przez twoje słowa przestałam wierzyć w miłość,
bo u ciebie słowo „kocham” wypowiedziane milion razy i wyszeptane cicho nie znaczyło nic więcej. Miłość się czuję, a nie mówi, miłości się doświadcza a nie karmi wiecznie, nakarmiona byłam twoimi słowami, gestami i nawet różami. Chciałabym nie mieć winowajcy mojej samotności, ale to nie chodzi o samotność tylko pozbawienia nadzieji w wiarygodności dobrych i szczerych zamiarów. Twoje kocham to jak jeden dysonans, paradoks uczuć wielkich, kocham cię dzisiaj na zawsze. Kocham cię wtedy jak nie będziesz ode mnie wymagać niczego, kocham cię wtedy jak pójdziesz za mną i zaprzepaścisz swoje życie, kocham cię wtedy gdy ty bezgranicznie się we mnie zadłużysz, kocham cię wtedy jak będziesz mi wygodna, kocham cię wtedy jak pozwolisz mi na życie w pełnej wolności, jak nie będzie trzeba deklaracji - że te na wieki i na amen to tylko pozostają w messengerze. Jak małostkowe były słowa, wszystkie w moim kierunku. A nawet te nie o mnie, a o tobie. Te z których się zwierzałeś że lubisz dzieci, że nie jesteś osobą płytką, rodzinną, dobroduszna, szczerą, odpowiedzialną.
zgubiłam nadzieję w wiarygodność ludzi, bo właśnie spotkałam ciebie na swej drodze. Bo nie odrzuceniem mnie zniszczyłeś, a kłamstwem wypowiedzianych i karmionych słów, w ktore nawet wierzyłam po trzech latach zerwania. To się ciągnęło, ta wiara w te słowa, „nigdy nie spotkałem takiej osoby jak ty”, że „byś mnie mógł poznawać aż do końca swych dni”, że „mogłabym być matką twoich dzieci”. Że kochasz mnie do końca i na zawsze. A opuściłeś mnie przy jednym nie, jedna przeszkodą, jedną zmianą. Poszedłeś SPAĆ do łóżka z dziewczyną pijana z którą sypiałeś. Gdzie była twoja wielka miłość ? Te czułe łzy które pokaźnie płakały nad sobą i nie potrafiły nigdy zapłakać nad kimś innym.
Kurtyna opadła tylko wtedy jak ja nie pobiegłam za tobą. Opadła wtedy gdy otwarcie nie chciałeś do mnie przyjechać. Opadła wtedy kiedy przed kolegą kobiety się „ruchały”, a namiętne słowo nadużywane było „kurwa”, wtedy już Szekspira nie cytowałeś mimo iż to my staliśmy pod ich sceną. Kurtyna opadła wtedy gdy zmęczyłeś się grać na scenie, i ta rola zakochanego już cię znużyła. Kwiaty przestały wystarczać, seks przestał wystarczać, słowa również.
Więc zafascynowany; poezją gdyż ona brzmi pięknie prosto, muzyką która ma ładne wybrzmienia i łaskocze wyobraźnię, jak i aktorstwo - wcale nie są sztuką kochania. Nie ma sztuki kochania, nie ma spektaklu miłości która odzwierciedla miłość, nie ma sceny, i aktorstwa. A prawdziwi aktorzy nie potrafią mówić prawdy. Nawet mógłbyś pisać o mnie piosenki i na scenie krzyczeć moje imię, (nawet napisałeś o mnie piosenkę, napisałeś o mnie wiersze, napisałeś dla mnie dedykacje), i te wszystkie deklaracje tylko udowodniły że posiadasz fantazje i talent składania dobrych tekstów. Natomiast, nigdy nie uwiarygodniły miłości.