Społeczne wymogi i samookreślenie swojej pozycji w społeczeństwie wobec wykonywanego fachu.
Tytuł tego felietonu brzmi może trochę górnolotnie i zbyt zawile, niczym tytuł rozprawy doktorskiej na socjologii, psychologii czy kulturoznawstwie. Dlatego już na samym początku spłycę go nieco, wydobywając jednocześnie jego esencję. Moje rozważania na ten temat rozpoczęły się od prostego pytania: Czy jestem artystką-malarką?
Mam wrażenie, że wymogi społeczne (wobec nas, naszych hobby, pasji i zajęć) bardzo podnoszą poprzeczkę. Odbierają nam swobodę w samookreślaniu siebie. Masz prawo nazwać się pisarzem, ale - krzyczą wymogi - pod warunkiem, że skończyłeś odpowiednie studia, kursy i warsztaty, napisałeś kilka książek, wydałeś je i zostałeś docenionym przez krytyków i odbiorców; twoje dzieło miało “duże branie”, a sprzedaż szybowała w górę. Pojawiły się o tobie artykuły w poczytnych gazetach i czasopismach. Zaproszono cię do telewizji, zrobiono z tobą wywiad radiowy. Jeśli piszą o tobie w tabloid’ach i do tego towarzyszy ci choć jeden “skandalik”, to tak, wtedy jesteś pisarzem. Społeczeństwo akceptuje cię jako pisarza. Ale czy możesz nazwać się pisarzem, gdy wydałeś książkę, która nie odcisnęła się żadnym echem, nie zostawiła żadnego śladu zainteresowania w czasoprzestrzeni? A co ważniejsze - czy możesz nazwać się pisarzem, pisząc książki dla siebie, do szuflady? Czy pisząc wiersze w swoim prywatnym notatniku i nie pokazując go światu, jesteś poetą? Czy dla nas jako społeczeństwa ważny jest tylko efekt pracy, a nie sam akt twórczy?
Idźmy dalej w tych rozważaniach. Czy historyk jest historykiem tylko dlatego, że skończył studia na takim kierunku czy też pracuje w zawodzie historyka, a na jego umowie jest czarno na białym napisane: zawód - historyk? Natomiast czy historykiem może być nazwany ktoś, kto nie ma studiów w tym kierunku, nie jest zatrudniony na takim stanowisku, ale interesuje się, czyta, poznaje i bada przeszłość? Czy taki pasjonata historii, pracujący zawodowo na taśmie produkcyjnej, może powiedzieć: “Jestem historykiem”? Pozwolimy mu na to? Co powie społeczeństwo? Co powiedzą znajomi? Co na to absolwenci studiów historycznych? Co na to zawodowi historycy? Niestety chyba znamy odpowiedź. A może pozwolimy mu na to, dodając słowo pasjonata - “Jesteś historykiem-pasjonatą” - tak, tak go nazwiemy, tacy jesteśmy dobrzy. :)
A teraz jeszcze bardziej zawiły przykład. Artysta i wybitny twórca, znany na całym świecie i ceniony - Vincent van Gogh - z pewnością i bez zastrzeżeń jest określany przez dzisiejsze społeczeństwo jako artysta i malarz. No dobrze, ale czy on sam mógł o sobie tak mówić? Przecież nie był doceniany za życia - wszyscy wiemy jak szła mu sprzedaż swoich obrazów. Czy zatem społeczne wymogi narzucają nam tak pokrętną logikę, że za życia powinno mu się odmawiać splendoru nazywania się artystą, ale później, gdy w końcu został pośmiertnie doceniony, artystą już może być nazwany?
Czy poważnie aż tak jesteśmy zazdrośni i płytcy, że potrzebujemy ram i etykiet w określaniu innych i siebie? Czy naprawdę potrzebujemy papierków, sukcesów, i uznania danej osoby, by przyznać jej zasłużony status społeczny? Czy za naszymi zachowaniami nie stoi napuszone i dumne ego? Wyuczona pianistka powie: “Skończyłam studia, byłam na wymianie za granicą, latami ćwiczyłam swój kunszt, występuję na koncertach w filharmonii, a ty tylko grasz na gitarze dla znajomych przy ognisku i śmiesz nazywać się muzykiem?”
Zawistne ego, umęczone i dumne mówi “nie” amatorom! Napisałam to może dość dosadnie, może z lekką przesadą (czy na pewno?), ale myślę, że jest to w pewien sposób prawdziwe. Może takie słowa nie padają głośno - to jednak wymaga odwagi, braku taktu i wolności wobec reakcji innych, ale to, co mówi się poza plecami, co się myśli i jak traktuje takie osoby, to już inna sprawa. Albo co jeszcze bardziej zaskakujące, owa wyuczona i zawodowo grająca artystka może wcale tak nie uważać, ale tego rodzaju myślenie, jest tak mocno w nas zakorzenione, że jesteśmy pewni, że właśnie tak myśli. Zatem często nie tyle inni nie pozwalają nam rozwinąć skrzydeł, ale my sami potrafimy równie skutecznie sprowadzić się do parteru. Jeśli na to pozwolimy, to nasze zadowolenie z siebie, mogą nam nie tyle odebrać inni, co my sami sobie... bo tak zostało kiedyś przyjęte przez społeczeństwo i trzymamy się tego... nie zważając na zmiany, otwartość i tolerancję, która cały czas ewoluuje, tak samo jak standardy w byciu w czymś fachowcem.
Moje rozważania na ten temat zaczęły się od wewnętrznego pytania: Czy mogę nazwać się malarką? Skończyłam studia historyczne i mimo że fascynowały mnie zajęcia z historii sztuki i kultury, nie były to studia artystyczne. Namalowałam chyba z 70 obrazów, miałam specjalne zamówienia, prywatne wernisaże dla znajomych i bliskich i cały czas rozwijam się w tym kierunku. Czuję się bardziej artystką niż historykiem, a jednak pojawiło się takie pytanie. Mało tego, teraz mam jakąś gigantyczną, wewnętrzną potrzebę pisania felietonów. Czy zatem mogę nazwać się felietonistką po napisaniu pierwszego felietonu i opublikowaniu go online, gdzie być może nikt go nie przeczyta? TAK! Bo dla mnie, jako artystki najważniejszy jest akt tworzenia - czuję się artystką przede wszystkim, gdy kreuję, stwarzam. Dzieło to tylko efekt uboczny tej twórczej chwili - a jeśli wyjdzie doskonały, to wspaniale!
Bądźmy tymi, którymi się czujemy! Do licha z normami i wymogami społecznymi! Mamy prawo do samookreślania siebie! Ja z niego korzystam :) i jest mi z tym bardzo dobrze :)
Eve















