Gdybym miała wymienić swoje trzy najczęstsze grzechy to pewnie padłoby na próżność, nieczyste czyny i kłamstwo. Skupię się dzisiaj na tym ostatnim.
Dużo kłamiecie? Bo ja prawie codziennie. Weszło mi to w krew do tego stopnia że nie odczuwam już nawet wyrzutów sumienia (w większości przypadków, ale o tym potem), w sumie robię to już automatycznie, a dobrą wymówkę potrafię wymyślić nie w pięć minut, ale w pięć sekund. Gdybym kiedyś była bardziej ambitna pewnie mogłabym pomyśleć o aplikowaniu do jakiejś szkoły filmowej, bo udawanie czy zmyślanie tak dobrze weszło mi w krew że w sumie improwizacja to moje drugie imię.
Rodzice mówili mi kiedy byłam mała, że nawet najgorsza prawda jest lepsza niż kłamstwo. Wtedy jeszcze brałam to sobie do serca. Jak wszystko co powiedzą rodzice. Zabawne, że do pewnego wieku wierzymy w każde ich słowo i staramy się przestrzegać wszelkich reguł, bo przecież mama czy tata nie mogą się mylić. A potem hamulce puszczają. W sumie nie wiem kiedy tak naprawdę przestało mi zależeć na tym by by mówić prawdę. Końcówka gimnazjum, początek liceum? Na pewno nie stało się to z dnia na dzień. Po prostu robiłam to tak systematycznie że aż w końcu stwierdziłam, who cares? Jeśli przekalkulować to tak na spokojnie, kłamanie bardziej się opłaca.
Lubię myśleć, że im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. To jedna z takich złotych zasad które mogły by się znaleźć nad moim łóżkiem. Oczywiście nie chciałabym żeby stosowano ją wobec mnie, bo ja lubię wiedzieć wszystko. Ale nie mam problemu z kierowaniem się tym w relacjach z innymi. Nie wybielając się, mało kłamię dla własnej korzyści, serio. Głównie dlatego żeby zaoszczędzić nerwów innym. To dlatego parę lat temu mojego pierwszego Openera według mojej mamy spędziłam siedząc u babci mojej najlepszej przyjaciółki. Na przestrzeni całego liceum, jakieś niewinne urodziny koleżanki czy wspólne uczenie się to zazwyczaj były całonocne imprezy na mieście czy noce u chłopaka. Nie wspominam już o jakichś drobnostkach typu “uczyłam się cały dzień, jestem taka padnięta” albo “dostałam trzy, ale nie było w klasie wyższej oceny”. Chyba nigdy nie przyznałam się rodzicom do jakiejś gorszej oceny, zawsze wolałam to przemilczeć albo zgrabnie wcisnąć im kit że nauczycielka jeszcze nie sprawdziła prac czy coś w tym stylu. Wszystko po to, żeby nie denerwowali się na zapas. Simple as that. I nie uważam żeby było to coś złego, serio. Sądzę, że tak długo jak nie dzieje mi się żadna krzywda i mam nad wszystkim kontrolę to mam też prawo decydowania o tym co wiedzą a co nie.
Znajomym wciskam oczywiście kłamstewka mniejszego kalibru, typu że w weekend przesiedziany w domu tak naprawdę robiłam coś niezwykle ciekawego, przypuśćmy, że byłam na imprezie. To już bardziej w celu podbudowania własnego wizerunku. Joseph Goebbels powiedział kiedyś “Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą.” Nie sądzę żeby to znajdowało jakieś wielkie odwzorowanie w moim przypadku, ale ma to cień prawdy. Bo po trochu w to wierzyłam. Zawsze lubiłam przedstawiać swoje życie w troszeczkę jaśniejszych barwach niż te, jakie miało w rzeczywistości. Bez konkretnego powodu, dla własnej satysfakcji.
Ale wspominałam wcześniej o wyrzutach sumienia. Pojawiają się nawet u kogoś takiego jak ja, w momencie kiedy widzę że komuś faktycznie na czymś zależy. Dwa miesiące temu zaczęłam studia do których od początku miałam mieszane uczucia (ale o tym rozpiszę się przy innej okazji). Sytuacja pewnie taka jak milion innych, poszłam bo tata mnie namawiał, a że jego zdanie jest dla mnie najważniejsze to podjęłam ryzyko. I się sparzyłam. Krótko mówiąc, matma i fizyka nigdy nie były moimi ulubionymi przedmiotami, a na uczelni technicznej się bez nich nie obejdzie. Szybko więc zaczęłam przeklinać swój wybór. I tutaj zaczęła się zabawa.
Wyobraźcie sobie, że nienawidzicie czegoś najbardziej na świecie. Trudno wam wstać rano z łóżka, bo codziennie pojawia się pytanie “po co ja to właściwie robię?”, codzienne pretensje do siebie, poczucie ogólnego zagubienia i dezorientacji, wyżywanie się na bliskich i na samej sobie. I w tym wszystkim mój tata, z uśmiechem pytający się jak daję sobie radę. Z uśmiechem pełnym dumy i empatii. Więc co mówię? Że daję sobię radę. Że jest okej (gówno prawda, mam ochotę się zabić). Przebąkuję coś o tym że trochę mnie to nie kręci bo wiem że po sesji wylecę z uczelni w podskokach i nie chcę całkowicie udawać że wszystko gra i odnalazłam wymarzone studia. Ale pozwalam mu mieć tą złudną nadzieję. I to właśnie boli.
Serio, mam wyrzuty sumienia. Czasami nie mogę spać w nocy, bo zastanawiam się kogo teraz oszukuję, siebie czy jego? Że decyzja o tych studiach była tylko odsunięciem nieuniknionego czyli konieczności podejmowania własnych decyzji i nauczenia się, że nie zawsze każdy będzie ze mnie zadowolony i dumny?
Jasne, jestem kłamczuchą. Zazwyczaj nie mam poczucia winy. W tym przypadku mam. Może to kara za całokształt? Nie wiem. Znajomy powiedział mi kiedyś że można oszukać każdego, tylko nie samego siebie. Coś w tym jest, I think. Nie chcę tu zamieszczać umoralniających rad, bo ja sama nie kierowałam się nigdy aż tak bardzo tym co znalazłam w internecie, uważam że każdy musi się sam na czymś sparzyć zanim zobaczy że postępuje źle czy że powinien się zmienić. Może taki sygnał otrzymałam ja właśnie w takim przypadku. Don’t go there, po prostu dorośnij i zaakceptuj swoje wybory. Nie ma sensu wiecznie udawać by zadowolić kogoś innego. Czasem trzeba spojrzeć prawdzie w oczy (powiedziała największa kłamczucha ever).