Zmrok
Canon EOS R6, EF-S10-22mm f/3.5-4.5 USM
[EN] I went out yesterday just as it was getting dark. 80% of the route in complete darkness. Supposedly fine. Except not. I didn’t take my ultra-turbo 3000-lux flashlight. Just a small LED pocket light. Good enough to see where I was stepping. But I wasn’t expecting what I’d run into on the way. Where I’d run into it. And how it would catch me off guard.
I have to say, I’m not afraid of wild animals. Many times I’ve passed very close by them. A meter, a meter and a half from a moose — that doesn’t stir up any emotions in me. Maybe just joy, that I’m close enough to snap a picture. But it’s not about recklessness. Sometimes a moose just stands on the road, nibbling someone’s tree through the fence. No room to go around. I show that I’m there. The moose knows. I know. I walk past. Nothing happens. I’m not the type to get in animals’ faces or chase them.
But yesterday…
I was walking calmly until I passed the houses in Jeziorzyny. There’s this little orchard there, partly fenced. Just three trees. And I hear puffing, snorting, smacking sounds. I froze. Squinted. Among the trees — three moose. OK, damn. OK. I’m too close to a cow with a calf. I keep walking. Glance back to check if nothing’s chasing me. Seems not. Phew. Adventure.
But a few hundred meters further I spot a bull with a beautiful rack of antlers. I see him from a distance. He seems to stick to the edge of the forest. Fine. Cool. He’s keeping to the side, I’m on the road. Normal situation. Except as I’m about to pass, a calf crosses the road. And suddenly I’m between him and the calf. That’s a very bad situation you never want to be in. I start wondering how it works with moose. Does the bull have the same instincts toward calves as the cow? He’s staring at me. Thankfully, he doesn’t lower his head. Did he bristle his fur? I can’t tell. Too far. Too dark. Should I back up? I move forward. There are trees ahead — I could take cover if he charges. I flick on the LED and pretend I’m a car. “Just driving off, Mr. Moose. Just going, clip-clop and vroom vroom. Not after the calf. Into the distance.”
Phew. Moose passed. I head to the beach, wondering whether to return the same way. Maybe around. A bit longer, but… In the end, it’s all the same. Longer, but there might be moose there too. And besides, these ones will probably be gone by the time I come back.
On the way back, same route, suddenly I hear branches snapping near the garden plots. Something big tearing through the bushes. At me? Or running away? I know animals usually run, but tonight I’m not sure of anything. I walk backwards, watching the thicket. Seems like not at me.
About a kilometer and a half further, repeat. Breaking branches opposite the little orchard. Again nothing. Just fear. The LED isn’t strong enough to show me what’s in the brush in such a situation. Nor can I see a few hundred meters ahead like with a powerful flashlight. Finally — eyes on the road. Glowing yellow-orange. Eyes or reflectors? Eyes. Standing still. A moment later they dart off into the dark. I keep going. Should be safe now. And suddenly… how do you even call it? Flutter? Whirr? Flapping? Two birds take off practically from under my feet.
Yeah. That was an interesting walk. Next time I definitely need to bring the flashlight.
[PL] Wylazłem wczoraj już, jak się ściemniało. 80% trasy w całkowitych ciemnościach. Niby spoko. Z tym że nie. Nie wziąłem mojej ultra-turbo 3000-luxów latarki. Wziąłem tylko małe ledowe światełko do kieszeni. Do patrzenia pod nogi – w sam raz. Nie spodziewałem się jednak tego, co mnie spotka po drodze. Gdzie mnie spotka. I jak zaskoczy.
Muszę powiedzieć, że nie boję się dzikich zwierząt. Wielokrotnie przechodziłem bardzo blisko nich. Metr, półtora od łosia – to nie jest coś, co wywołuje we mnie jakiekolwiek emocje. No, może radość, że jestem blisko i mogę cyknąć fotkę. Nie chodzi jednak o nierozwagę. Po prostu czasami łoś stoi na drodze i obgryza komuś drzewo przez płot. Miejsca nie ma. Pokazuję, że jestem. Łoś wie. Ja wiem. Przechodzę obok. Nic się nie dzieje. Nie jestem z tych, co włażą zwierzakom na głowę i je prześladują.
No ale wczoraj…
Szedłem sobie spokojnie, aż minąłem zabudowania w Jeziorzynach. Tam jest taki mikro-sadek, częściowo ogrodzony. Trzy drzewa na krzyż. No i słyszę jakieś pufnięcia, sapanie, mlaskanie. Zgłupiałem. Zmrużyłem oczy. Wśród drzew – trzy łosie. OK, kurwa. OK. Jestem zbyt blisko samicy z młodym. Idę dalej. Oglądam się za siebie, czy nic mnie nie goni. Chyba nie. Uff. No to przygoda.
Ale kilkaset metrów dalej dostrzegam samca z pięknym porożem. Widzę go z daleka. On zdaje się trzymać skraju lasu. Spoko. Fajnie. On się trzyma brzegu, ja idę drogą. Normalna sytuacja. Z tym że, gdy byłem już w okolicach mijania się, przez drogę przeszło młode. I nagle jestem pomiędzy nim a młodym. To bardzo zła sytuacja, w której nigdy nie chcesz się znaleźć. Zaczynam się zastanawiać, jak to jest u łosi. Czy samiec ma takie same instynkty wobec młodych jak matka? On się na mnie patrzy. Na szczęście nie pochylił głowy. Czy nastroszył sierść? Nie widzę. Za daleko. Zbyt ciemno. Mam się cofnąć? Idę naprzód. Tam są drzewa – będę mógł się schronić w razie ataku. Zapalam leda i udaję, że jestem samochodem. „Właśnie odjeżdżam, panie łosiu. Właśnie jadę, patataj i brum brum. Nie po młode. W siną dal”.
Ufff. Łosie minięte. Idę sobie na plażę i zastanawiam się, czy wracać tą samą drogą. Może dookoła. Trochę dalej, ale… Stwierdzam, że to jeden kij. Dalej, ale tam też mogą być łosie. A poza tym, te pewnie pójdą, zanim wrócę.
Wracając tą samą drogą, nagle słyszę trzask łamanych gałęzi przy ogródkach działkowych. Coś dużego zapierdziela w krzaczorach. Na mnie? A może ucieka. Wiem, że normalnie zwierzęta uciekają, ale dziś już nic nie wiem. Idę tyłem, obserwując zarośla. Chyba jednak nie na mnie.
Z półtora kilometra dalej powtórka. Łamane gałęzie naprzeciw mikro-sadu. Znowu nic. Tylko strach. Led nie jest na tyle silny, żebym widział w takiej sytuacji, co siedzi w krzakach. Nie widzę też kilkuset metrów w przód, jak z mocną latarką. Wreszcie – oczy na drodze. Błyszczą się na żółto-pomarańczowo. To oczy czy odblaski? Oczy. Stoją. Po chwili uciekają w mrok. Idę dalej. Tu już powinienem być bezpieczny. I nagle… Jak to w ogóle nazwać? Turkot? Szmer? Łopotanie? Dwa ptaki wzbijają się praktycznie spod moich stóp.
Tak. To był ciekawy spacer. Następnym razem koniecznie muszę mieć latarkę.

















