Oda do Farmacji
Kiedy na immatrykulację na farmie przyszłam, pomyślałam „W co ja się kurwa wpakowałam” i szybko stamtąd wyszłam. Laborki w chuj długie, wejściówki, kolosy, na biurku notatek zawsze miałam stosy. Probówki, kolory, osady i dramy, ale na drugim roku nabrałam już wprawy. Na wykłady chodziłam, stypendium nawet było, ale życie towarzyskie szybko się rozmyło. W brzuszku burczało, odwieczna zła buzia, ale na dzień kobiet w probówkach zawsze była rózia. Najgorszy rok czwarty – przetrwać farmakologię, a w głowie co tydzień „Mogłaś iść na psychologię”. Na piątym magisterka – już prawie chodziłam z „magister farmacji” plakietką, bo nigdy nie straciłam łączności z dyskietką. Staż w Katowicach, czasem kaszel spirytus, ulubiony syrop ćpunów to Pini compositus. Po pięciu latach farmy powiem Wam już krótko – w aptece Apap sprzedaję i liczę target smutno.














