zgadzacie sie?
One Nice Bug Per Day

roma★
No title available
dirt enthusiast
Game of Thrones Daily
styofa doing anything

祝日 / Permanent Vacation
ojovivo

Discoholic 🪩
wallacepolsom

tannertan36
Monterey Bay Aquarium
will byers stan first human second
Sweet Seals For You, Always
Keni
NASA
Aqua Utopia|海の底で記憶を紡ぐ
$LAYYYTER

JBB: An Artblog!
Three Goblin Art
seen from Spain
seen from Malaysia
seen from Colombia

seen from Türkiye

seen from Türkiye

seen from Malaysia
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from United States

seen from United States
seen from France

seen from Malaysia
seen from Chile

seen from United States

seen from Indonesia

seen from United States
seen from United States
@milomowi
zgadzacie sie?
Kto nie widział, niechaj biegnie żwawo :) Jeden z ciekawszych dokumentów kreacyjnych z ubiegłego wieku!
Na @hbomaxpolska !
Vito i Filip by Akson studio
"Bo mi życia zabraknie zanim odhaczę Tych, co nam na dnie pomagali niżej spaść" Tekstowo piękne momenty, plus smyczki, chórek i mix, jak dla mnie sztos. Teledysk tutaj:
https://youtu.be/d4XXGAtFtpk
My Fat Arse and I dir. Yelyzaveta Pysmak, 2020 Szukacie animacji w nurcie "body-positivity"? 10 minutowa podróż bohaterki do Królestwa Chudych Dup i jej walka o swoje ciało
Link: https://mubi.com/en/pl/films/my-fat-arse-and-i
Orzeł. Ostatni patrol 2022 reż. Jacek Bławut Kto widział? Czy ten film pretenduje w stronę eksperymentu formalnego? Ja jeszcze nie widziałam, ale widziałam recenzje Co sądzicie? Czy ma potencjał artystyczny/formalny?
|11zł za 48h| Spektakularna produkcja o legendarnym polskim okręcie podwodnym ORP „Orzeł”, który w czasie II wojny światowej wsławił się boh
Bjarne nienawidzi kamery, 2018 reż. Weronika Nitsch
Lekko, ale nie banalnie. Delikatnie i czule, nie popadając w patos i ciężar. Chcę więcej! Znacie podobne formy dokumentalne?
Film dokumentalny, którego bohaterem jest Bjarne. Autorka filmu wkracza w życie swojego sąsiada Bjarne'a, który niechętnie staje się głównym
Czytam "Save the cat" J. Nash'a
.... równocześnie oglądając @TheBearFX . Czy kot rozszarpie niedźwiedzia? :)
A tymczasem, pierwszy odcinek drugiego sezonu i pięknie ustawiona oś relacji!
Jeden boi się samotności, a drugi, nie potrafi się w ogóle bawić <3
Organek wpław przez własne wersy,
chwytając się struktury 3 aktów. Budowa pod scenariusz, z licznymi odniesieniami, odnogami, zbłądzeniami, które zbłądzeniami nie są, ale somatycznie wyprowadzają gdzieś indziej, na poziomy niedostępne eksplicytnie. Niektóre sceny poprowadzone mistrzowsko. Daję na półkę - do adaptacji Kocie Oko. M.Atwood czeka
Siemka. Trochę wracam, ale w innej formie - po poważnej chorobie, nie potrafię pisać długich recenzji. Będzie krótko.
Nie oglądaj się teraz (Don't Look Now) reż. Nicolas Roeg, Wielka Brytania / Włochy 1973
Gdy w czołówce zobaczyłam jaskrawe, niebieskie napisy, pomyślałam że czeka mnie seans jednego z najgorszych filmów, które widziałam ostatnimi czasy. Uczucie to nie zmieniło się kiedy zobaczyłam małą dziewczynę w czerwonym płaszczyku, biegającą po lesie niczym zagubiony czerwony kapturek w baśniowej krainie. A jednak, tak jak szybko owe przeczucie przyszło, tak samo szybko odeszło. Film po paru pierwszych minutach zmienił się diametralnie - z kiczowatego tworu, przechodzi do onirycznej wędrówki po ciemnych zakamarkach ludzkiej duszy. Historia jest raczej nieskomplikowana – córeczka młodego małżeństwa topi się w jeziorze. Po tym wypadku rodzice wyjeżdżają do Wenecji, gdzie główny bohater próbuje pozbyć się poczucia winy za śmierć swojej córki.
Pomimo mylącego początku, film jest niesamowity, ze względu na sposób w jakim operuje obrazem – kamera nieustanie eksponuje widzowi liczne tropy – czasem wodząc go na manowce, a czasem podpowiadając możliwe rozwiązania. Ten wybiórczy sposób narracji budzi ciągły niepokój, oraz wytwarza zagadkową atmosferę w którą zagłębiamy się wraz z głównym bohaterem. Zaskakujące (jak na te czasy) są użyte środki filmowe – slow motion, kamera poruszająca się po 360' oraz liczne zbliżenia – te zabiegi sprawiają, że film wydaje się dużo bliższy czasom współczesnym.
Małżonkowie wyjeżdżają do Wenecji (pozostawiając swoje drugie dziecko w internacie). Tam, John Baxter pracuje przy budowie kościoła, a jego żona przez przypadek poznaje dwie starsze kobiety – jedna z nich – niewidome medium, w trakcie rozwoju akcji nawiązuje kontakt ze zmarłą córką oraz ostrzega przed niebezpieczeństwem, które prawdopodobnie czyha na nich w Wenecji. Od tego momentu, nic nie jest takie jak mogłoby się wydawać. Główny bohater błądzi po mieście, mając dziwne przewidzenia, jego żona wyjeżdża a policja podejrzanie się zachowuje. Ostatecznie dochodzi do tragedii.
Wenecja w nocy staje się tajemniczym światem, jest niczym labirynt w którym można bezpowrotnie się zagubić, szukając bezowocnie wyjścia. Miasto nawet za dnia nie przypomina miasta rozpoznawalnego w katalogach wycieczek. Jest to miejsce odrealnione i odosobnione, rojące się od szczurów, brudnej wody oraz zrujnowanych budynków. Jest to miasto, gdzie państwowe służby nie chcą współpracować a każdy krok poczyniony przez obcych staje się się przedmiotem obserwacji podejrzliwych miejscowych. Jest niczym miasto duchów czyli prawdziwym obliczem karnawałowego święta, które jest jednym z tropów do rozwiązania zagadki.
Zaskakujący jest sposób budowania napięcia, przypominający nieco specyficzny Lynchowski klimat, ważne są również nieustannie powtarzające się motywy – woda, lustra, szkło, krew oraz kolor czerwony, które rytmicznie pojawiają się w narracji. Jedynym minusem filmu jest stereotypowe rozdzielenie dwóch światów - męskiego oraz kobiecego. Ten pierwszy, związany jest ze spokojem, logiką i zamkniętą postawą oraz racjonalnością, ten drugi powiązany jest ze sfera zmysłowości, irracjonalnością, metafizyką oraz naturą. Laura przez swojego męża jest traktowana pobłażliwie - jak mała głupiutka dziewczynka, której nie warto słuchać oraz ufać, co później będzie skutkowało tragicznymi wydarzeniami. Gdyby John Baxter (mąż) posiadał w sobie chociaż trochę intuicji, miałby świadomość zbliżającego się końca oraz tego iż trzeba mieć się na baczności. Dziwnym wydaje się również fakt, pozostawienia swojego drugiego dziecka samego w internacie - w szczególności, po wielkiej traumie przeżytej przez małżonków oraz usilna chęć Johna aby zostać w Wenecji.
Pomimo tych drobnych mankamentów, film jak najbardziej jest godny polecenia – jest wciąż „świeży” jak na nasze czasy i na pewno posiada głębię, której obecnie można szukać jak igły w stogu siana.
Geograf przepił globus (Geograf globus propil), Rosja 2013
Wiktor (Konstantin Khabenskiy) wraz z żoną i córką osiedla się w małym miasteczku Perm, u stóp Uralu. Podejmuje pracę geografa w miejscowej szkole a sam zmaga się z alkoholizmem.
Skupienie na drobnych detalach codziennego życia w prowincjonalnym miasteczku, w którym panują bliskie relacje międzyludzkie oraz fakt iż nic nie może schować się przed oczami innych to niezaprzeczalne plusy tego filmu. Kiedy Nadia, żona Wiktora wypluwa ze złością żółtego cukierka do zlewu, śmiejemy się, ale jest to śmiech podszyty smutkiem – bowiem pod tą kołderką śmiechu, istnieje gorzkie życie które doświadcza bohaterów. Jednak nie jest to aż tak smutne i tragiczne, tak jak mogłoby się wydawać. Pomimo faktu, że nikt nie jest w relacji z druga osoba jakiej by pożądał, to jednak wszystko okazuje się możliwe – żona Wiktora, romansuje z jego przyjacielem, Wiktor romansuje z nauczycielka niemieckiego, która z kolei jest zakochana w owym przyjacielu, na domiar złego koleżanka Wiktora- przedszkolanka jest zadurzona w nim, a o nią zabiega wiecznie pijany służbista państwa. I tak to wygląda - bohaterowie starają się po prostu żyć – i czasem jest ciężko, ale jakoś trzeba obie poradzić. Wszytko to można jednak zauważyć dzięki starannie dobranym kadrom, które wskazują na interpretację rzeczywistości w taki właśnie sposób. Praca kamery nie stroni od punktów widzenia bohatera (zebranie rady pedagogicznej), ani od zwracania uwagi na jakiś inny aspekt dziejący się podczas tej samej sytuacji (np. kładzenie spać córeczki), wszystko to pokazuje niejednoznaczność zdarzeń w których znajdują się bohaterowie.
No dobrze, ale co z tym geografem? Geografem on nie jest ( z wykształcenia biolog), ale dzięki swoje uporczywości, dostaje prace oraz rozwydrzoną klasę młodych gagatków z którymi jego początkowe relacje nie układają się zbyt dobrze. Po wprowadzeniu prawa pięści, klasa zaczyna go tolerować. Pewnego dnia zabiera ich na wycieczkę, która raczej przypomina obóz przetrwania - zarówno jak dla Wiktora jak i dzieci, bo jak się czuć bezpiecznie, kiedy nauczyciel pije w czasie podroży, nie wie gdzie się znajduje ,a w dodatku trzeba go wywlec z pociągu? Co więcej, gubi się gdzieś w lesie, zostawia młodzież samą sobie... Żeby jeszcze było mało, zaczyna go łączyć niesprecyzowane uczucie z uczennicą (Maszą), które poskramia okładając się do krwi, witkami w przydrożnej szopie. W międzyczasie młodzież sama podejmuje wyzwanie spływu rwącą rzeką. Na pomoc geografa jest już za późno, jednie może przyglądać się im bezradnie ze szczytu skały. Ostatecznie uczniowie przeżywają, geograf zostaje wyrzucony ze szkoły, a życie w miasteczku płynie tak jak dawniej.
Bardzo dobry, pomimo paru niedociągnięć - wydaje się podzielony grubą kreska na dwie części – w mieście i w lesie. Ta pierwsza cechuje się żwawą narracja, szybkim tempem akcji i zmianami nastroju z jednej skrajności w drugą. Druga połowa, jest nieco spokojniejsza i melancholijna, ale przez interakcje bohaterów oraz ich działań wobec natury, nie pozwala widzowi oderwać wzroku od ekranu. Widać jednak pewne nieporadności podczas realizacji sceny na rzece – i przez to wydaje się ona raczej nieprawdopodobna, scena ratowania Maszy od zamarznięcia również nie należy do wiarygodnych – jej krzyki raczej wzbudzają śmiech niż zgrozę, co potem wynagradza intymność i ciepło następująca kolejno w tej samej scenie. Na plus końcowy filmik o geografie, wprowadzający widzów w błąd - perełka Podsumowując - film warto obejrzeć, bowiem na pewno trzyma on w napięciu – akcja trzyma tempo, nawet jak pozornie nie dzieje się nic. Wartka akcja plus śmiech przez łzy oraz papieros z liści herbaty, tworzą klimat którego nie chce się opuszczać.
Różowe miksery i wrzosowe wzgórza
Coś musi się stać (Something Must Break, reż. Ester Martin Bergsmark, Szwecja 2013)
Kicz i naturalizm. Róża i kolce. Sebastian i Andreas. Dwa przeciwieństwa ścierające się ze sobą w nieustannej walce pełnej miłości, podążania i akceptacji. Transgenderowy Sebastian (Saga Becker), ubrany w dziewczęce, różowe kurtki, szuka akceptacji oraz zrozumienia w przypadkowych, mechanicznych stosunkach z mężczyznami. Pewnego dnia spotyka na swojej drodze Andreasa (Iggy Malmborg), który w ostatniej chwili ratuje go z opresji. Tak zaczyna się historia, której podstawą jest nieustanna fizyczna oraz emocjonalna szamotanina. Andreas obnoszący się ze swoją heteroseksualnością, zaczyna żywić uczucie do Sebastiana, jednak nie potrafi się z tym pogodzić. Z kolei Sebastian, chce porzucić swoją dotychczasową tożsamość i stać się Ellie, co powoduje wątpliwości u jego kochanka.
Relacje bohaterów opierają się na wzajemnej fascynacji i obrzydzeniu. Sebastian fetyszyzuje chusteczkę pobrudzoną krwią Andreasa, obserwuje go również przy oddawaniu moczu, aby ostatecznie podejść do niego, gdy ten wymiotuje w krzakach. Andreas podażą za tym co proponuje mu Sebastian/Ellie: od okradania „klientów”, do zabawy w szukanie kleszczy (która przełamuje opory Andreasa). Ellie pociąga go, ale zarazem odrzuca ze względu na swoją niejednoznaczną tożsamość. Ellie z kolei pragnie miłości i bezwarunkowego zrozumienia. Co nie zmienia faktu, że ciało, zarówno swoje jak i chłopaka może traktować przedmiotowo, jako obiekt który wszystko utrudnia i komplikuje. (Warto zwrócić tutaj uwagę na scenę w wannie i z nożem)
Tak jak wytwarza się napięcie pomiędzy kotłującymi się uczuciami w bohaterach, a tym co zostaje racjonalne wyrażone i przekazane, tak dzięki obrazowi zostaje skontrastowany naturalizm z cukierkowym kiczem otoczenia; fizjologiczne wydzieliny ciał ścierają się z „romantycznymi” krokami tanga w świetle latarni. Nic nie jest takie jak powinno być - jest kąpiel w jeziorze, ale to jezioro ze ścieków. Jest pierwsza krew, ale nie ta miesięczna tylko puszczona z nudów. Są odwiedziny w sklepie, ale są też kradzione sukienki . Prześwietlone lub w niskim kluczu oświetlenia zdjęcia, przedstawiają wciąż niedoskonałą rzeczywistość, której nie w sposób okiełznać. W tym świecie, nie jest możliwym korekta balansu bieli ani dźwięku. Jest to świat z którym trzeba podjąć walkę. Focus kamery na drobnych gestach bohaterów, teledyskowość, niska głębia ostrości, na pozór niedbałe kadry czy slow motion łudząco przypominają chwyty stosowane przez Xaviera Dolana, jednak nie są one naśladowaniem Kanadyjczyka czy „sztuką dla sztuki”, lecz (całkiem nieźle) uzewnętrzniają nastroje bohaterów. Niezaprzeczalnie, jednym z najsilniej oddziałującym środkiem wizualnym, są niezwykle dopracowane zwolnienia użyte w momentach eskapistycznych zbliżeń Sebastiana. Wydają się one być bardziej odrażające i wstrętne, niż piękne. A może właśnie tak „piękne aż chce się rzygać”? Nie do przeoczenia, jest również krajobraz w którym poznajemy oraz opuszczamy Ellie, natura towarzysząca jej przez cały czas, która ostatecznie zostaje przestrzenią oswojoną i przyjazną - zgodna z jej nowo odnalezioną naturą.
M. Sadowska w styczniowym numerze miesięcznika Kina, stwierdza że film ten jest świeżym spojrzeniem na temat, który w Polsce nie jest jeszcze obecny. W stu procentach ma rację a jednak, premiera w naszych kinach odbyła się bez echa - pomimo wygranych Złotych Żuków, nominacji otrzymanej w Turynie, w Krakowie i na Camerimage.
Ugryź mnie (Nieposlusni) reż. Mina Djukic, Serbia 2014
Wybierając się na dzieło serbskiej kinematografii czasem trzeba pamiętać, żeby uprzednio odrzucić wszelkie wyobrażenia o bałkańskiej atmosferze, nasuwającej na myśl dionizyjską zabawę, podczas której rozbite talerze lądują na ziemi a ludzie zataczając się, tańczą i śpiewają tyle, ile mają sił w płucach. Tak kojarzy się „egzotykę” nie tak znowu odległych od nas krajów: z „ułańską fantazją”, skoczną muzyką i szczerą, choć czasem posiadającą wybuchową manifestację (np. „Czarny kot biały kot”, reż. Emir Kusturica). Jednak te stereotypy trzeba odłożyć na bok jeżeli wybieramy się film „Ugryź mnie”. Po przeczytaniu mocno przesadzonego opisu dystrybutora można wyobrazić sobie szalone, pełne przygód kino drogi, a niestety w zamian dostajemy wydmuszkę, próbującą nieudolnie naśladować znane trendy w kinie światowym.
„Ugryź mnie" to historia miłosna pewnej pary znającej się od dzieciństwa. On powraca po wielu latach do rodzinnego miasteczka, ona znudzona pracuje w miejscowej aptece. Jednak ich uczucie, niespodziewane odradza się i wspólnie podejmują podróż - w krainę wolną od codziennych problemów, krainę wspomnień oraz zmysłowości. Ta nieskomplikowana historia o miłości, ta „sztuka dla sztuki” mająca swą manifestację w użytych środkach filmowych, sprawia wrażenie filmu, ( a może raczej etiudy?), nakręconego przez amatorkę, która chciałaby użyć równocześnie wszystkich “chwytów” wyuczonych w uniwersyteckich murach. Kadry uchwycone „znienacka” przez szybę czy kraty są niczym wyjęte z filmu noir bądź z francuskiego kina lat pięćdziesiątych. Są też takie, które są jedynie ładnymi obrazkami i niczym więcej – tak właśnie jest z niekończącą się jazdą na rowerze w listopadowym słońcu, tak jest również gdy główna bohaterka znajduje się w drewnianej łódce (czyżby nawiązanie do prerafaelitów?) czy podczas pobytu ze swoimi przyjaciółmi na cmentarzu. Nie inaczej jest ze sceną zbliżenia głównych bohaterów, która w swojej istocie rzeczywiście piękną była, głównie za sprawą gry światła i cienia, jednak daleko jej do zmysłowości, którą prawdopodobnie starała się osiągnąć. Po paru chwilach stała się tak samo męcząca i nijaka, jak cały film. Ten bowiem utknął w ładnych obrazkach i nie zawsze udanych zabiegach – na przykład nieuzasadnionym wprowadzeniu narratora, który nie przyjmuje żadnej funkcji znaczącej dla fabuły filmu co więcej, tłumaczy widzowi rzeczy zupełnie oczywiste. Równie dobrze mogłoby go nie być. Ot co, taki smaczek – nauczyliśmy się tego na studiach, więc dodajmy to i owo.
Cóż jednak robić i jak postąpić, jeżeli scenariusz jest zwyczajnie prosty, a reżyserce wydaje się, że potrafi wyrazić wszystko – także to, co niewypowiedzialne – obrazem i niekończącymi się wymianami spojrzeń bohaterów? Kolejnym mankamentem jest brak jednolitej narracji muzycznej. Po pierwszych kliku scenach muzyka nagle się urywa i w kolejnej nie zostaje kontynuowana ani zastąpiona żadnym innym dźwiękiem, by w następnej znowu powrócić. Co więcej, użyta muzyka w filmie jest raczej jednostajna i przez to nie jest możliwe uzewnętrznienie zmiennych nastrojów, które (rzekomo) towarzyszą bohaterom.
Co do samych postaci, to próba zrobienia z nich trampowskich Bonny i Clyde’a, mija się z celem, gdyż niestety aktorzy nie odgrywają wiarygodnie powierzonych im ról. Czy to podczas sceny odgrywającej się na targu, czy podczas wesela nie mają naturalnego luzu i pozytywnej wibracji, które porwałyby za sobą widzów i sprawiłyby, że staliby się uosobieniem tego czego sami czasem pragniemy.
Poza przedłużającymi się scenami oraz tymi, które aż proszą się o wycięcie (zwłaszcza na początku), jest parę scen pozwalających spojrzeć na ten obraz nieco łagodnej. Nie zdradzę które to dokładnie, ale mogę podpowiedzieć, że godna uwagi jest scena w aptece, odwiedziny u “bad - boya” pirotechnika oraz scena wyrywania kleszcza.
Film nie jest może aż tak zły, jak mogłoby się wydawać po powyższym opisie, bowiem posiada jakiś specyficzny klimat i porusza współczesne problemy (niechciana ciąża, problem bezrobocia w małych miasteczkach). Jednak równocześnie autorka za bardzo stara się o przypisanie swojemu dziełu plakietki ambitnego filmu, równocześnie tworząc prostą historią o miłości. Coś nie pasuje w tej układance.
Lewiatan reż. Andriej Zwiagincew, Rosja 2014
Domek nad brzegiem jeziora w rosyjskim małym miasteczku. I szkielet lewiatana na brzegu do którego Roma, syn Koli przychodzi aby podzielić swym smutkiem. Jego rodzina została zniszczona przez brudna politykę władz miasta, które bezdusznie przywłaszczyły sobie działkę oraz dom zbudowany przez jego ojca. Żeby tego było mało Roma traci swoją matkę, która w depresji popełnia samobójstwo – prawdopodobnie nie może znieść poczucia winy za romans z trzeźwo myślącym prawnikiem, który bezskutecznie chronił interesów jej rodziny. Ostatecznie, w efekcie niesprawiedliwego toku wydarzeń Kola zostaje oskarżony o morderstwo oraz zostaje zabrany do wiezienia, a Roma zostaje sam, ostatecznie przygarnięty przez przyjaciół rodziny.
Hiobowa rosyjska powieść (tyle że bez happy endu), łącząca ze sobą filozofię Tomasa Hobbessa, według której każdy każdemu wilkiem stoi. Obrazy surowej natury, współgrającej z nastrojami bohaterów towarzyszą każdej dramatycznej sytuacji wydarzającej się w filmie. Szczerzące się z płytkiej tafli wody wraki statków nie zapowiadają szczęśliwego końca.
Zwiagincew tworzy niesamowity klimat, łączący ze sobą elementy komedii, groteski oraz tragedii komentując przy tym bezlitośnie współczesną Rosję i zakłamanie polityków. Scena nocnej kłótni głównego bohatera z pijanym merem na długo zostaje w pamięci i zostawia po sobie niesmak, którego nie sposób się pozbyć. A niespokojny dreszcz przechodzi po plecach, kiedy okazuje się że biblijne przypowieści okazują się być bardziej prawdziwe niż są przedstawione w rzeczywistości.
Zabiłem swoja matkę (J'ai tué ma mère) reż. Xavier Dolan, Kanada 2009
Autobiograficzne studium relacji z matką. Dużo krzyku, złości, toksycznej miłości. Dolan po raz kolejny w roli głównego bohatera nie pozwala sobie na chwilę wytchnienia. Czasem obawiam się jego udziału w filmach, że będzie jakoś dziwnie i niesmacznie, ale po seansie jednak odczuwam niedosyt. Należy on bowiem do tych aktorów, których albo się kocha, albo nienawidzi. W sumie to samo odnosi się do jego kina.
W filmie, po raz kolejny pojawiają się elementy które niebawem staną się jego znakami rozpoznawalnymi: slow motion, liczne zbliżenia, powtarzające się motywy muzyczne, teledyskowy klimat oraz jego ukochani aktorzy i ekipa filmowa.
W filmie Dolan rozlicza się ze swoją rodziną, poniekąd również ze swoją orientacją. Kolejnym etapem jego „terapii” jest jego tegoroczny film Matka (majstersztyk!). Do którego prowadzą ostatnie sceny Zabiłem swoją matkę – jesienne słońce, przebijające się przez liście, oraz format obrazu 1:1.
Dla wszystkich którzy chociaż raz odczuli nienawiść do swojej rodzicielki.