No cóż, nauka nauką...
Tak mozolnie mi szła, że poszłam na trening godzinę wcześniej niż planowałam. Nie jestem stworzona do siedzenia w miejscu. Ale pewnych rzeczy nie przeskoczysz ;p
A przed treningiem za oknem było tak:
W planie miałam dziś 8 km wybiegania, do tego długą siłę biegową. Zwykle robię wszystko 2 x 50 metrów, a dziś dla odmiany skip A i wieloskok po 4 x 100 metrów. Na koniec rytmy 10 x 100 metrów.
Wyszło tak, że po 5 kilometrze zaczął padać deszcz, miejscami grad, ale usilnie chciałam dokończyć trening. Kiedy zrobiłam już siłę biegową, okazało się że przemokłam do suchej nitki, a zrywający się wiatr przeszywa mnie na wskroś.
Zaczęłam rytmy, w połowie uznałam, że jeśli chcę być zdrowa na MP już za 9 dni, to lepiej żebym wróciła do domu. W domu wszyscy przeziębieni więc jestem w grupie wysokiego ryzyka grypy, której bardzo bym nie chciała teraz mieć.
Po powrocie ćwiczyłam z piłką lekarską 11 minut. Głównie grzbiet i brzuchy. A więc wszystkie ćwiczenia, które można robić samemu z piłką.
A po treningu długi, gorący prysznic, witaminki i herbatka z cytryną. Zaryzykowałabym jeszcze kanapki z czosnkiem, ale jutro mam zajęcia więc może lepiej, nie ;)
A propo grypy, kiedyś na zawodach zemdlałam 20 metrów przed metą, bo wzięłam teraflu. Tak więc odradzam trenującym tego typu leki.
Lepiej wybrać wapno, witaminę C, paracetamol. Coś w tym rodzaju.















