Interesting to learn the identity of some of the earlier music used in the later silents & early sound films... Now-- How about this tune that was used in “Cat and Dog Inc”, "Bear Shooters" & "When The Wind Blows"--? I tend to think "Awww Gee Whiz--" when I hear this one! It seems to fit into the Our Gang/Little Rascal world so well, one would think it was specifically composed for silent film use, but this tune was in fact, re-purposed from 1914... "Marionette" was originally a novelty piano specialty composed by Felix Arndt, who would go on to compose “Nola” one year later. (A huge hit!)
w przeciwieństwie do toalet, osoby nie bywają publiczne.
Stał gdzieś z boku, w cieniu drzewa. Czapkę z daszkiem założył ciasno, prawie że na oczy. Przetrwał tak pięć minut, póki horda dookoła nie rozpoznała w nim Dawida Podsiadło.
To musi być przejebane być Dawidem Podsiadło: jesteś na festiwalu muzycznym, idziesz na koncert Ralpha Kaminskiego, w tłumie czujesz się względnie bezpieczny i anonimowy, ale ci wszyscy ludzie zaraz stratują cię i rozszarpią, ponieważ zaśpiewałeś Małomiasteczkowego.
Zrezygnowany Dawid musiał uciekać, jak kiedyś Lady Diana zwiewała tamtym paryskim tunelem. Nie mam pojęcia — być może resztę festiwalu spędził w toalecie toi toi, chociaż wtedy najgorliwsi wielbiciele jakoś by się do niego dokopali. Ze zbiornika wynurzyłaby się szesnastolatka, cała w kupie i w sikach, z pytaniem, czy Dawid byłby łaskaw zapozywać z nią do selfie — oczywiście nie chcę się narzucać, nie jestem jak reszta twoich fanów i chcę uszanować twoją prywatność — zapewniłaby, a z ucha zwisałby jej papier toaletowy.
Zupełnie coś innego miał na myśli Taco Hamingway podśpiewując, że „gdy wchodzimy do kabiny, nie wiesz nic”. Chciał przez to powiedzieć, że choćby rapował całą prawdę i tylko prawdę, wciąż słuchacze Marmuru, Trójkąta czy Szprycera widzą zaledwie skrawek i obraz Filipa Szcześniaka malują swoimi niedopowiedzeniami, muzycznym fanfiction, inspirowanym analizami z rap genius. Ostatecznie zaszył się przed fanami w Londynie.
Obaj wymienieni wyprzedali wspólny koncert na Stadionie Narodowym. Jedno wynika z drugiego i nie może istnieć w odosobnieniu.
czuję że, czuję że, czuję że... fan zbliża się, zbliża się, zbliża się
Inny przykład — Kamil Nożyński spędzał miło czas na gali KSW. Nagle, o czym opowiedział w ostatniej rozmowie z Winim, poczuł przemożną chęć wysikania się… Wstał z fotela i ruszył w poszukiwaniu kibla, ale wyścig z czasem przerwali mu ludzie, którzy rozpoznali go ze Ślepnąc od świateł. Kubula nie mógł się wydostać z potrzasku. Jak ci ludzie zareagowaliby, gdyby raper i aktor powiedziałby, że przeprasza, ale musi siku? Albo lepiej — co gdyby w repecie na wodospad komplementów odpowiedziałby nieco innym wodospadem?
Ostatnio poznałem Mery Spolsky. Co za wspaniała dziewczyna!
Najpierw dała brawurowy koncert,
a potem, cała zlana scenicznym potem,
ale wciąż dostojna jak nimfa,
na pełnym czerwcowym słońcu,
przez bite dwie godziny,
podpisywała płyty,
przytulała fanów,
była kochana,
cierpliwa,
a ja nie mogłem wyjść z podziwu,
że w oczach miała entuzjam, a nie mord, który ja bym miał na mordzie.
Zagaiłem do niej, że to musi być przejebane być Mery Spolsky: podpisującą cztery tysiące płyt z uśmiechem jak z rozkładówki czasopisma Popcorn. Ona na to, że podpisywałaby kolejne cztery godziny — tyle energii i miłości dają jej te spotkania. Ja jej uwierzyłem. Co więcej, już po wszystkim, jak do Mery podbijały jakieś niedobitki, ze stanikami nieszczęśliwie pozbawionymi jej podpisu, z radością ruszyła spełniać swoją gwiazdorską powinność.
Ja też usiłuję być profesjonalny!
— O 14. muszę jechać na wywiad z Więckiewiczem — w jakimś tam kontekście powiedział mi Jacek Szczerba. Ja na to, że zazdroszczę, że niebywałe, że to musi być przeżycie i ekstra dzień, porozmawiać z takim aktorem. Jacek Szczerba zaśmiał się serdecznie nad tym moim entuzjazmem. Nie było w tym żadnej przechwałki, kiedy powiedział, że nie robi to na nim żadnego wrażenia. Taką ma pracę. Jeździ do włoskich knajp i rozmawia z Robertami Więckiewiczami.
Bo widzicie, o ile sława mi nie grozi, to już kontakt z ludźmi sławnymi jak najbardziej. Że peszą to jedno, gorzej jest przechodzić koło tych wszystkich sław z miną, jakby ci było wszystko jedno, jakby ich widok nie robił na tobie najmniejszego wrażenia. Robią, czasami cholernie robią, a mnie wciąż zdarza się bywać Nianią Franią. Pamiętacie Borysa Szyca na Oscarach? Przeżywał najlepszy czas swojego życia, z dziką frajdą fotografując się z każdym napotkanym gwiazdorem. Niektórzy mu gratulowali, inni śmiali się, że przecież Szyc zagrał w jednym z najważniejszych filmów tamtego roku, jest tak dobrym aktorem jak ci wszyscy amerykańscy superbohaterowie, ale w jakimś sensie uznał swoją niższość i przepełnił swoją instagramową relację trylionem zdjęć z ludźmi sławniejszymi i fajniejszymi niż on.
Nigdy nie poproszę o wspólne zdjęcie! — obiecałem sobie, jak się przyprowadziłem do Warszawy. W postanowieniu wytrwałem do koncertu Ostrego, na tym samym zresztą festiwalu, na którym Dawid Podsiadło spierdalał przed swoimi własnymi fanami, a Mery Spolsky spędziła dekadę na przytulaniu się z fanami i podpisywaniu swoich płyt. Po koncercie, kiedy Adam Ostrowski skończył swój freestyle na bis i schodził ze sceny, podekscytowany skorzystałem ze swoich uprawnień i poszedłem na backstage. Nie chciałem się czaić… Czekałem tylko na dogodny moment, aż skończy z kimś rozmawiać. Mówił, że czeka na żonę.
— Hej, Adam!
Nagle cała uwaga bałuckiego asa zwraca się w moim kierunku.
— Super koncert! Słuchaj, mogę sobie z tobą strzelić fotkę?
— Dzięki stary, jasne…
I coś tam jeszcze chwilę porozmawialiśmy, aż odszedłem wymieniając jeszcze uścisk dłoni. Czy uznałem swoją niższość wobec Ostrego? No trochę uznałem, bo z całym szacunkiem do moich rapowych kompetencji, O.S.T.R. jest w tym ode mnie ociupinkę lepszy.