To tego tematu podchodziłam już niejednokrotnie, ale jak pies do jeża. Niby ten jeż interesujący, całkiem spory, i cały czas o sobie przypomina, ale to w końcu jeż i kolce ma. Kiedyś jednak trzeba wziąć byka za rogi i rozprawić się z jeżem.
Bezrobocie w Brukseli jest stosunkowo wysokie, bo sięga niemal 21% (dane z końca stycznia 2014) Socjologiczna dusza aż rwie się by trochę poanalizować, ale ja duszę poskromie i nie będę tu nawet próbować domniemywać dlaczego aż 1/5 mieszkańców belgijskiej stolicy jest bez pracy. Ma być subiektywnie i brukselkowo, a nie naukowo. I tak też będzie.
Jednak nie obejdzie się bez pewnej, zupełnie nie naukowej klasyfikacji. Otóż w Brukseli funkcjonują dwa, niemalże odrębne rynki pracy. Jeden to lokalny, belgijski, gdzie znajomość dwóch, a w większości wypadków trzech językiów to minimum. Przynajmniej na stanowiska nieco bardziej interesujące niż konserwator powierzchni płaskich. Bo już nawet kelner powinien choćby potrafić się dogadać w obu oficjalnych językach.
Drugi, to „Brussels bubble” czyli rynek Europejski. A więc Komisje, Parlamenty, Komitety, dobrzy i źli lobbiści oraz wszelkiego rodzaju organizacje międzynarodowe. Tutaj głównym językiem jest angielski, ale znajomość francuskiego jest mile widziana. Ale nie myślcie sobie czasem, że wykształconemu imigrantowi łatwiej znaleźć pracę w tym sektorze, o co to, to nie. Z niewiadomych przyczyn, pchają się tu wszyscy; Hiszpanie, Włosi, Grecy, Irlandczycy, Francuzi,... no i oczywiście silna reprezentacja Polska. Konkurencja jest dzika i szalona.
A nikt nie chce zatrudniać na etat, ale wszyscy chętnie przyjmą stażystów, a jeszcze chętniej - wolontariuszy. Tak więc całe zastępy 30-letnich stażystów z pięcioletnim doświadczeniem zawodowym w organizacjach międzynarodowych konkuruje o te 2 etaty zwalniające się co roku.
Oczywiście pozwoliłam sobie na małą hiperbole, ale nie jest ona daleka od prawdy. Wiele organizacji i firm, zatrudnia stażystów na 6 miesięcy lub na rok i powierza im całkiem odpowiedzialne zadania. Część z tychże organizacji, podpisuje umowy o staż w ramach 'Convention d'immersion professionelle', ale całkiem sporo stażystów pracuje jako "wolontariusze". Jest to oczywiście totalna ściema, bo od owych wolontariuszy oczekuje się, że będą w biurze od 9 do 17, pięć dni w tygodniu. Stażyści, którzy załapali się na prawdziwą umowę, są w nieco lepszej sytuacji. Po pierwsze, dostają miesięczne uposażenie. Dla stażystów powyżej 25 roku życia to 7 stów z hakiem, co pozwala na przeżycie, i to nawet bez większych problemów. Po drugie, mają prawo owi stażyści do 2 dni wolnego miesięcznie, a jeśli uda im się załapać na pracę, stażowa pańszczyzna liczy się do urlopu w nowym miejscu pracy.
I choć dla takiego stażysty, podpisanie umowy o pracę jest jak złapanie Boga za nogi (Zachęcam do stworzenia światopoglądowo neutralnej wersji tego powiedzenia – pisać na priv, a zastosuję przy najbliższej okazji ;)), to nawet po podpisaniu jej, nie należy się zanadto ekscytować. Umowa pewnie będzie na rok lub nawet 6 miesięcy, a później znów się wyląduje w kieracie rozmów o pracę i... na kolejnym stażu.
Jednakże nawet dostanie się na taką rozmowę o pracę nie jest łatwe. Nie dość, że należy wysłać spersonalizowany list motywacyjny, to trzeba się wyróżnić spośród 400* innych, równie zdesperowanych kandydatów. W powszechnym mniemaniu, najlepszym narzędziem do tego celu jest networking czyli jakbyśmy powiedzieli po naszemu - znajomości.
A gdy uda nam się pokonać 15 innych kandydatów i przejść do drugiego, a później trzeciego etapu rozmów, możemy liczyć na kontrakt na 6 miesięcy.
*Brukselka osobiście aplikowała na stanowiska, na które usiłowało się dostać 400 innych kandydatów. Brukselka została nawet zaproszona na rozmowy kwalifikacyjne, w czasie których gratulowano jej wyróżnienia się spośród 400 (lub w innych wersjach 150, 200, 250) kandydatów.













