Z ŻYCIA SAMOTNIKA - wpis 29 (25.05.2025)
-> Dwie role w tydzień? Tego jeszcze nie było...
W przerwie pomiędzy wpisami dokonałem pewnych małych zmian na blogu. Rozwinąłem przede wszystkim opis siebie. Do tej pory tenże opis składał się z raptem jednego zdania, ale teraz ewoulował do czterech zdań. Wypisałem pobieżnie swoje zainteresowania, czym się zajmuję, jak spędzam wolny czas, dzięki czemu można lepiej mnie poznać zaraz po wejściu na mój profil i przed lekturą moich wpisów. :)
Dawno nie tworzyłem posta poświęconego mojemu "aktorstwu". Od kilku ładnych lat uczęszczam na plany filmowe, gdzie głównie statystuję, choć jeśli dopisze mi nadzwyczajne szczęście, to również zagram pewne mniejsze czy większe role, zarabiając tym samym zdecydowanie lepsze pieniądze. Mimo, że lista moich wszystkich udziałów na planach jest bardzo długa, to jednocześnie niewiele znalazło się choćby najmniejszych ról (epizodów) niemych, bądź z tekstem. Złapanie czegoś więcej niż statystowanie nigdy nie należało do prostych zadań. Trzeba przecież pokonać konkurentów i przede wszystkim pasować wizerunkowo, a nierzadko do konkretnych ról potrzeba konkretnych osób, z konkretnym wyglądem, wiekiem, energią, czy fryzurą. Mijający tydzień zaś udowodnił, że warto czasem czekać, wykazać się cierpliwością, a życie nas za to wynagrodzi. Cóż się więc wydarzyło? Jeszcze na początku maja, po niezliczonej liczbie moich zgłoszeń na różnorakie plany, otrzymałem, w stosunkowo niewielkim odstępie czasu, dwie propozycje do drugoplanowej, drobnej roli w serialu "Gliniarze". Pomyślałem "Fajnie, ale może trafi się coś korzystniejszego?", wszakże niestety w "Gliniarzach" wolno zagrać (epizodycznie) tylko raz w ciągu sezonu i po odbębnionej roli dalsze występy w tej samej serii nie są możliwe. Zdecydowałem się więc poczekać, nie spieszyć się, w końcu sezon zaczął się niedawno i jeszcze dużo mogłoby mnie ominąć. 12 maja przyszedł do mnie SMS, w którym szukano kogoś do zagrania roli Pawła, w tym samym serialu. Do odhaczenia miałbym raptem trzy sceny, ale, co ważne, w ciągu dwóch dni zdjęciowych, a im więcej ma się dni, tym większa kasa za całą rolę! Nie ukrywam, że trzy sceny za pół tysiaka, jakie mi oferowano, zabrzmiało dla mnie na tyle atrakcyjnie, że pomyślałem "Bez kitu, chciałbym tę rolę mieć". Bez większego zastanawiania się wyraziłem swą chęć i... parę dni później przyjęli mnie! Ku mojemu zaskoczeniu, nie musiałem nawet nagrywać żadnych scenek, ani przechodzić przez jakiekolwiek castingi. Odpisałem tylko, że jestem zainteresowany i tyle starczyło! Wkrótce potem dostałem do wypełnienia umowę, a w moich rękach znalazł się też oczywiście scenariusz, no i cóż... można było się już uczyć tekstu. Podobna procedura zapisania się na plan z pokaźną gotówką wydarzyła się w tym samym tygodniu, kiedy grałem Pawła w "Gliniarzach". Zgłosiłem się bowiem do roli dostawcy w pewnym spocie społecznościowym, za kolejne 500 zł. Któregoś słonecznego dnia zleceniodawca spytał się mnie, czy mam czas w sobotę. Odpowiedziałem twierdząco, później przejechałem po zielonej słuchawce i usłyszałem, że reżyser mnie wybrał, po czym zostałem poproszony o adres e-mail, na którym znalazła się do podpisania umowa, aż w końcu przybyłem na plan, chwilę czekałem i zagrałem w jednym, prostym ujęciu.
Co prawda ten tydzień ułożył się nadzwyczaj szczęśliwie jak na moją jakże skromną osobę i z największą kiedykolwiek zarobioną mamoną w ciągu tygodnia (udałem się jeszcze na jedno statystowanie i trzy inwentaryzacje), pięknie zrobiłem to co do mnie należało, jednak gdy w piątek skończyłem swoje grać w paradokumencie, poczułem coś a'la niedosyt... Oczywiście, czułem nawet poniekąd ulgę, że już mam najgorsze za sobą, że mogę rzucić scenariusz w kąt, ale nie byłem mega happy. Nie wiem, dlaczego... Czy dlatego, że chciałem więcej? Może dlatego, bo nie miałem komu się pochwalić, nie miałem z kim podzielić się swymi sukcesami? A może dlatego, bo mi się komputer zepsuł i musiałem go zanieść do naprawy? Może wszystko na raz? Jedno jest pewne - dziś jest niedziela, WLT trwa, po mieście krąży nawet ponoć Jelcz Mastero #4942, którego przecież bardzo lubię. Mam nadzieję, że przejażdżka nim i słuchanie jego dźwięków doda mi otuchy! I chyba najważniejsze - że odzyskam wkrótce swojego kompa, bo bez niego jest trochę... pusto.












