Cel, pal! Teraz już wiecie - kiedyś broń strzelała w dwie strony. Odrzut był tak duży, że najbardziej zagrożone było okoliczne ptactwo.
Monterey Bay Aquarium
Three Goblin Art
TVSTRANGERTHINGS
PUT YOUR BEARD IN MY MOUTH

JVL

PR's Tumblrdome
todays bird
No title available

Kaledo Art

Kiana Khansmith

JBB: An Artblog!
we're not kids anymore.

ellievsbear
Cosimo Galluzzi
Sade Olutola

shark vs the universe
hello vonnie
NASA
I'd rather be in outer space 🛸
will byers stan first human second
seen from Peru

seen from Mexico
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from United States

seen from United States

seen from Malaysia

seen from United States
seen from Poland
seen from Indonesia

seen from Malaysia

seen from United States
seen from Canada

seen from Sweden
seen from United States
@rozmyte
Cel, pal! Teraz już wiecie - kiedyś broń strzelała w dwie strony. Odrzut był tak duży, że najbardziej zagrożone było okoliczne ptactwo.
Po raz pierwszy widzimy go na rynku. Trudno na niego nie zwrócić uwagi. Jedzie dziwnie pochylony na zardzewiałym rowerze. W jednej ręce trzyma reklamówkę, a głowę ma spuszczoną tak, że nie widzi ludzi przed sobą. Rower zygzakiem toczy się do przodu. Przechodnie zeskakują z jego drogi.
Za drugim razem spotykamy się w marinie. Cała grupa nastolatków, z którą przyjechaliśmy pływać jachtem po Norwegii, siedziała właśnie przy stole za stacją benzynową i kończyła jeść śniadanie. Obok nas rozłożyli się starsi państwo w swoim wozie campingowym, chwilę wcześniej postanowili poczęstować nas kawą. Jednak nasi dobrodzieje już zniknęli. Ku nam zmierza facet od roweru. Ten sam człowiek, ale nie do poznania. Wydaje się dużo weselszy. - Jesteście skautami? Z resztą nie ważne. Ja kiedyś byłem! - rzuca w naszym kierunku - Miałem trzy paski. Trzy paski! - pokazuje trzema palcami na ramieniu. Nie mamy pojęcia, co trzy paski oznaczają w świecie norweskich skautów. I chyba nie ma to znaczenia. - Mogę się do Was dosiąść? - pyta, choć siada nie czekając na odpowiedź. Mówi płynnie po angielsku, jakby używał go codziennie. Chwilę później wołają go po norwesku ze stacji benzynowej. Wraca z pizzą. Je bardzo ostrożnie, popatrując na nas co chwila. Kiedy zaczyna znów zaczyna mówić, uśmiech znika z jego twarzy. Opowiada o swoich sąsiadach-przestępcach, jak został przez jednego niesłusznie oskarżony, przez co zamknęli go w areszcie. Jest zmęczony tym wszystkim, chce się przeprowadzić. I najwyraźniej szukał kogoś takiego, jak my. - Ukradli mi zęby. Naprawdę. Nie mogę gryźć. To miejsce jest złe. Chcę stąd po prostu odpłynąć, gdzieś tam, za fiordy. - wygląda marnie. W zgięciu jego lewej ręki dostrzegam ślady. Małe, okrągłe blizny. Niektóre źle zrośnięte, inne z ciemną otoczką. Igły. - Jestem zmęczony - mówi - chcę odpłynąć. Mam tu jacht, ale pod pokładem jest woda. Pompka pękła, a ja nie mam już na to siły. Nie dam rady sam wypompować tego wszystkiego. Jestem cholernie zmęczony. Patrzę na Karola, z którym prowadzę całą wyprawę do Norwegii. Nic nam nie szkodzi. Wiadomo, że po tę pomoc do nas przyszedł już na samym początku. Byleby łódź była jego.
Wchodzimy na pokład. W kabinie na dziobie unosi się charakterystyczny zapach słonej wody. Pod deskami pokładu kryją się jej spore zbiory. Brudna, słona, z morza, deszczu, roztopionego śniegu. Łódź podobno trochę tu stała i nikt o nią nie dbał. Pompujemy na zmianę, a właściciel ogląda nas z brzegu. Piętnaście minut później udało nam się wypompować większość.
Były norweski skaut z trzema paskami dosłownie skacze z radości.
Przechodzimy przez marinę następnego ranka. Łódź cały czas stoi.
Przez przypadek trafiłem ostatnio na warszawskie podwórko, gdzie stoi budynek, który z każdej strony wygląda inaczej, z każdej strony zaskakuje. Z jednej taki mniej więcej równy, z drugiej widać duży spadek. Z jednego kąta okna czy balkony układają się w równe linie, z innego ich ułożenie jest bardziej losowe.
Poszedłem dziś na sesję i mój upadły (w Chorwacji) obiektyw rozpoczął ze mną grę. Czasem tuż przed zrobieniem zdjęcia postanawiał przestawić ostrość. Raz był szybszy. Wróciłem na tarczy, stąd też aktualizacja tutaj: http://foto.zwlaszcza.pl
Idziesz z rodzicami po Dubrowniku. Jest tłum, masa ludzi, nic nie widzisz, a jakbyś widziała, to i tak to w gruncie rzeczy lekka nuda. Chyba, że jesteś fanką Gry o Tron (ale tak naprawdę nie jesteś, masz 12 lat, zaciągnął Cię tu ojciec, który czasem, gdy nikt nie patrzy, udaje, że jest jak Tywin). “Tu stała Cersei, tędy szła jak ją linczowali, ale miała iść stąd, a zaraz zobaczymy dlaczego to nie było możliwe...” intonuje dziwnie podekscytowana przewodniczka. I nagle to widzisz. Papugi. Ostatnia deska ratunku.
- Tato, papugi, popatrz! Chodźmy je zobaczyć! - wykrzykujesz w jakimś języku, którego nie rozumiem, ale dokładnie wiem o co chodzi.
Ojciec za to nie wie. Mimo wszystko stwierdza, że świetnym pomysłem byłoby, jakby oblazły Cię ptaki i namawia ich właścicielkę, by położyła ich na Ciebie jak najwięcej. Pierwszy zaczyna wchodzić Ci na głowę, drugi podszczypuje Cię w ucho i szuka aprobaty u zgromadzonych wokół ludzi, trzeci siedzi Ci na palcu i patrzy głęboko w oczy, jakby próbował wyliczyć kiedy zmęczy się Twoja wyciągnięta do przodu ręka... uciekłaś od nudnej jak Dubrownik Gry o Tron, ale teraz masz na sobie jakieś kolorowe gołębie. Twój przyklejony do twarzy uśmiech zdradza wszystko, chociaż usilnie starasz się wyglądać, jakby było w porządku, super, fantastycznie i w ogóle cieszę się, że tu jestem. Zza niebieskich okularów patrzysz na uradowanego od ucha do ucha ojca z telefonem komórkowym, który upamiętnia Twoją mękę z każdej możliwej strony.
- Spokojnie - myślisz - Lannisterowie zawsze spłacają swoje długi.
Chorwacja to państwo pełne kotów.
Zwijamy się z tego motelu!
Jechaliśmy do Chorwacji (i po Chorwacji) na stopa. Była jazda z prawdziwym nazistą, który stwierdził ze smutkiem, że Polska to mało tolerancyjny kraj, były Niemki, które chciały przewieźć narkotyki przez granicę, było wielu Chorwatów, którzy zostali naszymi przewodnikami po kraju... Masa niezwykłych ludzi po drodze i wiele niesamowitych rozmów.
Moja pierwsza przygoda, to rozbicie jedynego wiezionego ze sobą obiektywu o asfalt, jeszcze w Polsce, na katowickiej stacji benzynowej. Zdecydowanie wpłynie to na aktywność tutaj w najbliższym czasie!
Takie święto, że znajomi się zaręczyli. No, to pamiątkowe foto!
Pojechałbym znów w góry. W dolinie pięciu stawów jest taka chatka, gdzie nie ma prądu, ani wody. Jeśli ktoś chce się w czymś umyć, to musi wyruszyć z wiaderkiem na zewnątrz po śnieg. Nie ma internetu, nie ma zasięgu... Jest za to gdzie spać, przy czym się ogrzać i coś ugotować. Więcej nie potrzeba.
Biegać, skakać, latać... parkourowcom podczas ćwiczeń rosną skrzydła.
Wspominam spacery po dachach. A zdjęcie? Ważne, że jest pełne kolorów.
Byłem w Rzymie. Ja i miliony innych turystów. W takim mieście, które roi się od przyjezdnych, ulice zazwyczaj pełne są osób, które chcą im jakoś sięgnąć do kieszeni. Rzym nie jest inny pod tym względem. Wielu tu grajków, wielu różnie przebranych “modeli”, z którymi można zrobić sobie zdjęcie. Ten pan wyżej połączył obie te rzeczy. Czemu tylko musiał ukryć się za drzewem?
W niedzielny poranek wybraliśmy się na wycieczkę w nieznane. Prosty plan. Przyjeżdża pociąg, wsiadamy, wysiadamy tam, gdzie nie znamy. Jesteśmy, zwiedzamy.
Tymczasem, tuż przed naszym wyjazdem, zobaczyliśmy panów idących torami.
- Na roboty pewnie. - pojawiła się myśl - Kto takich biedaków targa przed dziesiątą w niedzielę do pracy? Barbarzyństwo. Żeby komuś robić taki niedzielny poranek...
Wystarczyło odjechać trochę od stacji, by poznać prawdę. Panowie schodzili się właśnie do cienia, gdzie przy czerwonej ciężarówce już leżało kilku i rozdawało nadchodzącym kolegom piwo. To jednak był taki niedzielny poranek.
Mało kto wie, ale są jeszcze wśród nas prawdziwi kowale. Nawet w Warszawie! To, co robią jest nazywane dziś kowalstwem artystycznym, choć pięć pokoleń wstecz określono by to po prostu jako "dobra robota mojego lokalnego kowala". Takiego artystę-rzemieślnika przyszło mi kiedyś odwiedzić, by nauczyć się podstaw kucia w metalu. Wszystko według tradycyjnej techniki - jest rozpalony piec i ogień otaczający żelazo, które musi być kute, póki gorące. Jest kowadło wraz z ogromnym wyborem młotków, których nie powstydziłby się użyć Twój sąsiad, gdyby akurat w niedzielny poranek wiertarka odmówiła mu posłuszeństwa. Ten zestaw powiększyć trzeba jeszcze o siłę, precyzję, wytrzymałość i doświadczenie. I jesteś już kowalem. I artystą.
Obecnie kowale robią wszystko - od przekuwania kos (bo zdarzają się jeszcze ludzie, którzy po to do kowala przyjdą), przez tworzenie ozdobnych ogrodzeń i płotów, po wybijanie najróżniejszych kształtów na maskach samochodów. Za aspirującym do kowalstwa uczniem wisi jedna taka maska, na której przedstawiony jest pegaz wzbijający się właśnie do lotu. Ktoś najwyraźniej musiał uznać, że może lepiej, by to dzieło sztuki nie wracało na swoje pierwotne miejsce, na przód jego ulubionego auta. Świat może je dzięki temu oglądać w maleńkiej pracowni warszawskiego kowala. Anonimowi mecenasi sztuki też są jeszcze wśród nas.
Bydgoszcz. Zimne marcowe popołudnie. Jest zadziwiająco jasno. Przed chwilą przyjechaliśmy, zostawiliśmy rzeczy w małym hostelu, którego obsługa wita nas niejednoznacznym uśmiechem. Niektórzy z nas są tu dobrze kojarzeni.
Co roku w Bydgoszczy odbywa się festiwal komiksów. Kameralny. Tu wszyscy mogą się nawzajem poznać - twórcy, wydawcy, fani. Po wystawach i spotkaniach autorskich zainteresowani lądują w jakiejś knajpie. W późniejszych godzinach nocnych są najczęściej dobrze zapamiętywani przez obsługę hosteli.
Wygramoliliśmy się z hostelu, szukamy czegoś do jedzenia. Jeszcze nic się nie zaczęło. Jeszcze Tony Sandoval nie nawiązał ze mną niezręcznej rozmowy o MMA, nie przysłuchiwałem się Filipowi Myszkowskiemu opowiadającemu o malarstwie, nie słyszałem o drukarskich doświadczeniach Fila z czernią oraz różnymi rodzajami papieru. Nie pomyliliśmy jeszcze słynnej bydgoskiej linii 64 (znanej z Osiedla Swoboda), z nic nie znaczącą linią 68, Star nie udawał w wywiadzie Bartosza Sztybora... No i jeszcze nic nie zjedliśmy.
Nuda motywuje do różnych rzeczy. Tych dwóch panów czeka właśnie na swój koncert na tyłach Sali Moniuszki Teatru Wielkiego. Czeka i improwizuje. Energiczne nuty rozbiegają się po całym zasceniu. Niektórzy pracownicy przechodząc obok mocno zwalniają krok, inni nagle mają dużo do załatwienia akurat w tej części teatru. Wszyscy wiedzą, że najlepsze koncerty są dla zamkniętej publiczności.
Rok 2012 wspominam głównie przez pryzmat rożnych ekip realizacyjnych, z którymi pracowałem. Gdzieś filmowaliśmy konkurs młodych mistrzów kuchni, gdzieś mecze piłki nożnej (wtedy przekonałem się jaki może być jej stan w niższych ligach), gdzieś motocross. Były też rożnego rodzaju koncerty. Dużo koncertów.
Po raz kolejny miałem przyjemność realizować wizję podczas jednego z festiwali muzyki poważnej w Teatrze Wielkim. Dużo rożnych orkiestr, mniejszych i większych, mniej i bardziej znanych. Gdy tylko miałem wolną chwilę -- zwiedzałem. Chodziłem gdzie się dało, od podziemi pełnych maszyn wprawiających różne elementy sceny w ruch, po umieszczoną na strychu rekwizytornię. Podsłuchiwałem też próby. Między innymi tych dwóch muzyków. Tę chwilę uniesienia przerwał mi kierownik produkcji. - Za chwilę nagrywamy! - Dobra, zrobię tylko jedno zdjęcie - skłamałem, bo chwilę później zrobiłem dwa i ruszyłem biegiem do realizatorki. To wyszło lepiej.
- Tylko nie mówcie ojcu, nie mówcie ojcu - powtarzał chłopak siedzący obok rozbitego samochodu.
Pijany nastolatek za kierownicą, kręta i wyboista leśna droga między dwoma wsiami. To jedna tych historii, która może się skończyć źle lub bardzo źle. Tym razem nic poważnego nikomu się nie stało. Wezwaliśmy karetkę, zadbaliśmy o bezpieczeństwo, staraliśmy się uspokoić chłopaka i panie, które pierwsze zatrzymały się na miejscu. Ewidentnie go znały i nie do końca dodawały otuchy po wypadku.
Postanowiłem wstawić tu to zdjęcie, bo choć jestem z niego zadowolony w tej formie, to nie tak je planowałem. Po zrobieniu szybko sprawdziłem jak wyszło i stwierdziłem, że to jest to, czego szukałem. Oporny autofocus tym razem się przysłużył. World Press Photo jednak nie przyszło.
Wyruszyliśmy z Marcinem na Łotwę. Bez wielkich planów, bez dużych oczekiwań, trochę po przygody. Nie daliśmy się jednak w pełni porwać nieznanemu -- pewne rzeczy musiały być zapewnione. Choćby miejsce, w którym śpimy. Zarezerwowaliśmy więc pokój w najlepszym hotelu w Rydze. Przynajmniej tak nam sugerowano nazwą przybytku, której każdy rozsądny turysta by zaufał -- Best Hotel.
Best Hotel, jak przystało na najlepszych, mieści się w okolicy centrum miasta. Spokojnie przemaszerowaliśmy tam z dworca i bez trudu odnaleźliśmy nasze (luksusowe) schronienie na najbliższą noc. Okazało się, że prawdopodobnie najlepsze sypialnie w Rydze usytuowane są na jednym z pięter starej kamienicy. Nie w całej kamienicy. Na jednym z pięter.
Nigdy nie przetestowaliśmy usług, jakie oferuje Best Hotel, po prostu nie byliśmy w stanie się tam dostać. Nikt nie odbierał, gdy dzwoniliśmy domofonem, telefony kontaktowe były niedostępne, a głosy zza drzwi obok tabliczki z wielkim napisem BEST milkły, gdy pukaliśmy. Trzeba było szukać czegoś nowego.
Tak właśnie trafiliśmy do Ļeņina apartamenti, miejsca wypełnionego podobiznami Władimira Iljicza Ulianowa. Jedna witała wchodzących gości, druga łypała zza stojącego w rogu pianina, jeszcze inna pilnowała dzieci biegających po podwórku. Lenin był w korytarzu, na stole w saloniku, w gablotkach przy wejściu, a duchem wypełniał cały hostel.
Miejsce okazało się często odwiedzane przez Polaków, w czym utwierdziła nas wlepka Lecha Poznań, ładnie ukryta po wewnętrznej stronie kuchennej szafki.