Jedno jeno wspomnienie ocalało z owej nocy — ulga. Gdy ostatnia pigułka spoczęła na języku mym, a gorzki, chemiczny posmak rozlał się niczym cień po podniebieniu, wtem po raz pierwszy od miesięcy, a może i od lat, zaznałam ciszy. Nie była to radość, ni uniesienie, ani też dramat wzniosły — lecz spokój głęboki, cichy, jakby z barków mych zdjęto brzemię, które od zarania dni swoich dźwigałam.
I ległam na łożu z myślą ostateczną, iż kres nadszedł. Iż jutro — owo widmo powracające [ niby ciało me cholerne ] — nie powstanie już nigdy. Nie było w tym trwogi, jeno ukojenie łagodne, niby ciepła zasłona w noc najzimniejszą. Wiedziałam, iż powieki swe zamykam raz ostatni — a myśl ta była mi słodsza niźli wszelka nadzieja. „Odpocznę wreszcie” — przemknęło przeze mnie jak szept — „i cisza zapanuje”.
I zasnęłam — nie jak człowiek strapiony, lecz jak dziecię, w głębi snu pogrążone, wolne od widm i koszmarów, które nocą nawiedzały mnie bezlitośnie. Był to sen pierwszy prawdziwy, nieskalany, jakiego nie znałam od dawna. Ciało me odetchnęło — a wraz z nim i ja.
Lecz oto poranek nadszedł.
Światłość wtargnęła przez okno — nazbyt jaskrawa, nazbyt zwyczajna, jakby nic się nie stało, jakby noc miniona nie była niczym więcej niźli cieniem bez znaczenia. Otworzyłam oczy — i nie strach, nie żal pierwszy przemówił we mnie, lecz gniew. Zawiodłam. Po raz wtóry. Lecz kogo? Nawet w odejściu nie zdołałam sprostać sobie samej. Ciało moje nie jest mapą ruin — o nie — jest czymś gorszym: tworem upartym, który działa wbrew woli, mechanizmem, co tylko w jedną stronę odmówił posłuszeństwa.
Najstraszliwsze zaś w tym wszystkim jest zapomnienie. Nie ma w tej opowieści tragizmu ni patosu, nie ma listu ostatniego, ni łez, które świadczyłyby o decyzji. Jest tylko pustka. Otchłań czarna w mej świadomości, gdzie być powinien powód, gdzie intencja winna była się zrodzić.
Wiem, iż uczyniłam ów czyn. Widzę ślady — puste blistry na stoliku, czuję metaliczny smak w ustach, ciężar mdłości w trzewiach. Lecz dlaczego? Skąd ów impuls? Był to nagły pęd ku nicości, gwałtowny i bez przyczyny, jak zachwyt nad zachodem słońca — z tą różnicą, iż ja zachwyciłam się nie światłem, lecz jego brakiem.
I cóż w tym wszystkim najokropniejsze? To, iż nie myślałam o śmierci samej w sobie. Nie pragnęłam końca jako wyzwolenia, nie rozważałam niebytu jako ucieczki od bólu. Po prostu — się wydarzyło. Jak deszcz, jak wichura, jak zmiana pory roku. Ów czyn był jak oddech, który się zatrzymał na zawsze — bez mojej woli, bez mojej decyzji, bez mojej świadomości. A teraz muszę żyć z tym faktem, że moje ciało może zdecydować o moim końcu, nawet gdy ja o tym nie wiem.
Bo prawda jest taka, że ja przecież jeszcze nie mogę umrzeć.