Jak ja jestem skrzywdzona przez system nauki, przez te zrogowaciałą szkolną sztampę, która wypełnia umysły niekończącą się ilością zezłomowanych pojęć. Wracam do dekadentów w znacznie odświeżonym tropie interpretacyjnym. Wiersze, które do tej pory odbierałam jako smutne i melancholijne, rozumiem już jak alchemię słowa. Tam gdzie pozytywistyczne przekonanie o prymacie nauki się wyczerpuje, tam rodzi się dekandetyzm, autoironiczna śmierć, szydercze żegnanie uśmierconych idei, które są nieprzystawalne do zmieniającej się rzeczywistości. To nie jest postawa schyłku czy inercji, to jest rytuał przejścia. To są oświetlone nocą powitalne pieśni przyszłości.
Widok ich trupich czaszek mię przeraża,
dusi mię zgniła, wstrętna woń cmentarza,
a ten śmiech strasznej ironii się wwierca,
jak tępa śruba, w głąb mojego serca.













