I wcale mi nie przeszkadza, że na szyi będziesz miał blaszkę ze swoim Bogiem - mówi. - Szamński talizman niczemu nie przeszkadza.
"Biała gorączka" Jacek Hugo-Bader

seen from Australia

seen from Brazil

seen from Australia

seen from Netherlands
seen from Japan
seen from United States
seen from Russia

seen from United States
seen from Australia

seen from Brazil

seen from United States

seen from Morocco

seen from Australia

seen from United States

seen from United States
seen from United States

seen from Australia
seen from United States

seen from Japan
seen from United States
I wcale mi nie przeszkadza, że na szyi będziesz miał blaszkę ze swoim Bogiem - mówi. - Szamński talizman niczemu nie przeszkadza.
"Biała gorączka" Jacek Hugo-Bader
Jacek Hugo-Bader – Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak Na początku marca 2013 czterech polskich himalaistów zdobywa zimą Broad Peak. Dwunasty pod względem wysokości ośmiotysięcznik, z którym nikt do tej pory nie dał sobie rady o tej porze roku.
Hugo-Bader - transmiter emocji o Broad Peak i sztuce cierpienia
Jacka, Pana Jacka, wysyłałbym wszędzie, gdzie tylko można, a później czytałbym i wyłączał się ze swojego świata. Podróżował jego oczami i rzeczywistością przekazywaną lepiej niż na video, lepiej, bo z emocjami, odczuciami i przeuroczym hugobaderyzmem.
Długi film o miłości - Powrót na Broad Peak
Po raz kolejny Hugo-Bader oplata mnie, jak to zwykł pisać: "jedwabnymi rzemykami przydymionych swoich spojrzeń". Tym razem zabrał mnie pod Broad Peak. Tak, ten Broad Peak, który tak długo i z taką intensywnością karmił media.
Długi film o miłości to nie film, a reportaż z jego kręcenia. Górska książka dla ludzi nie będących himalaistami, ba dla ludzi, którzy góry lubią oglądać w telewizji. Książka po prostu dla ludzi.
Fajnie by było, gdybym potrafił dobrze opisać wielowymiarowość i wielość kontekstów tej książki. Niestety nie potrafię tego zrobić. Za słaby i za cienki jestem, żeby opisywać Hugo-Badera.
Piszę ten tekst z dwóch powodów. Pierwszy to słowo: Dziękuję. Za to, że tę książkę dostałem, bo bardzo dużo mi dała. Drugi to słowo: polecam.
Transmiter emocji
Polecam ją dlatego, że JHB jest wirtuozem reportażu, w którym niekiedy ważniejsze są emocje niż powiązane z nimi faktami. No bo jak wyobrazić sobie to, że autor książki jest obcy? Samo słowo obcy nie wystarcza, nie budzi w nas emocji, nie daje pełnego obrazu. Gdy autor pisze jednak, że podczas podróży jeepem uczestnicy wyprawy częstują się ciastkami (jeszcze z Polski), i paczka do niego nie dociera, to niemal czujemy ti jak przełyka ślinę i obchodzi się smakiem. A przecież to mogły być jego (moje) ulubione Jeżyki i w całym samochodzie pachnie czekoladą i bakaliami. Wszyscy je jedzą, ale z wyjątkiem.
Jacek Hugo-Bader jest w tej książce wyobcowanym obserwatorem i transmiterem emocji ludzi uczestniczących w wyprawie mającej na celu pogrzebanie najbliższych.
Jest rzeczywisty, realny i opowiada o całej tragicznej i rozpieranej emocjami wyprawie. Myślę, że to taki jego Hugobaderyzm - specyficzne podejście do tematu, który musiał go pasjonować i poruszać do głębi. Podejście, które jest subiektywne, reporterskie ale ekstremalnie zindywidualizowane poprzez to, że dzieli się on swoimi odczuciami w sposób taki, że sami czujemy je na sobie. Nie mów, że nie przyszły Ci do głowy ulubione ciastka.
Wiara, góry i media
Co treści, to nie zamierzam psuć Ci przyjemności zagłębienia się w wyprawę i poczucia jak "mróz oplata stalowymi rzemieniami przeźroczystych spojrzeń".
Podzielę się za to dwoma cytatami. Pierwszym, który moim zdaniem mówi na temat pierwszej - nieszczęśliwej wyprawy wszystko...
"Wojciech Kurtyka, wybitny, ciągle żyjący himalaista tamtego okresu nazwał to sztuką cierpienia. Twierdził, że trzeba ją opanować, żeby przetrwać zimą w górach wysokich, trzeba mieć wprost żelazną przeżywalność, zwierzęcą zawziętość, żeby przetrwać to straszliwe zimno, głód, wieczne pragnienie i ledwo okiełznany strach. Cóż więc dziwnego, że taki człowiek, zamieniony przez sytuację ostateczną w zwierzę, skoncentrowany jest tylko na własnej walce z wyczerpaniem, paniką, trwogą ostateczną, na walce o własne przetrwanie. Nie ma już siły i miejsca na empatię, na dzielenie uczuć i strachu słabszego partnera. "Sztuka cierpienia" to rodzaj wewnętrznej głuchoty, postępującego twardnienia serca."
i drugi, który warto zapamiętać jako prawdę absolutną i zapamiętać do końca życia.
"Niech każdy szuka swojej prywatnej perci między przerośniętą ambicją a zbyt szybkim wycofywaniem się z wydolności swoich o sobie wyobrażeń."
Niech każdy szuka swojej prywatnej perci między przerośniętą ambicją a zbyt szybkim wycofywaniem się z wydolności swoich o sobie wyobrażeń.
Misza zostaje indywidualnym przedsiębiorcą. Zakres usług – uzdrawianie. Załatwia sobie stosowną licencję i państwowy certyfikat. Jest jednym z ośmiuset tysięcy legalnie działających w Federacji Rosyjskiej specjalistów usług magicznych (uzdrowiciele, jasnowidze, wróżki), z których korzysta co piąty obywatel. Lekarzy jest sześćset czterdzieści tysięcy. (Uwielbiam kolekcjonować rosyjskie historie „od czapy”, dziwaczne statystyki dotyczące tego kraju. Na przykład, że czterdzieści procent jego obywateli wierzy w cuda albo że co dziesiąta placówka służby zdrowia nie ma kanalizacji. A jeden biznesmen z Moskwy, miłośnik internetowej gry fantasy, kupił wirtualny supermiecz za dwadzieścia tysięcy prawdziwych dolarów. Co trzeciej windzie w Rosji skończył się termin użytkowania, co znaczy, że jest wypracowana w stu procentach. A najwęższa winda jest w Petersburgu. Ma czterdzieści pięć centymetrów szerokości, i tyle samo głębokości. Na koniec warto wiedzieć, że cztery i pół miliona Rosjan mieszka w tymczasowych, zastępczych mieszkaniach, a w Moskwie w zeszłym roku zamordowano sześciu urzędników administracji mieszkaniowej).
Jacek Hugo-Bader
Jemy śniadanie. Słońce, mróz, do najbliższej ludzkiej siedziby dziesiątki kilometrów, a tu nie wiadomo skąd zjawia się dwóch zalanych w trupa Jakutów i „dawajcie wodku!”. No, nie mamy. „To dawajcie likier Szosse”. Jura mówi, że też nie mamy, a oni, żebyśmy kupili mięso renifera. Mają całe dwie nogi z szynkami, czyli jakby pół zwierzaka. Jura pyta, ile chcą. Tysiąc rubli. Jura ma tylko trzysta. Może być! Biorą forsę i idą po wódkę. Trzydzieści kilometrów do Wostocznej! Piechotą, w dwudziestostopniowym mrozie. W Wostocznej jest stacja meteorologiczna, ale pracownicy przy okazji handlują wódką. Likier Szosse to płyn do chłodnic. A denaturat w gułagowskich czasach nazywali likierem Błękitna Noc. Do dzisiaj miejscami nazwa ta funkcjonuje … Na razie odsyłają mnie do miejscowego hotelu. Prezydenckiego. To mały, drewniany budynek o urodzie domku myśliwskiego. Prezydencki, bo został zbudowany dla Wiaczesława Sztyrowa, byłego prezydenta Jakucji, który pochodzi z Chandygi i często tu przyjeżdża. Sztyrow jest synem naczelniczki męskiego łagru znad rzeki Dyby, a hotel jest tylko dla „elitnych gości”. Jestem jedynym gościem, więc dostaję apartament prezydencki. Proszę o klucz. Mówią, że jest otwarte i nie trzeba zamykać, bo od siedmiu lat nikt tu nie kradnie. To znaczy w hotelu. Pytam, dlaczego akurat od siedmiu. Bo wtedy zbudowali ten hotel – odpowiada mój jakucki rozmówca.
Jacek Hugo-Bader
Sztangista Jerochin, waga ciężka. Szukamy gniazdka, w którym mógłbym podładować telefon. – To jest od lodówka – mówię. – Nie szkodzi – on na to. – I tak nic w niej nie ma. To człowiek kompletnie niezaradny życiowo. Nawet herbaty nie umie zrobić jak trzeba. Do czajnika wlewa tyle wody, jakby nas było dwunastu, a nie dwóch – typowy błąd starych kawalerów. Mieszkanie, jakby wprowadził się przed tygodniem. Niezamieszkałe, bez życia, jakby zaraz po malowaniu albo gotowe do opuszczenia. A mieszka tu pięć lat. A z muzyki tylko francuska liryka, najlepiej Joe Dassin. Wszystko to sprawia, że po kwadransie spędzonym z podpułkownikiem w stanie spoczynku Walerym Jerochinem, nauczycielem przysposobienia wojskowego w miejscowej szkole, wpadam w głęboką depresję. – Bo ja po przełomie życiowym jestem – mówi. – Musiałem wyjechać z mojego Astrachania najdalej jak się dało, bo jak oczy nie widzą, serce nie płacze. Walery ma pięćdziesiąt jeden lat. Wygląda jak przerośnięty, 135-kilogramowy, słodki miś pluszowy. Dobry, łagodny, smutny. Był zawodowym sztangistą wagi ciężkiej (390 kilogramów w dwuboju), ale od przyjmowania anabolików rozsypuje mu się zdrowie, więc idzie pracować w milicji. Kończy szkołę oficerską i, jak wszystkich olbrzymów, biorą go do OMON-u, Milicyjnych Oddziałów Specjalnego Przeznaczenia. A to lata dziewięćdziesiąte, rozpada się Związek Radziecki, jeden po drugim wybuchają na rubieżach zbrojne konflikty. – Zaczynają się wyjazdy – opowiada Walery. – Odbyłem dwanaście tur w różnych gorących punktach, na różnych wojnach. Osetia, Czeczenia, najpierw po miesiącu, potem dwa, trzy, a ostatnio po pół roku człowiek w boju. Od 1993 roku do 2001 pięć lat spędziłem na wojnie i dosłużyłem się stanowiska zastępcy dowódcy astrachańskiego OMON-u. Jakoś nie umiem wyobrazić go sobie jako ponurego kaukaskiego wiarusa w panterce, czarnej bandance i rękawiczkach bez palców, jako groźnego rzeźnika czeczeńskich kobiet i dzieci. – Dużo przyszło powalczyć? – pytam. – Oj, dużo – jęknął. – W dziewięćdziesiątym piątym dwa razy w Groznym, potem Chasawjurt, Pierwomajsk, Urus-Martan. A cały dziewięćdziesiąty szósty rok stoimy w Szali i robimy wypady w górskie wioski. Któregoś razu pognaliśmy w góry, ale się dziwimy, dlaczego tak mało mężczyzn w wioskach, pytamy baby, a one, że wszyscy za pracą wyjechali. A właśnie w tym czasie Czeczeńcy odbili Grozny. Specjalnie nas wciągnęli w te góry. – Fantastyczny podstęp! – Zanim wróciliśmy, w mieście bardzo ciężko było. Tam chłopaki z Krasnodaru wojowali. Trzy dni w okrążeniu bez zapasu wody. A upał jak jasna cholera! Bo to lato, sierpień. Poległych kolegów konserwowali w soli jak mięso na kotlety. Na szczęście był wielki zapas soli. – Mieli, kurwa, zapas soli, a o wodzie nie pomyśleli?! – Bo to Rosja – bąka Walery, jakby się dziwił, że ja się dziwię. – Ale odbiliśmy miasto, a zaraz potem przyleciał generał Lebiedź i zakończył wojnę. Wyszło na to, że przegraliśmy. … – A w dziewięćdziesiątym szóstym roku znowu mamy zabitych i rannych. Mnie też dwa razy zaczepia, jak na patrolu drogowym pod moim łazikiem wybucha zdalnie odpalana mina. Dostaję odłamkiem w łokieć, chociaż samochód mamy obwieszony kamizelkami kuloodpornymi. – Nie lepiej mieć pojazd opancerzony? – Taki mamy. Kamizelkami obwieszają się nawet piloci śmigłowców. – A teraz jesteście nauczycielem i uczycie także dzieciaki z Kaukazu.
Jacek Hugo-Bader
Śpię w szpitalu. Dostaję pokój z łazienką. Nareszcie. Od wyjazdu z Magadanu się nie kąpałem. Od czterech dni nie myłem nawet twarzy. Stoję więc w wannie i kombinuję, po jaką cholerę zrobili takie utrudnienie, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Sedes stoi na wysokim postumencie, prawie półmetrowym cokole i wygląda jak pomnik kibla. Kiedy na nim siadam, nie dosięgam podłogi, mogę sobie pomajtać nogami.
Jacek Hugo-Bader