Czasem mam wrażenie, że właściwie nie rozumie mnie kompletnie nikt. I nigdzie nie pasuję. Jestem kompletnie wyzucona poza cokolwiek; moja Najlepsza Przyjaciółka uważa, że nie pasuje do tego świata, ja również nie, ale w innym tego słowa znaczeniu... czyli nie pasuję ani do tego świata, ani do Jej świata. Ale ja swojego własnego mieć nie będę, może nawet lepiej, bo byłoby w nim zbyt wiele krwi, zbyt wiele przemocy, niesprawiedliwość, pożoga, burze, zawirowania, chamstwo, zdecydowanie za dużo sarkazmu, ironii i cynizmu jednocześnie. Nikt nie jest w stanie tego wytrzymać, a w moim świecie nie mogłoby być zbyt wielu ludzi. Są męczący.
Jednakowoż mogłabym w spokoju oglądać Krainę Lodu bez jakiejkolwiek wrednej uwagi na temat swojej infantylności. Mogłabym słuchać tylu wersji Let It Go, na ile miałabym ochotę i lecąca czterdziesty raz wersja Slä Dig Fri nie zrobiłaby nikomu różnicy.
Może mogłabym pomóc, komukolwiek, ale przynajmniej nikt nie przypisywałby poglądów, miejscami kompletnie z dupy, bohaterek stworzonych przeze mnie, mnie samej. To są postaci fikcyjne, są głupie i robią kompletnie nieodpowiedzialne rzeczy, podejmują decyzję w zgodzie z ich własnym charakterem i z ich przekonaniami, nie w zgodzie z moimi. Właściwie większość tych decyzji kłóci się z tym, co zrobiłabym ja. Gdybym miała powiedzieć prawdę, 95% rzeczy zrobiłabym w zupełnie inny sposób, niż one. Tak trudno to zrozumieć, czy aż tak bardzo sugestywne są te osoby, że nie ma innej opcji, niż ta, że one = ja?
Wracając do mojego świata. W nim właściwie nikt by nie wytrzymał. Kompletnie. Może nawet nie ja sama. Karabiny i bijatyki byłyby na porządku dziennym, a każda doba bez choćby jednego mordobicia albo sytuacji potencjalnie zagrażającej życiu (nie mam na myśli okresu z zaskoczenia podczas noszenia tylko stringów) byłby nudny i niewart uwagi.
Ale kogo to obchodzi. Przecież mam jeszcze jakieś... trzy minuty przygotowania na egzamin ustny z polskiego. Powinnam je wykorzystać, skoro przez pierwsze kilkanaście słuchałam tego idioty, który zdał na 32%. Może warto byłoby się jednak zająć maturą. I jakoś ją zdać, nie robiąc z siebie kompletnego debila. Może. Bo moje notatki są kompletnie nieczytelne.
A tak w ogóle, to niech komisja się ode mnie pierdoli. Co ja im zrobiłam, że muszę z nimi rozmawiać?!
Moje przygotowanie do matury ustnej z polskiego - środki językowe w wyrażaniu przeżyć i doświadzeń na podstawie "Pamiętnika z powstania Warszawskiego" Mirona Białoszewskiego, czyli jak mieć przejebane i lać wodę lepiej, niż Niagara i Salto Angel razem wzięte.