Alpy

roma★
cherry valley forever
NASA
we're not kids anymore.

titsay
hello vonnie
Claire Keane

shark vs the universe
No title available
Alisa U Zemlji Chuda
Mike Driver
sheepfilms

❣ Chile in a Photography ❣

PR's Tumblrdome
Jules of Nature
Sweet Seals For You, Always

Kaledo Art
dirt enthusiast
h

No title available

seen from Germany

seen from Malaysia

seen from Austria

seen from United States
seen from United States
seen from India

seen from Brazil
seen from Switzerland
seen from United States

seen from China
seen from United States
seen from United Kingdom

seen from Malaysia

seen from Ireland
seen from United States

seen from Serbia
seen from United States
seen from Chile

seen from United States
seen from United States
@mabamaba
Alpy
Hello 2019!
i jeszcze jeden i jeszcze raz
Zbliżają się wybory samorządowe co generuje w polskich mediach sporo pyskówek i kontrowersji. Politycy, publicyści i generalnie osoby publiczne popisują się niespotykaną elokwencją, wypisując i opowiadając rzeczy, na które w jałowym okresie nie mamy okazji trafić. Wydawcy to wszystko bacznie obserwują i powielają treści, które mają przynieść im dużo wejść/kliknięć/obejrzeń/zakupów – no generalnie dużo dzindziorów.
W tak gorącym okresie, na odleglejszych stronach gazet (dział „kultura”), największymi literami drukowane są hasła - KLER i SMARZOWSKI. Przewijają się one nie bez powodu, w końcu mamy właśnie do czynienia z najhuczniejszą premierą filmową w historii polskiego kina i nawet moja babcia wybrała się do kina żeby dowiedzieć się o co właściwie jest tyle szumu. Wrzawa związana z filmem przyćmiła nawet debatę przedwyborczą i społeczeństwo zapomniało się w kwestii polityki a zaczęło zajmować kościołem.
Takie cudo znajduje się w jednym z kościołów w Bolonii.
Film Kler, już w niecały tydzień pobił wszelkie rekordy popularności i nie wiem czy nie przebił w naszym kraju nawet Avatara (to dopiero było gówno). Sam także wybrałem się do kina, choć nie było to łatwe, aby sprawdzić czy w ogóle warto o tym dyskutować.
Pana Wojciecha każdy z nas dobrze zna z choćby jednego z jego filmów. Miałem okazję robić z nim wywiad przy premierze Drogówki – nieprzeciętnie nudny człowiek (przynajmniej w tamtej sytuacji). Myślałem, że zasnę kiedy opowiadał o produkcji i nie chodzi tu o merytorykę wypowiedzi, ale o jej dynamikę. Wydał mi się flegmatyczny i myślami był chyba gdzie indziej. Należy mu oddać, że laury zbiera słuszne, bo jego twórczość (no może poza Na wspólnej) zawsze wzbudza podziw publiki, porusza ważne tematy i okraszona jest doskonałą obsadą. W przypadku Kleru jest podobnie i tylko czas dzieli go od odebrania kilku ważnych nagród.
Wojciech Smarzowski jest niewątpliwie pierwszym wygranym całej tej sytuacji. Mamy jednak także drugiego zwycięzcę. Ex aequo na najwyższym stopniu podiom uplasowała się (a jakże!) partia rządząca. No bo dlaczego nie możemy mówić o wygranej PiS, skoro szum związany z wyborami udało im się zastąpić rumorem związanym z kościołem i premierą. Nie da się przecież ukryć, że każda godzina, w której nie przypominamy o tym, żeby na nich nie głosować działa na ich korzyść. I nie ważne czy mówimy o samym filmie, czy o blokowaniu kin, czy o dotacjach na kolejne produkcje reżysera - każda zastępcza dyskusja to promil głosów w kierunku umocnienia ich władzy.
Nie skupiając się jednak na polityce, chciałbym wrócić do samego filmu. Idąc do kina Natalia wspomniała, że pewnie to nie będzie dobry seans bo jest późno, filmy Wojciecha są ciężkie i pewnie wyjdziemy stamtąd zdołowani. Było dokładnie tak jak mówiła, poza ostatnim punktem. Nie wyszliśmy zdołowani i nikt kto widział Wesele, Dom zły, Drogówkę i Pod mocnym aniołem zdołowany z kina nie wyjdzie.
Nie stanie się tak, bo Kler jest dokładnie taki sam jak wszystkie poprzednie produkcje Smarzowskiego i szybko zorientujecie się co będzie działo się w jego kolejnych etapach. Jeśli miałbym w prosty sposób scharakteryzować budowę wszystkich tych filmów opisałbym to tak:
1. Prostacko zabawny początek 2. Pojawia się problem 3. Ratowanie sytuacji (dynamika spada, z czasem robi się nudnawo) 4. Rozwiązanie (konflikt tragiczny) 5. Szokująca scena na koniec (i koniecznie cisza przy napisach).
I pewnie nie znam się na kinie, ale to czyni mnie typowym polski widzem (no może nawet pół półki ponad średnią) i zamiast rozmawiać o pedofilii w kościele, po seansie zacząłem dostrzegać, że ten słynny Wojciech Smarzowski staje się powoli Patrykiem Vegą dla klasy średnia+ i wyższych.
Niemniej na film polecam pójść bo później może wyjść głupio przy small talkach ze znajomymi.
P.S. Zastanawia mnie po co angażować do filmu Bartłomieja Topę (w końcu jeden z lepszych aktorów) skoro pojawia się w zaledwie kilku scenach i tylko przemyka jak frajer po korytarzu bez słowa...
taki numer
Czytając to siedzicie na karuzeli, która kręci się jakieś 930 km/h.
Zmieniłem pracę 7 miesięcy temu i po raz 1. się zdenerwowałem. Piszę więc o liczbach, nie o tym, że mam PRO8L3M.
Skończyłem niedawno 29 lat, urodziłem się w 1989 roku, co oznacza że poza łonem mojej mamy jestem już tu co najmniej 348 miesięcy – 10 597 dni – 254 350 godzin (mało) - 15 261 000 minut.
Urodziłem się z 3 punktami w skali Apgar – to oznacza zamartwicę. Ale zajęła się mną ta słynna pani doktor Bandurska i trochę wyrosłem.
Najwięcej w życiu ważyłem 97 kg i nie byłem z tego dumny, teraz oscyluję wokół 75kg. Mój penis mierzy…. hehehe, niektóre twierdzą, że liczy się obwód. Sypiam mało, około 6 godzin i 45 minut w ciągu doby.
W moje urodziny (trwały około 8 godzin - wow!) było nas 26 osób (chyba). Wypiliśmy przynajmniej 4,4 litra wódki i nie policzę ile browarów oraz wina. Tylko pół butelki ginu. W tym czasie, obok nas przelało się około 14 miliardów litrów wody w rzece.
Wróciłem do domu Taxify, za którego zapłaciłem… zapłaciła Natalia.
Przez jakieś 7 miesięcy w roku, jeżdżę do pracy na rowerze - średnio 2 razy w tygodniu. Mam tam z domu lekko ponad 10 kilometrów. Metrem pokonuję 8 stacji. Dojeżdżam między 9:00 a 10:00, wychodzę zwykle o 17:00. Przychodzę pierwszy, w biurze jest 36 st. C., przed wyjściem temperatura spada do 23 st. C (latem). Pracujemy we trójkę, choć w biurze jest nas szóstka (niedługo będzie siedem).
Mam na biurku dwa monitory - jeden do pracy, drugi do zabawy. Do mojej myszki wchodzi jedna bateria - dlatego ta suka trzyma tak krótko. W pracy jadam jeden posiłek, najczęściej śniadanie, przed południem. 3-4 razy wychodzę na papierosa. Ostatnie wyjście, to wyjście do domu.
Na meczyk zabieram ze sobą 3 piwa. Rzadko na tylu się kończy. Kupuję zwykle 5 gramów trawy, starczają na 1,5 miesiąca.
Odwiedziłem 18 krajów na świecie i tylko 2 kontynenty, zmieni się to jeszcze w tym roku. Będę najdalej od domu w życiu – 15 600 km od Warszawy, w Sydney. Jest zaledwie kilka miejsc na naszej planecie, gdzie można być jeszcze dalej – największe z nich to Antarktyka i Nowa Zelandia.
Pierwszy post na tym blogu ukazał się 2 103 dni temu, a wtedy padał śnieg (Piasek – przy. red.). Ten ma numer 276. Polak żyje średnio 77 lat, przeczytacie więc jeszcze 2 289 moich wpisów.
Nie wierzcie tylko w to ostatnie.
2018/02 Londyn
hotness/hotmess/hopeless
Gdybym miał wam powiedzieć dlaczego tak długo milczałem, to musiałbym chyba nagrać ośmiogodzinnego audiobooka, a że nie lubię mówić i robię to niewyraźnie, to napiszę wam streszczenie. Ale takie specyficzne, takie jak lubi Iwona – bo mi powiedziała konkretnie co lubi, a ja konkrety biorę pod uwagę. I takie jak lubię ja – bo lubię meczyki, a jesteśmy w trakcie mundialu.
Mógłbym zrzucić to na brak weny, tylko że sytuacja była wręcz przeciwna – tyle rzeczy miało miejsce na niebie i Ziemi, od kiedy ostatnio coś tu pisałem, że nie byłem w stanie zdecydować, co włożyć do którego koszyczka.
O właśnie – koszyczek!
Od tego się wszystko zaczęło. Wielka gala, a na niej sami celebryci, najznamienitsze persony światowej piłki i pośród nich ten jeden, najważniejszy – los, którego chichot wybrzmiewa nam w uszach, każdego dnia tego mundialu. To za jego dotknięciem każda piłeczka wyciągana przez kolejną gwiazdę trafiała do odpowiedniej grupy abyśmy mogli oglądać to co w futbolu najpiękniejsze! Doskonale pamiętam dzień, w którym oglądałem to losowanie (końcówka 2017 roku, jeszcze zanim zmieniłem pracę) i już od tego dnia wiedziałem, że te mistrzostwa będą wyjątkowe.
Co by nie było, to najbardziej zaskakują nas gospodarze. Tacy byli niepozorni w eliminacjach, tak bardzo skazywano ich na pożarcie, a tu proszę! Rosjanie przebojem otworzyli te mistrzostwa – gładkie zwycięstwo (5:0) z bardzo słabiutką Arabią Saudyjską, to w końcu jeden z najwyższych dotychczasowych wyników. Łatwo przeszli też Egipt, jednak co Urugwaj, to Urugwaj – i trzeba było zwolnić trochę tempo. Największe zaskoczenie przyszło w 1/8 finałów, bo kto mógł się spodziewać, że będą w stanie wyeliminować Hiszpanię?! Po raz kolejny sprawdziła się stara szkoła, jaką stosuje trener Czerczesow - praca, praca i jeszcze raz praca. Jak się nie da technicznie, to się trzeba narobić i liczyć na farta w karnych. Co zdobyli, tego im nikt nie odbierze, chociaż już pojawiły się pewne kontrowersje i głosy, że stosują doping – no cóż, wszystko zweryfikują badania, a ja i tak bacznie obserwuję i czekam na więcej.
W grupie z Rosjanami walczył także Egipt, który liczył na swoją gwiazdę – Mohameda Salaha. W ostatni weekend przybliżyłem sobie jego sylwetkę i polecam to każdemu, bo historia tego gościa to materiał na dobrą książkę. Jednak Egipt odpadł, a ja nie mam czasu żeby skupiać się na przegranych.
Reprezentację Francji zawsze darzyłem dużą sympatią. Pierwszy mundial, który pamiętam należał właśnie do nich, jednak było to już całkiem dawno, bo w ’98. Od tego czasu kilkukrotnie kończyli duże imprezy na wysokich pozycjach, ale ich obecny skład do mnie nie przemawiał, wydawało się, że brakuje w nim zespołowości. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy w spotkaniu z Argentyną uaktywnił się ten młodziutki Kylian Mbappé i władował paczce Messiego dwa gwoździe do trumny. Szok i niedowierzanie! Teraz liczę jeszcze na Paula Pogbę, gdyby na boisku pokazał tyle co na Instagramie, tooo… chapeau bas!
Zupełnie bez zaskoczenia, do ćwierćfinałów wdarła się wczoraj Chorwacja. Oni zawsze są w gronie faworytów do zdobycia mistrzostwa, jednak nie pokazują niczego spektakularnego. Nie można odmówić im waleczności, podobnie jak ich sąsiadom – Serbom. Dużo było wokół nich szumu po wysokim zwycięstwie nad Argentyną, ale powiedzmy sobie szczerze – czy ta Argentyna była taką dużą przeszkodą? Prawdziwy sprawdzian czeka ich już za kilka dni, kiedy mierzyć będą się z Rosją. Moje predykcje? Nie będę typował, ale z przyjemnością obejrzę takie spotkanie.
Jeszcze jedna reprezentacja zasługuje moją uwagę – NIEMCY! A jakże, oni zawsze typowani są do zwycięstwa. Stosunkowo skromni i niechętnie pokazujący się w mediach, zawsze pewni siebie i słynący z doskonałego przygotowania. Ich odpadnięcie, to nie lada zaskoczenie, a ta porażka z mikroprocesorkami z Korei stanie się chyba swojego rodzaju symbolem upadku etosu tak perfekcyjnej drużyny.
Szkoda mi oczywiście Polaków – atmosfera w kadrze niby dobra, a jednak nie zobaczymy ich już na boisku... :/
Miało być krótko, więc pora już na ostatni gwizdek, z resztą każdy kto się mundialem interesuje, już dawno wertuje swój Skarb Kibicia. Absolutnie nie mam żadnego faworyta (no być może Szwajcarów, bo są neutralni) i sam w mistrzostwach nie gram (chociaż lubię udawać trenera i zamieszać trochę w obronie albo w ataku), ale podziwiam każdą drużynę, która doszła do tego etapu rozgrywek i każdej serdecznie kibicuję, bo ja kocham te memeczyki ;)
Niesamowitości!
To niesamowite! Już dawno się tak nie podnieciłem wydarzeniem transmitowanym na cały świat. Wszyscy oczywiście trąbią o tym, że gdzieś w kosmosie fruwa Tesla, która zmierza w stronę nieznanego (bo na Marsa nie udało się jej niestety skierować). Mówi się też o sukcesie samego startu rakiety, ale to wszystko już wiecie. Spróbujcie spojrzeć na ten sukces (bo niewątpliwie nim jest) z perspektywy młodszego widza.
Żyje na Ziemi koleś, którego wołają Elon. Facet dorobił się niewyobrażalnie ogromnych pieniędzy – nieważne jak, ma górę hajsu i tyle. Z pewnością jako dzieci spoglądaliście w niebo i rozmyślaliście o innych planetach, o ogromie tej przestrzeni w jakiej się znajdujecie albo o życiu, które gdzieś tam może sobie istnieć. W moim przypadku takie przemyślenia kończyły się zakupami różnych atlasów albo szukaniem programów telewizyjnych na ten temat. Czytałem i słuchałem rzeczy, których nawet nie byłem w stanie pojąć jako dziecko, ale wkręcały bardziej niż dzisiejsze jointy (później zająłem się piratami albo chciałem być wiewiórką, ale o tym kiedy indziej).
Dowiedziałem się o Łajce, dowiedziałem się o Armstrongu i o stacji orbitalnej Mir. Z czasem poznałem też Hermaszewskiego i marzenia o nieważkości zdawały się być na wyciągnięcie ręki. Dostałem nawet na któreś święta platformę startową dla promów kosmicznych z klocków Lego! Przez całe życie wracał do mnie ten tajemniczy kosmos i rozpalał na kilka dni wyobraźnię, tak samo jak przedwczoraj.
“Pale Blue Dot” - najdalsze zdjęcie Ziemi z kosmosu, wykonane przez sondę Voyager 1. Sonda wystartowała z Ziemi w 1977 roku i obecnie jest najdalszym obiektem stworzonym przez człowieka i dryfującym po kosmosie. Dziś znajduje się mniej więcej w odległości 21 242 897 639 kilometrów od nas, nadal działa i oddala się z prędkością 61 146 km/h.
Wróćmy teraz do gościa, który ma dużo hajsu. Mimo wieku nie zabił w sobie dziecka i ciągle potrafił marzyć, tylko w skali skrojonej na swoje możliwości. Postanowił on zrobić coś niezwykle odważnego nie tracąc przy tym poczucia humoru. Wziął swój największy samochodzik i wystrzelił go w górę, jak ja kiedyś ludziki Lego z procy. Wystrzelił go tak mocno, że nie musiał przyczepiać do niego spadochronu z chusteczki. Czasy się zmieniły, więc nie musiał zabiegać też o względy telewizji – przyczepił do niego kilka kamer by każdy na Ziemi mógł dokładnie obserwować czy cała operacja przebiega prawidłowo lub jak spektakularnie jego zabawka rozpada się na drobne elementy.
Minęło kilka minut i zobaczyliśmy jak samochodzik z sukcesem zaczął dryfować po orbicie. Już w tym momencie widok zaparł dech w mych piersiach, a wyobraźcie sobie jak bardzo podjarałem się po chwili gdy na samochodowym komputerze dostrzegłem ten zabawny komunikat - Don't panic! Dziecięce marzenie stało się faktem i nie było to marzenie samego Elona.
Minęła jeszcze chwila a z głośników samochodu dryfującego w dal usłyszeliśmy Davida Bowiego z jego doskonałego albumu - Space Oditty – no po prostu lepiej się tego nie dało zrobić! Prawie zeszczałem się w gacie przy tym wszystkim, bo okazało się, że ktoś na Ziemi miał ochotę zrobić to tak jak ja!
Co teraz? Teraz będziemy czekać i obserwować. Stream z samochodu urwał się po kilku godzinach lotu, jednak w każdej chwili Elon może zaskoczyć nas kolejnymi zdjęciami ze swojej zabawki.
Napis umieszczony w Tesli wysłanej w kosmos.
Mieszkamy na pięknej planecie, żyjemy w cudownych czasach, realizujemy najskrytsze marzenia, jesteśmy doskonałymi ludźmi.