O czym mówią, kiedy mówią o konkurencyjności
Ekonomistka liberalna chcąca przekonać osobę zarabiającą na swoje utrzymanie pracą, że wzrost płac jest czymś niekorzystnym stoi przed trudnym zadaniem. Spójrzmy jak podejmuje je, nie wymagający przedstawienia, Leszek Balcerowicz:
Jeżeli podwyżki płac będą systematycznie szybsze, niż wzrost wydajności pracy, to będziemy mieli mniejszą konkurencyjność, mniej eksportu, więcej importu, większą lukę w handlu zagranicznym, mniej inwestycji i będziemy zmierzać do kryzysu.1
‚Konkurencyjność’ oznacza teoretycznie zdolność do skutecznego znajdywania nabywców dla krajowych produktów i usług na globalnym rynku. Teoretycznie, bo może i jest ona zdefiniowana oficjalnie jako skomplikowane pojęcie, którego tylko jednym z aspektów jest konkurencja kosztowa, ale w rzeczywistym użyciu de facto sprowadza się do relatywnych wielkości tak zwanych ‚kosztów pracy’. Na przykład możemy w polskiej prasie przeczytać taką dobrą wiadomość:
Polska była w 2016 r. jednym z zaledwie czterech państw Unii Europejskiej, w których koszty pracy liczone w euro nie wzrosły. (…) Na pierwszy rzut oka to dobra wiadomość dla polskiej gospodarki. Sugeruje bowiem, że nasza konkurencyjność międzynarodowa rośnie, co może przyciągać inwestorów.2
Jednostkowe koszty pracy — wadliwa miara konkurencyjności
Szczególną popularność pojęcie konkurencyjności zdobyło w Unii Europejskiej: najpierw zwiększenie jej było jednym z fundamentalnych celów Strategii lizbońskiej, potem Komisja Europejska stworzyła w 2011 roku Procedurę Nierównowagi Makroekonomicznej jako narzędzie diagnostyczne czy państwa członkowskie prowadzą politykę zgodną z jej zaleceniami — jednym z kryteriów jest odpowiednio niski trzyletni wzrost nominalnych jednostkowych kosztów pracy3. (Wrócę później do tego dokładnie jak niski.) Właśnie ‚brak konkurencyjności’ został ogłoszony jako główna bolączka południowych ekonomii strefy euro. Drogą do wyjścia ze stagnacji po kryzysie 2008 roku miało być jej „przywrócenie”, oczywiście przez ograniczenie wzrostu płac4; wspólna waluta uniemożliwia pojedynczemu państwu strefy euro relatywne zmniejszenie cen sprzedawanych towarów przez dewaluację5. Jako przykład takiego myślenia na uwagę zasługuje zwłaszcza wystąpienie Maria Draghiego, obecnego prezesa Europejskiego Banku Centralnego, ze spotkania Rady Europejskiej w 2013 roku6. Prezentacja wymienia trzy drogi do wzrostu gospodarczego i (na slajdzie poniżej) znajduje „The competitiveness problem” w państwach z deficytem handlowym. Potwierdza się, że w praktyce za dobrą miarę konkurencyjności uznaje się koszty pracy7.
Nie budzi raczej kontrowersji używanie kosztów pracy jako dobrej miary konkurencyjności pojedynczego przedsiębiorstwa na zamkniętym rynku. Jeśli firma ta produkuje $N$ sztuk pewnego towaru zatrudniając $L$ pracowników ze średnią płacą $W$, możemy zdefiniować jednostkowe koszty pracy jako stosunek płacy do liczby sztuk towaru przypadającej na jednego pracownika: $$ulc_{firmy} := \frac{W}{N/L} \tag{1}$$ Jeśli w jednej firmie taki koszt rośnie szybciej niż w innych produkujących ten sam towar, prawdopodobnie straci udział w rynku przez podwyżki cen szybsze niż u jej konkurentów lub z tej samej sprzedaży będzie czerpać mniejszy zysk. Każdy dostrzeże jednak problem z zastosowaniem definicji (1) do całego kraju naraz: o ile za licznik możemy wziąć średnią płacę w nim, to nie ma żadnego pojedynczego towaru którego produkcję możemy użyć w mianowniku. Dlatego wartość jednostkowych kosztów pracy w danym kraju liczona przez eg. OECD albo Eurostat otrzymywana jest przez użycie jako mianownika średniej produktywności, czyli części rzeczywistego dochodu narodowego przypadającej na jednego pracownika. Jeśli oznaczymy zatrudnienie przez $L$, nominalny dochód narodowy jako $Z$ i poziom cen jako $P$, produktywność to z definicji $Y := \frac{Z/P}{L} = \frac{Z}{PL}$. Przy średniej płacy $W$ jednostkowe koszty pracy dla całej gospodarki są zdefiniowane8 jako: $$ulc := \frac{W}{Y} = \frac{W}{Z/PL} \tag{2}$$ (Balcerowiczowskie „podwyżki płac systematycznie szybsze, niż wzrost wydajności pracy” oznaczają więc dokładnie to samo co rosnące jednostkowe koszty pracy.) Zanim przyjrzę się tej definicji spójrzmy najpierw jak wyglądają w ostatnich latach zmiany $W$, $Y$ i $ulc$ dla Polski:
https://fred.stlouisfed.org/graph/?g=gCw5
Niebieska linia pokazuje zmiany płac, czerwona produktywności, a zielona jednostkowych kosztów pracy w Polsce względem absolutnej wartości w 2010 roku na podstawie danych OECD.
Użycie w obliczeniach jednostkowych kosztów pracy wartości zagregowanych ma istotne konsekwencje. O ile w przypadku mikro, kiedy mówimy o jednej firmie, jednostkowe koszty pracy rzeczywiście będą rosnąć tylko jeśli płace będą rosły szybciej niż produktywność, to w przypadku makro sytuacja nie jest już tak prosta. Pomiędzy sektorami ekonomii płace i produktywność wykazują spore zróżnicowane. Zmiany w zagregowanych kosztach pracy mogą więc równie dobrze odpowiadać zmianom w stosunku płac do produktywności dla całej gospodarki, jak i zmianom udziału różnych branż w produkcie narodowym. Dodatkowo, wiele z sektorów ujętych w agregatach ma minimalny lub wręcz żaden związek z handlem międzynarodowym: zamrożenie podwyżek dla lekarek lub nauczycielek z pewnością obniży jednostkowe koszty pracy dla całego kraju, ale trudno znaleźć jakieś jego przełożenie na zwiększenie konkurencyjności cenowej towarów produkowanych w innych branżach.
Nie możemy też zapomnieć o podstawowej nauce ekonomii keynesistowsko-kaleckiańskiej: coś co jest dobre indywidualnie dla każdego z osobna, niekoniecznie będzie dobre dla tych samych agentów, jeśli będą to robić wszyscy naraz. Pojedyncza firma tnąc koszty pracy zwiększy swoją sprzedaż lub zyski, bo wpływ tego ruchu na popyt na jej towary będzie pomijalny. Kiedy jednakże wszystkie firmy zaczną tnąć koszty pracy, ucierpi na tym krajowy popyt. Nie jest a priori pewne, że możliwy wzrost zagranicznego popytu na produkty o obniżonej cenie w pełni to zrekompensuje. Sytuacja niejako powtarza się na wyższym poziomie gdy spojrzymy na międzynarodową konkurencję kosztową; łatwo może stworzyć się dynamika gry o ujemnej sumie — nie jest możliwe żeby wszyscy naraz byli bardziej konkurencyjni9.
W końcu zadajmy sobie także podstawowe pytanie: czy konkurencja kosztowa ‚działa’? Artykuł Felipe i Kumara z 2011 roku10 przedstawia dwa mocne argumenty, że tak nie jest. Przede wszystkim Niemcy, które są potężnym eksporterem, często są wskazywane w Europie jako wzór do naśladowania, ponieważ po liberalnych reformach kanclerza Schrödera mają za sobą lata niskiego wzrostu płac. Gdy jednak bliżej się przyjrzeć co właściwie eksportują, okazuje się że grają w zupełnie innej lidze niż Grecja czy Hiszpania — niemiecki eksport jest skoncentrowany na towarach najbardziej skomplikowanych i wymagających wysokich technologii: Felipe i Kumar podają dane, że Niemcy w 2010 roku były drugą gospodarką na świecie pod względem skomplikowania towarów eksportowych, a wśród 100 najbardziej skomplikowanych produktów ich eksport wynosił 18% światowego. Rynki zaawansowanych technologicznie towarów są mniej konkurencyjne, więc i pozwalają na wyższe zyski. Warto w tym miejscu przywołać artykuł z The Economist11, argumentujący że wzrastające we Włoszech koszty pracy dają zły obraz ich międzynarodowej konkurencyjności, bo eksport towarów o wysokiej wartości (eg. tekstyliów, ubrań i wyrobów skórzanych) ma się bardzo dobrze. Drugim argumentem przedstawianym przez Felipe i Kumara jest tak zwany paradoks Kaldora (któremu należy się szersze omówienie innym razem): historycznie wzrost jednostkowych kosztów pracy nie był skorelowany ze spadkiem produkcji — państwa w których koszty pracy rosły najszybciej często jednocześnie najszybciej zwiększały swój udział w rynku. Wiara w proste przełożenie kosztów pracy na zagraniczny popyt na towary jest więc co najmniej dużym uproszczeniem. Ostateczny wniosek nie jest zaskakujący — złożoność teoretycznej definicji ‚konkurencyjności’ nie jest możliwa do zredukowania do prostej proporcji dwóch zagregowanych wartości, jest możliwa do uchwycenia tylko w skomplikowanych indeksach biorących pod uwagę wiele czynników.
Wada czy zaleta?
Skoro jednostkowe koszty pracy nie są dobrą miarą międzynarodowej konkurencyjności, to czy może być jakieś inne wytłumaczenie dla popularności ich używania oprócz ich prostoty? Mam jedną propozycję. Oznaczmy, tak jak wyżej, poziom cen przez $P$, udział płac w dochodzie narodowym przez $S$, średnią płacę przez $W$, produktywność przez $Y$ i nominalny dochód narodowy przez $Z$. Pokazałem wcześniej, że łatwo wyprowadzić równanie $W = PYS$, podstawiając je do definicji (2) dostajemy alternatywną definicję jednostkowych kosztów pracy: $$ulc = \frac{W}{Y} = PS \tag{3}$$ Natychmiast otrzymujemy wniosek, że (jakkolwiek brzmią różne wypowiedzi liberałów) koszty pracy powinny rosnąć — większość banków centralnych na świecie ma dodatni cel inflacyjny i przy stałym stosunku płac do dochodów pociąga to za sobą taki sam wzrost jednostkowych kosztów pracy. Stałe $S$ jest często przyjmowane w modelowaniu makroekonomicznym i tak według ortodoksyjnej ekonomii powinna zachowywać się gospodarka w stanie równowagi. Przechodząc z absolutnych wartości na ich względne zmiany (zasygnalizowane przejściem na małe litery, $x := \frac{X'}{X}$) znaczy to, że teoretycznie idealna jest sytuacja kiedy $s = 0$, więc w konsekwencji $w = p + y + s = p + y$ i płaca realna zmienia się tylko razem z produktywnością $w - p = y$. Jak ten model ma się do sytuacji w Polsce? Jak widać na wykresie poniżej, rzeczywisty wzrost płac jest wyraźnie wolniejszy od zapewniającego niezmienny udział płac w dochodach.
https://fred.stlouisfed.org/graph/?g=kCJ2
Fioletowa linia to wzrost cen, czerwona to wzrost produktywności, a turkusowa to wzrost płac niezmieniający udziału płac w dochodach $p + y$. Rzeczywisty wzrost płac to niebieska linia.
Warto w tym momencie wrócić do kryteriów z europejskiej Procedury Nierównowagi Makroekonomicznej3. Dopuszczalnym według nich trzyletnim wzrostem jednostkowych kosztów pracy dla państw strefy euro jest 9%, a dla państw spoza niej (przypuszczalnie ze względu na wyższą inflację) 12%. Łatwo policzyć, że oznacza to, iż rekompensowany spadkiem udziału płac w dochodach powinien być wzrost produktywności powyżej 0.9% rocznie dla państw strefy euro przy celu inflacyjnym ECB 2% i powyżej 1.3% rocznie dla Polski przy celu inflacyjnym 2.5% NBP. Jeśli celem nie jest od początku powstrzymanie wzrostu płac realnych, trudno zrozumieć dlaczego pracownicy z jednej strony mają mieć wzrost płac ograniczony przez wzrost produktywności, a z drugiej być karani mniejszym udziałem w zyskach jeśli produktywność rośnie ‚zbyt szybko’ (nb. średni roczny wzrost produktywności w Polsce od 2010 roku wynosił 2.7%). Bez trudu z poprzedniego wykresu domyślić się jak wyglądają zmiany udziału płac w dochodzie narodowym w Polsce (dokładnie tak samo jak spodziewaliście się przed przeczytaniem tego tekstu) i że nie mamy ‚problemu’ ze spełnieniem unijnych celów. Najmniejszym zdziwieniem świata, jest że udział płac w dochodach nie znajduje się wśród Main Economic Indicators OECD, ale łatwo odzyskać jego zmiany z $\frac{W}{PY}$ lub $\frac{ulc}{P}$ (wychodzi na to samo).
https://fred.stlouisfed.org/graph/?g=kCLQ
Fioletowa linia to zmiana poziomu cen, zielona to zmiana jednostkowych kosztów pracy, a pomarańczowa to zmiana udziału płac w dochodzie narodowym.
Przez analogię, $rulc := \frac{ulc}{P} = S$ jest czasem nazywane rzeczywistymi jednostkowymi kosztami pracy, co jest szczytem ideologicznego zaciemniania, bo to dokładny synonim udziału płac w dochodach. Cały dyskurs konkurencyjności i domniemanej konieczności powstrzymania wzrostu (realnych) jednostkowych kosztów pracy jest w dużym stopniu sposobem by mówić w maksymalnie oględny sposób i używając języka sugerującego że chodzi zapewne o technologiczną efektywność, kiedy tak naprawdę mowa o kwestiach podziału zysków, czyli dystrybucyjnych, czyli klasowych. Kiedy ktoś mówi, że złą sytuacją jest kiedy jednostkowe koszty pracy rosną, to tak naprawdę mówi, że chciałby żeby inflacja systematycznie zmniejszała realne płace. Powinniśmy chcieć czegoś dokładnie odwrotnego: jedynym sposobem na to by powrócić do większego udziału polskich pracowników w wypracowanej przez nich wartości jest by ich płace (przynajmniej przez pewien czas) rosły nie tylko szybciej niż produktywność, ale szybciej niż produktywność i ceny.
Wywiad Michała Gostkiewicza z Leszkiem Balcerowiczem, "Przyznaje się pan do winy?" Balcerowicz się broni: Macie pretensje, że Polska nie stała się Szwajcarią? ⏎
Grzegorz Siemionczyk, Niskie koszty pracy tracą na znaczeniu. ⏎
Komisja Europejska, Macroeconomic imbalance procedure scoreboard. ⏎ ⏎
Mickey Levy, Diverging competitiveness among EU nations: Constraining wages is the key. ⏎
Nb. właśnie „wewnętrzną dewaluacją” są często nazywane próby zwiększenia konkurencyjności przez atak na wzrost płac. ⏎
Mario Draghi, Euro area economic situation and the foundations for growth. ⏎
Interesującym szczegółem w tym slajdzie Draghiego i następnym, pokazującym wzrost płac i produktywności dla sześciu przykładowych państw, jest że ten pierwszy podano w wartościach nominalnych (zaskakująco trudno znaleźć tą informację w samej prezentacji). Jaki dokładnie standard sugeruje tu Draghi opiszę za chwilę. Więcej w artykule: Andrew Watt, Mario Draghi’s Economic Ideology Revealed? ⏎
Są tu dwie subtelności — pierwsza istotna, druga niezbyt:
W danych Eurostatu produktywność jest liczona dla wszystkich pracowników, a średnia płaca pomija samozatrudnionych. Masowe zmiany w statusie zatrudnienia mogą mieć więc istotny wpływ na jednostkowe koszty pracy mimo braku rzeczywistej zmiany w procesie produkcji albo płacach. Ogranicza to też oczywiście porównywalność tej wielkości między państwami. OECD unika tego problemu przeprowadzając korektę średniej płacy by uwzględniała samozatrudnionych, ale tworzy nowy: jak dokładnie ta korekta wygląda.
W obliczeniach „realnego” PKB, a więc także produktywności, używa się jako indeksu cen tzw. deflatora PKB, a nie częściej widywanego CPI. Różnicę można traktować jako techniczną, oba indeksy zachowują się bardzo podobnie. ⏎
Nie znaczy to jednak, że bardziej konkurencyjne nie mogą się stać wszystkie państwa eg. w Unii Europejskiej, która w końcu nie jest zamkniętym systemem. Czy to dobry pomysł to zupełnie inna sprawa. ⏎
Jesus Felipe & Utsav Kumar, Unit Labor Costs in the Eurozone: The Competitiveness Debate Again. ⏎
The Economist, Italy's productivity puzzle. ⏎







