji" – wyznał.
O ARTYSTACH
W portfolio ma wiele filmów dokumentalnych, np. ten o Pinie Bausch, Buena Vista Social Club, Anselmie Kieferze czy trójce swoich ulubionych wykonawców bluesowych: Skipie Jamesie, Blindzie Williem Johnsonie i J. B. Lenoirze. Dlaczego zawsze interesował się innymi artystami?
Bo zawsze ciekawi go, w jaki sposób artyści, jak choćby Vermeer i Hopper, odnajdują swój własny język. "Nie wiem, jak oni to robią, nie wiem, jaki jest ich sekret, ich forma inwencji i kreatywności. Odkrywanie ich języka jest dla mnie wielką przygodą" – mówił.
Jako przykład przytoczył doświadczenie, które doprowadziło go do nakręcenia w 2011 roku filmu dokumentalnego "Pina" o niemieckiej tancerce Pinie Bausch, wyjaśniając, że jego ówczesna dziewczyna zmusiła go do pójścia na jeden z jej występów. "Nudziłem się, zanim to się zaczęło" – zażartował. "To był taniec, w dodatku balet, a to nie moja bajka. Tymczasem 10 minut później rozpłakałem się jak dziecko i nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Urzekła mnie twórczość kogoś innego, a żaden film nie zrobił na mnie takiego wrażenia".
I dodał: "Ogranicza nas nasza własna wizja, więc zobaczenie wizji kogoś innego jest wielką przygodą. Dziś pozostało bardzo niewiele przygód – wszystkie wielkie przygody już się wydarzyły, byliśmy już nawet na Księżycu. Wielką przygodą dzisiaj jest to, co potrafi wykreować człowiek, który rozpala w nas emocje i inspiracje. Warto przyczynić się do tego, żeby inni mogli tego doświadczyć, więc i ja chciałem przekazywać tego wirusa dalej. Na tym właśnie polega funkcja kina: przekazywaniu wirusa".
O KINIE
W jakim stanie jest dzisiejsze kino? "Przeżywa kryzys. Ponieważ jednak cała ludzkość przeżywa wielki kryzys, jestem pewien, że kino ponownie będzie źródłem pocieszenia. Chęć opowiadania historii i to prawdziwych historii zawsze będzie potrzebna. Kino przetrwa" – podsumował.
Ale jednocześnie przyznał, że podziela głębokie zaniepokojenie Martina Scorsese w związku z obsesją Hollywood na punkcie sequeli oraz obawy dotyczące sztucznej inteligencji, podobnie jak amerykańscy aktorzy i scenarzyści, którzy wciąż strajkują. "Dzięki sztucznej inteligencji wszystko można zrobić bardzo szybko. Dajesz trzy pomysły i kilka zdań, a następnego dnia masz nowy scenariusz, z którego wielu kierowników studia będzie chciało skorzystać, bo dostali dokładnie to, czego chcieli. Dla scenarzystów to byłby koniec" – stanął w obronie autorów tekstów.
Jego zdaniem, aktorzy również mają prawo walczyć, ponieważ ich wizerunki nie są chronione. "Ich wirtualne kopie są wygodne, bo nie stwarzają problemów i nie chorują" – stwierdził Wenders, nawiązując do nieuprawnionego wykorzystywania podobizny i głosów aktorów. "A prawda jest taka, że poza dziesiątkami wielkich nazwisk, które czerpią zysk brutto, a nie zysk netto (ze sprzedaży biletów), wszyscy pozostali aktorzy zarabiają bardzo niewiele lub nic".
Wenders brzmiał jak Scorsese, gdy mówił o braku wsparcia ze strony głównych studiów dla filmów autorskich. "Sequele zabijają wyobraźnię i ideę kina" – stwierdził, podając film "Szybcy i wściekli", który doczekał się 10. wersji, jako przykład długoletniej serii. "Pomysł, że studio ogranicza ryzyko, wykorzystując pomysły, które już się opłaciły, moim zdaniem jest całkowicie głupi i pozbawia go potencjału twórczego. Jean-Luc Godard, jako pierwszy zaobserwował trend w kierunku sequeli, w pewnym stopniu przewidział obecną sytuację. Miał teorię, że amerykańskie studia będą kręcić coraz mniej filmów, aż w końcu zrobią razem tylko jeden film i będzie to film, który każdy na świecie będzie musiał zobaczyć. I to będzie koniec".
O EUROPIE
Na zakończenie zajęć mistrzowskich dyrektor festiwalu Thierry Frémaux zapytał Wendersa, który urodził się pod koniec II wojny światowej, o jego decyzję o powrocie na stałe do Europy, a zwłaszcza do Niemiec, po podróżach po całym świecie.
Reżyser stwierdził, że jest głęboko zaniepokojony wzrostem popularności radykalnego nacjonalizmu w Europie. "Dla mnie było to marzenie, wielkie marzenie mojej młodości, a może i mojego życia, że istnieje Europa jako miejsce pokoju i jedności, która pozostawiła za sobą całą historię wojen. Boli mnie, że to marzenie, nawet jeśli zaczęło się ze względów ekonomicznych, nie udało się przełożyć na kulturę i idee, które poruszają ludzkie emocje. Pozostała Europą polityków, a nie obywateli. O to, by to się zmieniło, będę walczyć aż do śmierci" – obiecał.
20.10.2023 | Klejnot modernizmu w Los Angeles – niegdyś tani dom rodzinny, dziś wart miliony. Kupiła go gwiazda "Euforii", urodzona ponad pół wieku po jego powstaniu
O ten niewielki dom w Brentwood, jednej z najzamożniejszych dzielnic Los Angeles, odbyła się zacięta walka. Wygrała oferta Hunter Schafer, aktorki znanej z serialu "Euforia", która zakochała się w tym budynku będącym ucieleśnieniem kalifornijskiego modernizmu. Za Hart Residence zapłaciła kilka dni temu 3,9 miliona dolarów. Co takiego ma w sobie ten dom z 1950 roku?
Nie jest tajemnicą, jak piszą amerykańskie media, że rynek tamtejszych luksusowych nieruchomości znacznie zwolnił, szczególnie w Los Angeles. Ale odpowiedni dom w stylu vintage wciąż może podbić serca kupujących. Dowód to budynek z połowy stulecia w Brentwood – dzielnicy, w której niegdyś mieszkali Marilyn Monroe i Clark Gable, a dziś żyją tam m.in. Jim Carrey, John Travolta i LeBron James – który ma zaledwie 195 m², ale mimo to wywołał wielomilionową wojnę przetargową.
Wygrała oferta o 200 tys. dolarów większa niż druga w kolejności, ostatecznie więc Hart Residence sprzedano za 3,9 miliona dolarów. Nową właścicielką została jedna z najjaśniej błyszczących młodych gwiazd USA – 24-letnia Hunter Schafer, modelka, aktorka oraz aktywistka na rzecz osób transpłciowych i LGBT+, która sama przeszła korektę płci. Słynie też z bardzo wysmakowanego gustu, nic więc dziwnego, że w skromnej nieruchomości przy 12444 Rochedale Lane szybko dostrzegła atrakcję.
To wyjątkowy dom, z wyjątkową historią. Zbudowany został w ramach nowatorskiej spółdzielni mieszkaniowej w Brentwood, znanej jako Mutual Housing Association. W 1947 roku muzycy sesyjni z hollywoodzkiego studia Ray Siegel – Jules Salkin, Gene Komer i Leonard Krupnick – połączyli siły, aby kupić działkę w Los Angeles. Przyjaciele, którzy powrócili z II wojny światowej, byli rozczarowani pudełkowatymi blokami mieszkalnymi, które niedawno stanęły w mieście, dlatego postanowili zbudować zieloną społeczność, nie tylko dla siebie. Założyli stowarzyszenie, które miało zająć się stworzeniem miejsca o wspólnym stylu życia, nie będące wyłącznie inwestycją czy spekulacją na rynku sprzedaży. Co najważniejsze, byli zdeterminowani, aby uczynić z tego miejsca osiedle zintegrowane rasowo, wolne od uprzedzeń i dyskryminacji, co wówczas w czasach rasizmu było nie do pomyślenia u niektórych mieszkańców w okolicy.
Zatrudnili architekta A. Quincy'ego Jonesa i jego współpracowniczkę, Whitney R Smith, a także architekta krajobrazu Garretta Eckbo, by w zasadzie na pustkowiu stworzyli niedrogie domy z ogrodami na każdą kieszeń artysty. Jones był płodnym architektem – brał udział w projektowaniu aż 5 tys. budynków, od domów dla gwiazd filmowych (wspaniały dom Gary'ego Coopera w dzielnicy Holmby Hills) po niedrogie osiedla mieszkaniowe i plany przedmieść. Jego integracja krajobrazu, zieleni i architektury opierała się na jego doświadczeniu w projektowaniu mieszkań dla pracowników rozwijającego się kalifornijskiego przemysłu zbrojeniowego z czasów wojny i okazała się mieć ogromny wpływ na powojenny boom na amerykańskich przedmieściach.
Cichy modernizm Jonesa rzadko spotykał się z takim uwielbieniem, jakim cieszyli się niektórzy jego sławni i wpływowi rówieśnicy, tacy jak Philip Johnson, Eero Saarinen czy jego kolega ze studiów architektonicznych Minoru Yamasaki, projektant Twin Towers w Nowym Jorku, ale przetrwał i cieszy się do dziś uznaniem. Jeden z najwcześniejszych domów projektu Jonesa, Hart Residence w Brentwood, to prawdziwa perełka modernizmu. Położona przy wąskiej i odległej ulicy, wysoko wśród wzgórz, nieruchomość jest dobrze ukryta przed przechodniami, przy długim i krętym podjeździe, znacznie poniżej poziomu ulicy.
Jednak przez ostatnich kilka dekad była zaniedbana, a seria złych przebudów pozostawiła projekt Jonesa i Smith jako cień dawnego siebie. HabHouse, firma zajmująca się restauracją perełek architektury, kupiła Hart Residence w zeszłym roku, płacąc 2,3 miliona dolarów, a następnie przekształciła ją w godny uwagi mediów obiekt z cechami charakterystycznymi z połowy stulecia. To prosty, skromny dom z trzema sypialniami, starannie zaprojektowany i starannie odrestaurowany przy użyciu oryginalnej palety materiałów i kolorów.
Konstrukcja ze skośnym dachem ma przed sobą dołączoną wiatę i przylegające do niej miejsce parkingowe, które może pomieścić dwa pojazdy i samo w sobie jest doskonałym dziełem z epoki – mobilność i kalifornijska wolność na widoku, a nie ukryta w garażu. Wewnątrz hol wejściowy prowadzi do dużej przestrzeni dziennej, gdzie centralnym punktem jest ogromny ceglany kominek opalany drewnem, a przyległy salon i jadalnia łączą się z kuchnią. Rozległe szklane ściany otwierają się na patio z niemal każdego pokoju, jednocześnie kadrując widoki na korony drzew i góry. W oddzielnym skrzydle znajduje się główny apartament będący bardziej prywatną "kryjówką" i trzy sypialnie.
Hart Residence jest wyjątkowa nie tylko ze względu na modernistyczną architekturę, ale także dlatego, że jest jedną z ostatnich wciąż stojących nieruchomości spółdzielni Mutual Housing Association, która zbudowała mniej domów, niż pierwotnie przewidywała, i niestety niewiele z nich nadal pozostaje w dobrym stanie. Osiedla już w zasadzie nie ma, a najważniejszą rzeczą, która się zmieniła, jest prawdopodobnie cena. Domy, które kiedyś były niedrogie i dostępne dla artysty z ograniczonym budżetem, są obecnie liczone w milionach, również dlatego, że dzielnica, gdzie stoją, staje się coraz bardziej pożądana. Poza tym, to rzadka okazja, aby stać się częścią historii modernizmu Kalifornii i żyć w spokojnym, jedynym w swoim rodzaju otoczeniu.
18.10.2023 | "Ważne jest, aby zaprzyjaźnić się z wodą". Autor zamiany miast w gąbki zdobył Oscara architektury krajobrazu
Koncepcja "miasta gąbki" autorstwa architekta krajobrazu Kongjiana Yu chroni metropolie przed powodziami i suszami. Chińczyk właśnie zdobył największą nagrodę w branży za swoją pracę – Cornelia Hahn Oberlander International Landscape Architecture Prize 2023. Jury wybrało jego, bo pokazał, że "architektura krajobrazu może odegrać kluczową rolę w przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym".
Na obrzeżach szybko rozwijającego się chińskiego miasta Harbin – metropolii zamieszkiwanej przez 10 milionów ludzi – wśród bloków mieszkalnych i wieżowców rzuca się w oczy rozległy krajobraz. To park o powierzchni 32 hektarów, który jest rzadkim fragmentem natury w gęstym środowisku miejskim, gdzie betonowa zabudowa prawie zadusiła ten obszar naturalnych podmokłych terenów. Jednak interwencja jednego z najbardziej innowacyjnych architektów krajobrazu XXI wieku podniosła to miejsce z upadku. Filtrując wodę burzową do parku z otaczającej go zabudowy miejskiej oraz wykorzystując naturalne nasadzenia, siedliska i stawy zatrzymujące wodę, park stał się żywym krajobrazem, który jest w stanie wchłonąć miejskie opady deszczu. Podwyższone platformy i ścieżki spacerowe oferują odwiedzającym widoki na odtworzone tereny podmokłe, które – być może nie zdając sobie z tego sprawy – pomagają chronić miasto przed katastrofalnymi powodziami.
Park zaprojektował 60-letni Kongjian Yu, założyciel chińskiej firmy zajmującej się architekturą krajobrazu Turenscape, który wierzy, że sposobu, by poradzić sobie z ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi, tak naprawdę należy szukać w przeszłości. Yu słynie z tego, że przywrócił starożytne chińskie systemy wodociągowe do nowoczesnego designu. W trakcie tego procesu przekształcił niektóre z najbardziej uprzemysłowionych miast Chin w standardy zielonej architektury, dzięki temu, że rząd w 2013 roku przyjął jego pomysły jako szablon planowania urbanistycznego eko-miast. Co ma globalny wpływ na cały świat.
MIASTA GĄBKI
Mieszkającemu w Pekinie Yu przede wszystkim zależy na tym, by rozszerzyć swoje działanie poza Chiny na resztę świata. Chce budować odporność w miastach borykających się z podnoszącym się poziomem mórz, suszami i powodziami. Stąd jego słynny pomysł "miast gąbek" przystosowanych do zmian klimatu, w których zamiast zwykłych materiałów betonowych i stalowych, które nie wchłaniają wody, do wychwytywania jej wykorzystuje się miękkie materiały i tarasy. Tymczasem europejskie metody projektowania metropolii obejmują rurociągi odwadniające, które nie radzą sobie z obfitymi deszczami.
Według chińskiego architekta krajobrazu kluczową zaletą "miast gąbek" jest możliwość ponownego wykorzystania wody. – Woda przechwycona przez gąbkę może zostać wykorzystana do nawadniania, ładowania warstwy wodonośnej, oczyszczania gleby i do celów produkcyjnych – tłumaczy "Guardianowi". – W Chinach zatrzymujemy wodę deszczową i ponownie ją wykorzystujemy. Nawet jako pojedyncze rodziny i domy zbieramy wodę deszczową na dachu i wykorzystujemy balkon do nawadniania ogrodu warzywnego.
Jeśli chodzi o wodę, motto "miasta gąbki" brzmi: "Zatrzymaj, dostosuj i wykorzystaj ponownie".
Firma Yu zatrudnia obecnie 400 pracowników i działa w 200 miastach w Chinach. Turenscape zrealizowała ponad 600 projektów na całym świecie (łącznie z USA) i zdobyła wiele najważniejszych nagród w dziedzinie architektury i wzornictwa. Strategie, które wykorzystuje, oparte są na technikach dawnego rolnictwa, oraz dostosowywaniu systemów nawadniających budowanych przez rolników do środowiska miejskiego. Pierwsza strategia – jak wyjaśnia – "oparta jest na tysiącletniej chińskiej mądrości" i polega na "zatrzymywaniu wody u źródła, kiedy deszcz spada z nieba na ziemię".
TRZYMAĆ WODĘ
Kongjian Yu, który studiował ogrodnictwo na Uniwersytecie Leśnym w Pekinie oraz architekturę na Harvardzie, rozumie potrzebę dbania o wodę. – Zdolność do regulowania poziomu wody przez cały rok w porze suchej jest bardzo kluczową strategią pozwalającą ludziom przetrwać. Kiedy jest sucho, trzymaj wodę na ziemi w warstwie wodonośnej, aby zbytnio nie wyparowała – radzi.
– W Chinach brakuje świeżej wody. Kraj ma tylko 8 procent światowych zasobów słodkiej wody i karmi 20 proc. populacji, więc każda słodka woda z nieba będzie musiała być zatrzymana i przechowywana – deklaruje Yu.
Jak mówi, ważne jest, aby "zaprzyjaźnić się z wodą". – Nauczyłem się jednej rzeczy: spowolnić proces drenażu. Wszystkie nowoczesne techniki przemysłowe i rozwiązania inżynieryjne mają na celu jak najszybsze odprowadzenie wody po powodzi. Tak więc nowoczesna technologia ma przyspieszyć drenaż, ale starożytna mądrość, która przystosowała się do pory monsunowej, mówiła, aby spowolnić drenaż, aby woda nie była już destrukcyjna. Spowalniając przepływ wody, pielęgnujemy siedliska i różnorodność biologiczną – wykłada swoją zawodową filozofię, zgodnie z którą nie używa betonu ani twardej inżynierii, korzysta z tarasów, wyciągniętych ze starożytnej mądrości chłopskiej. Nawadnia. Wtedy miasto będzie zatapialne i przetrwa powódź. Jego zdaniem, możemy usunąć beton i sprawić, że system ochrony wody stanie się żywym systemem.
Docenianie i zrozumienie systemów naturalnych przez Yu pochodzi głównie z jego młodości. Urodził się i pierwsze 17 lat swojego życia spędził w małej wiosce rolniczej Jinhua w prowincji Zhejiang, na południe od Szanghaju, pomagając rodzicom uprawiać pola ryżowe. Nie oddalał się nigdy dalej niż około 16 km. – Wieś to wszechświat. Dla mnie to kosmos – mówi magazynowi "Fast Company".
Jego wioska położona była nad potokiem, który był starannie zarządzany za pomocą szeregu tam zwanych jazami, utrzymywanych przez ponad 2000 lat, które spowalniały przepływ wody na tyle, aby umożliwić nawadnianie gospodarstw rolnych, ale również wychwytywały ekstremalne ulewy i zapobiegały powodziom. Życie w wiosce i wielu innych podobnych było zbudowane wokół cyklu deszczowego i zatrzymywania wody do nawadniania pól w suchych miesiącach. – Dla mnie zmiany klimatyczne nie są niczym nowym. Nie było to nic nowego dla wszystkich ludzi mieszkających na tym obszarze w Chinach, Indiach i Malezji – opowiada.
Po około dziesięciu latach nieobecności w ojczyźnie Yu po raz pierwszy wrócił także do swojej wioski i odkrył, że wraz z nowym bogactwem i dobrami materialnymi, jakie przyniósł rozwój za czasów Mao, naturalne cykle życia zostały całkowicie zakłócone. – Widziałem tę dramatyczną zmianę. Potok płynął w betonie – mówi, jak po raz pierwszy zdał sobie wtedy sprawę, że jego nowy zawód może być alternatywą dla betonowania kraju.
OLMSTED Z CHIN
Yu jest gigantem w swojej dziedzinie, jednym z najbardziej wpływowych architektów krajobrazu od czasu, gdy zawód ten stworzył Frederick Law Olmsted w XIX wieku. Nic dziwnego, że jest często nazywany "Olmstedem z Chin". Solidnie na to zapracował.
Jest założycielem szkoły podyplomowej szkoły architektury krajobrazu na Uniwersytecie w Pekinie, a także płodnym autorem książek, artykułów naukowych i traktatów o krajobrazie, które są dostępne dla szerokiego czytelnika. Tej jesieni został uznany za jednego ze zwycięzców National Design Awards 2023, oprócz dziesiątek wyróżnień za wzornictwo, które on i jego firma otrzymali na przestrzeni lat. Najnowsza nagroda to najwyższe wyróżnienie w dziedzinie architektury krajobrazu – Cornelia Hahn Oberlander International Landscape Architecture Prize 2023, którą właśnie dostał za swoją pracę (wraz ze 100 tys. dolarów), pokonując 300 innych nominowanych z całego świata.
Ten przyznawany co dwa lata przez Cultural Landscape Foundation odpowiednik Nagrody Pritzkera i Oscara w dziedzinie krajobrazu ma na celu uhonorowanie żyjących architektów krajobrazu, którzy wywarli ogromny wpływ na tę dziedzinę. Jury zauważyło, że Kongjian Yu jest "genialnym i płodnym projektantem, który jest także siłą napędową postępowych zmian w architekturze krajobrazu na całym świecie". – Jego wpływ jest być może większy niż jakiegokolwiek żyjącego architekta krajobrazu. Dzięki swojej karierze, która łączy doskonałość projektu z propagowaniem ochrony klimatu i realizacją w odgórnym systemie politycznym, udowodnił, że jest wyjątkową i skuteczną siłą – podsumowuje Elizabeth Mossop, dziekan Szkoły Projektowania, Architektury i Budownictwa na Uniwersytecie Technologicznym w Sydney oraz przewodnicząca jury.
60-latek nie ustaje w propagowaniu swoich "miast gąbek", ponieważ jego zdaniem infrastruktura skupiona na betonie jedynie zaostrzyła powodzie i ekstremalne skutki pogodowe zmian klimatycznych i jest prawdopodobnie jedną z ich głównych przyczyn. Stosując podejście oparte na "miastach gąbkach", Yu zamierza ponownie wprowadzić do miast naturalne systemy zarządzania wodą, aby przeciwdziałać wszystkiemu, począwszy od wyczerpywania się wód gruntowych, przez gwałtowne powodzie, aż po wzrost poziomu morza.
– Moja hipoteza jest taka, że jeśli jako kula ziemska wchłoniemy nadmiarową ilość wody, wypełniając warstwę wodonośną porowatym krajobrazem, możemy rozwiązać problem podnoszenia się poziomu morza – mówi. – To nie jest takie trudne, nie jest tak drogie i może być szybkie.
17.10.2023 | Święto fotografii w epoce sztucznej inteligencji. Pierwsza wyprzedaż zdjęć agencji Magnum we współpracy z fundacją World Press Photo
Jaka jest różnica między zdjęciem stworzonym przez sztuczną inteligencję a zdjęciem wykonanym przez człowieka? Naturalne światło. Jest to też temat najnowszej sprzedaży internetowej agencji Magnum "Square Print Sale: Written by Light", podczas której można kupić ponad 100 prac fotografów z całego świata, w tym dwójki Polaków. Po raz pierwszy na "Square Print Sale" trafiły zdjęcia nagrodzone w najważniejszym konkursie w świecie fotoreportażu – World Press Photo.
– Nadszedł właściwy czas, aby wrócić do korzeni i zastanowić się nad samymi początkami naszej praktyki fotograficznej, nad kamerą obscura i nad tym, jak obraz zostaje zarejestrowany pod wpływem światła i "wychodzi" na powierzchnię – wyjaśnia Cristina de Middel, prezes Magnum Photos, najstarszej i najbardziej kultowej agencji fotograficznej świata.
Wszystko zaczęło się od rozmów kilku członków Magnum i laureatów World Press Photo, którzy spotkali się w ramach grupy roboczej skupiającej się na standardach etycznych w dziennikarstwie wizualnym w dobie AI i coraz częstszemu wykorzystywaniu sztucznej inteligencji do tworzenia obrazów w Internecie. I tak narodziła się współpraca obu gigantów: agencji Magnum i fundacji WPP. – Po to, by podwoić nasze wsparcie dla fotoreportażu, który rejestruje uczciwe i dokładne odzwierciedlenie tego, czego był świadkiem fotograf – mówi Joumana El Zein Khoury, dyrektor wykonawczy World Press Photo.
Efektem jest pierwsza wspólna internetowa sprzedaż zdjęć w ramach znanej już akcji "Square Print Sale", którą agencja organizuje od kilku lat. Tym razem do 76 klasycznych kadrów z archiwum Magnum dodano 31 fotografii wyróżnionych w World Press Photo, corocznym konkursie organizowanym od 1955 roku i nagradzającym najlepsze fotoreportaże i fotografie dokumentalne. Dzięki temu jest tak silny skład: od Harry'ego Gruyaerta i Alexa Majoli po Madsa Nissena i Ami Vitale. W wybranym gronie jest też dwójka Polaków: Anna Bedyńska i Rafał Milach.
Tematem przewodnim jest wykorzystanie naturalnego światła w fotografii. Stąd nazwa "Written by Light ". – W pewnym momencie, my fotografowie, wszyscy daliśmy się uwieść światłu i możliwościom uchwycenia go na swój własny, niepowtarzalny sposób. I to światło jest tym, co naprawdę odróżnia nasze fotografie od wygenerowanych komputerowo obrazów – zaznacza de Middel. Khoury dodaje: – Dlatego chcieliśmy złożyć hołd zasadniczej różnicy między klasycznymi zdjęciami a tymi generowanymi przez AI i pomóc w szerszej dyskusji na ten temat.
Każdemu obrazowi towarzyszy opis. Do tego zrobionego w bazylice w Jerozolimie w 2000 roku jego autor, Larry Towell, dodał: "Fotografia to światło. Nie ma w tym nic sztucznego. Magii chwili nie da się sztucznie stworzyć, bo światło pochodzi ze słońca i uwypukla drobne szczegóły życia". Alessandro Cinque tak opisał powstanie portretu Aliny, gdy w 2021 roku towarzyszył jej i rodzinie podczas wypasu alpak w peruwiańskich Andach: "Podczas 10-godzinnej podróży urodziła się nowa alpaka, którą Alina postanowiła nieść. Mniej więcej w połowie drogi zatrzymaliśmy się, by odpoczęła. W jednej chwili chmury się rozstąpiły, przepuszczając cudowne światło. Wokół mnie manifestowało się piękno. Nacisnąłem spust migawki". Zaś Anna Bedyńska, zwyciężczyni konkursu World Press Photo 2013, wybrała zdjęcie Zuzi cierpiącej na albinizm: "Osoby z albinizmem są bardzo wrażliwe na światło słoneczne ze względu na brak pigmentu w skórze, włosach i oczach. W rezultacie pozostają w cieniu. Chciałam ich wyciągnąć z cienia i umieścić w centrum uwagi".
Pełna kolekcja zdjęć ze "Square Print Sale: Written by Light" obejmuje prawie stulecie historii fotografii. Każdy ze 107 wybranych kadrów w formie sygnowanych odbitek będzie można kupić tylko przez tydzień (do 22 października) w cenie 120 euro każdy (link: www.magnumphotos.com/shop/?rfsn=2748028.cf1534c&utm_source=guardian&utm_medium=affiliate&utm_campaign=oct-23&fbclid=IwAR3MDRAy6UPQ69opWTpqz4mpW-BzHbzTwhyT-jJWf9qeNDV88WqMlJOH2rk). Magnum Photos i World Press Photo przekażą część zysków ze sprzedaży Międzynarodowemu Komitetowi Czerwonego Krzyża na pomoc ofiarom wojny i innych sytuacji przemocy na całym świecie.