Dzień 8: Cały dzień pagórkowaty, kulminacja na setnym kilometrze. Ładna ta górzysta część Bułgarii. Wyszło 192 km.
www.strava.com/activities/1056496533

seen from United Kingdom

seen from Poland

seen from United States
seen from United Kingdom

seen from Maldives
seen from New Zealand
seen from Greece
seen from Yemen
seen from United States
seen from United States

seen from United States
seen from Yemen
seen from Kazakhstan
seen from Russia
seen from China
seen from Germany

seen from United States
seen from France
seen from Yemen

seen from Finland
Dzień 8: Cały dzień pagórkowaty, kulminacja na setnym kilometrze. Ładna ta górzysta część Bułgarii. Wyszło 192 km.
www.strava.com/activities/1056496533
Dzień 20: Ostatnie 147 km na tym wyjeździe. Poszło w miarę sprawnie choć pod koniec już mi się nie chciało trochę cisnąć. Kawa w Wodzisławiu Śląskim postawiła mnie na nogi.
KONIEC
www.strava.com/activities/1056496611
Dzień 10: Początek i od razu piękne widoki, dużo słońca. Po około 80 km melduję się na granicy z Grecją. PNT pisał mi, że będzie wiało i faktycznie cały pobyt w Grecji to większy lub mniejszy (zazwyczaj ten większy) wiatr :) W mieście Kato Nevrokopi spotykam dwóch rowerzystów, wymieniamy kilka zdań, zapraszają na piwo a że ja to tak nie bardzo więc grzecznie dziękuję i jadę na zakupy bo umieram z głodu. Najedzony i opity ruszam w kierunku miasta Serres. Wiedziałem, że po drodze będzie podjazd na około 1000 m. Po kilku km trasy spotykam jednego z wcześniej wymienionych rowerzystów. Jedziemy razem. Spyros proponuje mi nocleg na dzisiejszą noc. Jak na gościa w wieku 55 lat to śmiga po górach jak rakieta. Opowiada mi, że za tydzień zaczyna swoją podróż przez Grecję - 5500 km :) Późnym popołudniem docieramy do miasta. Prysznic i pranie ciuchów i jestem jak nóweczka ;)
www.strava.com/activities/1056496597
Dzień 19: Pobudka o 4:30 żeby pierwsze kilometry zrobić bez męczącego wiatru. Na samym początku przekraczam granicę ze Słowacją. Droga szybko mija, jedzie się bardzo fajnie. W mieście Nowe Zamki wcinam śniadanie pod Kauflandem, rarytas, wszystkiego pod dostatkiem, wegańskie pasty kanapkowe bez problemu dostępne, świeże pieczywo. Tak to można podróżować ;) Po 80 km melduje się w mieście Nitra, jest MC więc i dobra kawa. Rozpusta normalnie. Pod koniec dnia już nie jest tak pięknie, zaczynają się pagórki (które uwielbiam) ale psuje się też pogoda i trzeba ubierać wiatrówkę a później deszczówkę bo rozpadało się na całego. Dzień kończę już w Czechach z wynikiem 202 kilometrów.
www.strava.com/activities/1056496627
Dzień 16: Początek to zakończenie podjazdu z wczoraj, doczłapałem się na 1200 m n.p.m. Po przejechaniu czterdziestu paru kilometrów jestem w Sarajewie. Kolejna stolica odwiedzona. Między 80 a 130 kilometrem przebijam się przez góry, na szczycie jednego z podjazdów przeczekuje ulewę pod dachem zamkniętej stacji benzynowej. Po upale nie ma śladu, na szczęście im dalej tym pogoda się poprawia i wieczorem znowu jest ciepło. Koniec dnia to piękny zachód słońca. Z wyniku jestem bardzo zadowolony bo pomimo sporej ilości podjazdów zrobiłem 207 km.
www.strava.com/activities/1056496670
Dzień 15: Pierwsze 60 km to wspinaczka z 50 m n.p.m. na prawie 1200 m n.p.m. Bardzo widokowa trasa choć niestety jest to główna droga i ruch samochodów jest spory. Po drodze spotkałem mega pozytywną ekipę z Polski. Wspólne foty, fajnie jest pogadać z kimś po 2 tygodniach milczenia ;) Kawałek później spotkałem parę Amerykanów którzy na bikach od Surly śmigają w terenie po Bałkanach aż do końca sierpnia. W końcu dojeżdżam w okolice Kanionu Pivy. Lazurowa woda, piękne skały i droga biegnąca wzdłuż a i skalne tunele. Na szybko montuje lampkę Mactronica bo niektóre tunele są całkiem długie i nie wpada tam nawet odrobina światła. Późnym popołudniem przekraczam granicę z Bośnią i Hercegowiną. Zbiera się na deszcz ale na szczęście aż do końca dnia nie pada. Ciężko było znaleźć miejsce na namiot bo to jednak góry, więc standardowo po jednej stornie skały a po drugiej jakiś strumień. W pewnym momencie dolina się rozszerza i znajduje ustronne miejsce na mój dom. Wynik na dzisiaj to 176 km w 10h 45min.
www.strava.com/activities/1056496604
Dzień 14: 10,5 godziny jazdy, 198 km, dwa kraje, odwiedzone dwie stolice: Tirana i Podgorica, kąpiel w Morzu Adriatyckim. Dzień spokojny ale pełen atrakcji.
www.strava.com/activities/1056496582
Dzień 13: Rano szybko pobierałem się ze sprzętem bo na polu powoli zaczęli pokazywać się ludzie. Misja na poranek, wypłacić kasę z bankomatu i kupić coś wege do jedzenia. Pierwsze się udało a z drugim nie było lekko. W sakwie zostało mi około 100 g orzeszków solonych. W sklepie zero pieczywa, zero Oreo o Pringlesach w ogóle nie marzyłem. Kupiłem wodę, dwie butle Fanty i w nadziei na kolejne sklepy pojechałem dalej. Droga za miastem szybko zmieniła nawierzchnię z asfaltu na szuter. Mijały kolejne kilometry, na szczęście było zazwyczaj z górki, choć na szutrowo-kamienistej drodze ciało dostaje popalić od wibracji. Niestety nadal nie miałem nic konkretnego do jedzenia. W międzyczasie natrafiłem na plac budowy i musiałem skorzystać z objazdu który wiązał się ze wspinaczką piaskowymi serpentynami. Po 8o km dojechałem do miasta Gramsh, był supermarket w którym też była bieda jeśli chodzi o wegańskie produkty. Kupiłem dwie paczki solonych chipsów i jakieś ciastka do herbaty. Na kolejnym postoju na spokojnie doczytałem skład i okazało się, że było tam białko w proszku. Od tego momentu już ich nie jadłem. Na 120 kilometrze zaczynam kolejny podjazd, szybko okazuje się, że boczna droga którą chciałem dojechać do Tirany to piach, kamienie i mordęga w upale :D Oprócz tego, że znowu nie miałem nic do jedzenia i powoli kończyła mi się woda i Fanta to był to najlepszy odcinek, na zjeździe bałem się czy Awol to wszystko wytrzyma, koła mają już przejechane ponad 30 tyś km więc nie jestem już ich taki pewien. Szutry skończyły się niedaleko stolicy. W nagrodę za ten najbardziej męczący dzień znalazłem mega wielki market ze wszystkimi pysznościami :D Zrobiłem spore zapasy. Pozostał problem z noclegiem bo do centrum Tirany miałem 4-5 km. Namiot rozbiłem już w totalnej ciemności na jakimś osiedlu domków jednorodzinnych w okolicach jeziora. Usnąłem jak dziecko. Kilometrów mało bo 164 ale jak wezmę pod uwagę że większość nie po asfalcie i na głodniaka to chyba całkiem nieźle :) Tour Divide - nadchodzę :P haha
www.strava.com/activities/1056496656