Nazywam się Marek Imiełowski, mieszkam we Wrocławiu, gdzie pracuję jako programista. Jestem demokratycznym socjalistą z racjonalistycznymi sympatiami i szeregowym członkiem partii Razem (za wszystkie wyrażone tu opinie odpowiadam tylko ja). Chciałbym tutaj publikować nieregularnie, ale raczej dłuższe teksty, szczególnie w tematyce ekonomii politycznej.
By odpowiedzieć na jakiekolwiek ciekawsze pytania o polityce monetarnej konieczne jest najpierw przyjrzenie się bliżej instytucji banku centralnego — jakie ma narzędzia i jak ich używa. Pierwsze banki centralne powstawały w celu obsługi wydatków państwowych, zwłaszcza żeby ułatwić zaciąganie długów publicznych. Chociaż ta funkcja wciąż jest pełniona przez współczesne instytucje, na plan pierwszy wyszedł udzielony im monopol na tworzenie państwowej waluty oraz wykorzystanie go do osiągania różnych celów ekonomicznych, w bliskim drugim rzędzie znajduje się też funkcja systemowa i regulacyjna dla krajowego sektora bankowego oraz kształtowanie kursów wymiany waluty krajowej z innymi. Kiedy prześledzi się historię bankowości centralnej z ostatniego mniej-więcej stulecia1, można odnieść wrażenie że cele i środki są w ciągłej zmianie, a teoria ekonomiczna ledwo nadąża za praktyką. Prawie wszystkie operacje po kryzysie gospodarczym roku 2008 uznawane za ‚niekonwencjonalne’, albo tak ekstremalne że tylko rozważane, były już kiedyś rutynowo używane (z sukcesem lub bez) przez jakieś duże państwo dziesiątki lat temu2. Dlatego chciałbym się skupić na tym co rzeczywiście się dzieje, bez upraszczającej zasłony ekonomicznej teorii.
Instrumenty banku centralnego w gospodarce pieniądza kredytowego
W ostatnich kilku dekadach, po monetarystycznej rewolucji w latach 70-tych, powstał konsensus że najważniejszym — a nie tylko jednym z — zadaniem banku centralnego powinna być kontrola stabilności cen; w niektórych państwach zostało to wpisane do prawa3, w innych jest jedynie praktyką. Naiwnie mogłoby się wydawać, że „stabilność cen” oznacza zerową inflację (wzrost cen), ale z różnych powodów (którym może się kiedyś przyjrzę w innym tekście) uznano że optymalnym stanem jest jej jak najbardziej niezmienny, niski ale niezerowy poziom. Przyjęty w wielu państwach cel 2% rocznie był oryginalnie właśnie kompromisem zwolenników zerowej i pozytywnej inflacji. Podstawowa teoria ekonomiczna mówi nam, że kontrola inflacji przez instytucję z kontrolą nad ilością pieniędzy w gospodarce powinna być bardzo prosta: po prostu drukarki banknotów powinny pracować ciężej kiedy inflacja jest zbyt niska i zwalniać kiedy jest za wysoka! Być może kiedyś ta teoria (nazywana ilościową teorią pieniądza) dobrze opisywała konsekwencje tworzenia przez bank centralny pieniędzy, ale w odniesieniu do obecnych gospodarek jest to już bardzo wątpliwe.
Co się zmieniło? Zacznijmy od obserwacji podstawowego faktu: większość pieniędzy we współczesnej kapitalistycznej gospodarce (takiej jak polska) nie zostało stworzonych przez bank centralny, tylko przez zwykłe banki. Jak właściwie działa bank? W pierwszym przybliżeniu: udziela kredytów na długo z pewnym oprocentowaniem, a przyjmuje depozyty na krótko (przynajmniej potencjalnie w każdej chwili mogą zostać wycofane) i oprocentowane dużo niżej (zwykle blisko zera), a z tej różnicy w oprocentowaniu bierze się jego zysk. (Oczywiście współczesne banki robią dużo więcej, ale wciąż udzielanie kredytów i przyjmowanie depozytów jest rdzeniem ich działalności.) Każdy z banków posiada w banku centralnym konto, tak zwaną rezerwę, którą może wymieniać na gotówkę potrzebną do wypłaty depozytów (także tych stworzonych przy udzielaniu kredytów), zasilać przez otrzymaną do zdeponowania gotówkę, a także uzupełniać pożyczkami z banku centralnego (więcej o tym za chwilę). W obecnym systemie prawnym to wielkość rezerwy ogranicza maksymalną sumę udzielonych kredytów4. W przeszłości w różnych państwach rezerwy banków były mocno ograniczone przez ilość złota albo ścisłe regulacje i politykę banku centralnego, ale aktualnie bank centralny dopasowuje podaż rezerw do potrzeb banków, więc granice ich wzrostu są dużo miększe i marginalny kredyt nie zostanie udzielony raczej przez brak chętnej kredytobiorczyni lub zbyt duże ryzyko niż z powodu wysokości odsetek od dodatkowych rezerw. W konsekwencji, nie ma bezpośredniego związku między depozytami banku i możliwością udzielania przez niego nowych kredytów, czyli najbliższe prawdy jest stwierdzenie, że banki tworzą kredytami nowe pieniądze, które bank centralny zgadza się uznawać za równoważne własnym5 w zamian za przestrzeganie jego regulacji. Dzisiejsze pieniądze są endogeniczne: ich tworzenie zostało zdecentralizowane i zamiast determinować, zależy od decyzji o zapożyczaniu się i udzielaniu kredytów — nie można powiedzieć, że jedna instytucja ma nad tym procesem całkowitą kontrolę6. Jak w takim układzie uprzywilejowana pozycja banku centralnego wciąż może mu dawać dźwignię do wpływania na gospodarkę?
W dokumencie opisującym „system operacyjny polityki pieniężnej NBP”7 możemy przeczytać że od 2008 roku dla polskiego banku centralnego taką dźwignią jest kształtowanie rynkowego oprocentowania międzybankowych pożyczek rezerw, mierzonego indeksem o wdzięcznej nazwie POLONIA (POLish OverNight Index Average). To właśnie pożądana wielkość tego indeksu jest nazywana stopą referencyjną i jest ustalana oraz ogłaszana przez Radę Polityki Pieniężnej. Banki co do zasady wolą mieć najmniejszą możliwą wielkość rezerw, ponieważ prawie zawsze potrafią znaleźć dla pieniędzy inne, bardziej zyskowne przeznaczenie; nie myląc się zbytnio, możemy przyjąć że każdy dzień pracy zaczynają z rezerwami równymi legalnemu minimum. W ciągu dnia w wyniku transakcji międzybankowych zmienia się suma depozytów w każdym z banków, więc gdyby na to nie reagowały niektóre kończyłyby dzień z niedoborem, a inne z nadmiarem rezerw — z potrzeby wymian między nimi powstaje rynek wzajemnych jednodniowych pożyczek. Ponieważ rezerwy i gotówka (tak zwana baza monetarna) są po prostu zobowiązaniami banku centralnego, może on je stworzyć w nieograniczonej ilości i nikt inny nie może tego zrobić, stąd nie jest zaskoczeniem że ma duży wpływ na międzybankowy rynek rezerw. Dokładny mechanizm tego wpływu wygląda tak: najpierw bank centralny ogranicza możliwe wahania oprocentowania przez korytarz wahań stóp procentowych, którego dół tworzy stopa depozytowa czyli odsetki jakie NBP płaci bankom od zdeponowanych rezerw8 (bank będzie chciał pożyczać tylko jeśli zaoferowane zostanie wyższe oprocentowanie), a górę stopa lombardowa czyli odsetki jakie NBP nalicza od nowo-stworzonych rezerw pożyczanych bankom (oferta banku z wyższym oprocentowaniem nie będzie konkurencyjna). W ramach korytarza następnie kształtuje dokładne ceny za pomocą operacji otwartego rynku (eg. emisją bonów pieniężnych o oprocentowaniu równym stopie referencyjnej lub sprzedaży obligacji Skarbu Państwa w celu zmniejszenia wielkości rezerw, więcej szczegółów w raportach NBP9), które zwiększają lub zmniejszają dostępność rezerw (czyli też oprocentowanie ich pożyczek) przez zmianę kompozycji bankowych aktywów bez zmiany ich wielkości. Razem te operacje są wystarczająco skuteczne, by oprocentowanie było rozsądnie blisko stopy referencyjnej — na tyle, że ‚rynkowość’ jest w dużej mierze tylko „kamuflażem działania sił rynkowych”10 dla decyzji banku centralnego.
Historycznie banki centralne używały różnych celów operacyjnych, nie tylko stóp procentowych, ale też zmian w podaży pieniądza oraz zmian w wolumenie kredytów. W gospodarce pieniądza kredytowego wszystkie te trzy rzeczy są ze sobą mocno związane (udzielenie nowego kredytu wymaga powiększenia rezerw i tworzy nowe pieniądze) i zwykle poruszają się razem. Zwykle nie znaczy jednak zawsze i od wybranego celu operacyjnego może zależeć skuteczność w osiąganiu przez bank centralny celu ekonomicznego oraz to w jaki sposób myśli on o swojej roli.
Makroekonomiczny wpływ stóp procentowych
Powodem dla którego bank centralny skupia się na oprocentowaniu pożyczek międzybankowych jest, że ma nadzieję ich zmianami wpłynąć na zagregowany popyt w gospodarce i przez to na inflację. W ekonomii kapitalistycznej nie ma mechanizmu, który automatycznie zrównywałby popyt z wartością zapewniającą pełne zatrudnienie lub stabilność (wzrostu) cen. Dodatkowo występują względnie regularne wahania popytu nazywane cyklami koniunkturalnymi. Tym co może jednak potencjalnie nadać popytowi społecznie optymalną wielkość i wygładzić cykle koniunkturalne jest interwencja państwa. W tradycji keynesistowskiej za antycykliczne zarządzanie popytem odpowiadać miała głównie polityka fiskalna (państwo miało dopasować swoje wydatki do luki między prywatnym popytem a wielkością odpowiadającą pełnemu zatrudnieniu), ale po monetarystycznej rewolucji aktualną ortodoksyjną pozycją jest że ma być to zadanie polityki monetarnej. W tej opowieści, to bank centralny ma więc zwiększając stopy procentowe zmniejszać wydatki w gospodarce gdy przekraczają one możliwości produkcyjne i napędzają inflację, a napędzać wydatki przy złej koniunkturze. Przyjrzyjmy się więc, jak stopy procentowe wpływają na realną gospodarkę — sposoby w jaki się to dzieje są nazywane kanałami transmisji polityki monetarnej. NBP w swojej cyklicznej publikacji11 przedstawia trzy główne:
kanał stopy procentowej: stopy procentowe krótkoterminowe wpływają na długoterminowe i tym samym czynią kredyty bardziej lub mniej atrakcyjnymi, ceteris paribus wyższe (niższe) odsetki oznaczają mniejszy (większy) wolumen nowych kredytów.
kanał kursowy: transfery z państw o niższym oprocentowaniu kredytów do tych z wyższym powodują wzmocnienie waluty państwa które podniosło stopy procentowe i osłabienie waluty tego które je obniżyło, w efekcie zmieniając bilans handlowy, czyli też krajowy popyt.
kanał kredytowy: kiedy zmieniają się krótkoterminowe stopy procentowe banki zamiast/oprócz zmieniać oprocentowanie długoterminowych kredytów mogą dostosować warunki ich udzielania (eg. zmieniając próg dopuszczalnego ryzyka), co także wpływa na wolumen nowych kredytów.
Szacunkowe zmiany efektywności głównych kanałów transmisji polityki monetarnej w Polsce (rys. 68 w 11)
Warto wspomnieć także o trzech dodatkowych kanałach:
kanał redystrybucji: stopy procentowe wpływają na odsetki od kredytów zależne od ich bieżącego poziomu, dokonując redystrybucji od dłużników do kredytujących lub odwrotnie, czyli de facto między gospodarstwami domowymi z mniejszym dochodem i tymi z większym, przez to zmieniając poziom konsumpcji (bo druga grupa przeznacza na nią zwykle mniejszą część dochodu).
kanał majątkowy: kiedy łatwo o kredyt lub są one tanie zwiększy się liczba kredytów branych w celu wykupu aktywów, co podniesie ich cenę (właśnie ta dynamika odpowiada za zwiększenie prawdopodobieństwa powstawania baniek cenowych przy niskich stopach procentowych); inni posiadacze tych aktywów odczują wzrost cen jako powiększenie się ich majątku, co może ich skłonić do zwiększenia wydatków konsumpcyjnych.
kanał oczekiwań: jeśli wszyscy wierzą w skuteczność banku centralnego w osiąganiu celu inflacyjnego, dopasują swoje oczekiwania inflacji i związane z nimi zachowania jeszcze zanim rozpropagują się ‚rzeczywiste’ efekty zmiany stopy referencyjnej — część banków centralnych świadomie korzysta z kanału oczekiwań inflacyjnych ogłaszając z wyprzedzeniem jaką politykę będą prowadzić w przyszłości, NBP nazywa to „moralną perswazją” (w angielskim funkcjonuje nazwa forward guidance).
Diagram przedstawiający schemat graficzny wszystkich kanałów razem.
Obraz wielu kanałów o zmiennej skuteczności jest z pewnością bardziej skomplikowany niż opowieść że stopa referencyjna prosto przenosi się na liczbę udzielanych kredytów i stąd na popyt, ale łatwo dostrzec, że ma w sobie rdzeń prawdy: sukces transferu większością z kanałów zależy od skuteczności propagacji oprocentowania od międzybankowych pożyczek o bardzo krótkim terminie do oprocentowania kredytów mających wpływ na realną gospodarkę. NBP zbiera statystyki średnich stóp procentowych nowych kredytów różnych rodzajów12, spójrzmy jak przedstawiają się ich reakcje na zmiany stopy referencyjnej:
Średnie oprocentowanie różnych rodzajów kredytów w porównaniu ze stopą referencyjną NBP
Jak widać różne stopy procentowe w gospodarce podążają z grubsza za stopą referencyjną, ale na jej zmiany reagują tylko częściowo i stopniowo. Bardziej czytelny może być wykres pokazujący zmiany spreadów, czyli różnic tych stóp procentowych ze stopą referencyjną:
Spready oprocentowania różnych rodzajów kredytów
Spready mogą się istotnie zmieniać, więc bank centralny nie może być do końca pewien jak bardzo i jak szybko zmiana stopy referencyjnej wpłynie na stopy wpływające na realną gospodarkę. Opóźnienia między akcjami banku centralnego a ich pełnym wpływem na gospodarkę są szacowane nawet na kilka lat i różnią się dla każdego z kanałów, więc są bardzo trudne do przewidzenia — jest to jedno z najistotniejszych ograniczeń dla skuteczności polityki monetarnej w zarządzaniu popytem, który potrafi się zmieniać dużo szybciej niż polityka monetarna może zareagować. Częściowym obejściem problemu szybkości propagacji zmian krótkookresowych stóp procentowych na długookresowe może być celowanie w więcej niż jedną stopę procentową, jak to dzieje się eg. przy operacjach luzowania ilościowego (quantitative easing), w których obligacje państwowe są wykupywane przez bank centralny w celu zmniejszenia ich oprocentowania. QE stosowane po kryzysie 2008 roku było określane jako „niekonwencjonalna polityka”, ale celowanie także w długookresowe stopy procentowe i związane z nim kupowanie większego wachlarza aktywów było kiedyś częstsze i używane skutecznie choćby przez USA w czasie II wojny światowej i tuż po niej13. Istotną dodatkową komplikacją jest specyfika działania kanału kredytowego, czyli wpływu działań banku centralnego na kryteria udzielania przez banki kredytów (eg. zmianę progu dopuszczalnego dla nich ryzyka nieodzyskania należności). To właśnie kanał kredytowy łączy organicznie politykę monetarną banku centralnego z jego systemową rolą w bankowości: regulacje działalności banków, warunki udzielenia pomocy jako pożyczkodawca ostatniej instancji i decyzje o bailoutach zmieniają oceny kosztów poszerzenia akcji kredytowej tak samo jak zmiany w kosztach zwiększenia rezerw.
Warto w tym miejscu zaznaczyć pewną asymetrię w efektywności polityki monetarnej. To ile kredytów zostanie udzielonych ograniczają trzy czynniki: (1) czy bank może wystarczająco tanio zwiększyć swoje rezerwy, (2) czy ryzyko niewypłacalności dłużnika jest poniżej dopuszczalnego progu, (3) czy istnieje popyt na dodatkowe kredyty. O ile bank centralny może wpłynąć na (1) zmieniając krótkoterminowe stopy procentowe, to (2) kształtuje tylko z dużym opóźnieniem przez systemowe zmiany, a na (3) w ogóle nie ma łatwego do przewidzenia wpływu. Wynika stąd, że chociaż bank centralny może w normalnych warunkach skutecznie zmniejszyć wolumen kredytów, to nawet jeśli zmieni stopy procentowe i dostępność kredytu w kierunku zwiększenia akcji kredytowej, nie musi to koniecznie jej zwiększyć. A nawet jeśli kredytów będzie więcej, niskie stopy procentowe mogą nieproporcjonalnie zwiększyć wykup istniejących aktywów i pompować bańki cenowe zamiast zostać przeznaczone na nowe produkty i usługi. Wszystko to powoduje, że polityka monetarna jest dużo mniej zawodna w ograniczaniu popytu niż w jego zwiększaniu.
Oaza centralnego planowania na wolnorynkowej pustyni
Mimo tych wszystkich zastrzeżeń co do rzeczywistej skuteczności wpływu instrumentów banku centralnego na realną gospodarkę, nie powinno być wątpliwości że — jakkolwiek byłby on powolny i trudny do precyzyjnego przewidzenia — jest on niepomijalnym elementem całego systemu. Działania banku centralnego (nie tylko wąsko pojęta polityka monetarna, ale i instytucjonalne środowisko systemu finansowego) są jednym z czynników kształtujących które inwestycje będą dochodowe, na jakie cele będzie płynąć kapitał oraz redystrybucję między zadłużonymi i kredytującymi. Kapitalistyczna gospodarka zostawiona samej sobie byłaby targana cyklami koniunkturalnymi o sile zagrażającej stabilności systemu, jednakże istnienie instytucji podejmującej takie polityczne decyzje jest problematyczne dla wolnorynkowej ideologii. Skoro legitymizacja kapitalizmu pochodzi fundamentalnie z wiary, że jego niesprawiedliwość i marnotrawstwo nie są niczyim wyborem, ale powstają przez rynkową wymianę dóbr zapewniającą optymalne wykorzystanie zasobów agregując rozproszoną wiedzę i preferencje w sposób niemożliwy do osiągnięcia inaczej, to ta wizja nie może zbyt widocznie się rozłazić, żeby nie odsłonić przypadkiem rzeczywistości wyzysku i produkcji kierowanej zyskiem a nie użytecznością. Zarządzanie popytem niebezpiecznie przypomina centralne planowanie, więc nie może być zbyt widoczne, żeby nie podminować fikcji spontanicznie powstających i naturalnych rynków, tym bardziej żeby nie inspirowało planowania w innych miejscach, dla innych celów.
Pragnienie ukrycia ideologicznie niepoprawnego, ale praktycznie koniecznego miejsca w systemie gdzie odbywa się planowanie wyjaśnia ewolucję podejścia do banków centralnych w ostatnich kilku dekadach. Dogmatem stała się ‚niezależność’ banków centralnych14 — ich rola ma być czysto administracyjna, poza polityką i wolna od demokratycznej odpowiedzialności, trochę jak paternalistycznych królów–filozofów15. Ortodoksyjna teoria ekonomiczna stworzyła uzasadnienia dla takiego porządku instytucjonalnego usuwając z działań banku centralnego miejsce dla dylematów jakiejkolwiek natury. Zestaw założeń współczesnych modeli makroekonomicznych robi to tak dokładnie, że powstaje zbieżność nazywana (nieironicznie) „boską koincydencją”: utrzymanie optymalnego poziomu inflacji ma zapewniać także optymalny wzrost produkcji i optymalne dla długookresowego wzrostu bezrobocie, czyli osiągnięcie celu inflacyjnego daje naraz wszystko czego można oczekiwać od zarządzania popytem. Niestety w rzeczywistości „koincydencja” nie chce zachodzić16, ale nie przeszkadza to ortodoksyjnym ekonomistom uznawać ją za uzasadnienie dla monomanii walki z inflacją. Szczególnie pociągające dla liberałów jest pozbycie się kłopotliwej wolności banków centralnych do ustalania polityki przez stworzenie raz na zawsze jakiejś reguły (vide reguła Taylora) mającej w automatyczny sposób tworzyć optymalne rezultaty. Zaprzeczanie polityczności decyzji banków centralnych ma swoje apogeum w przedstawianiu ich we współczesnych modelach makroekonomicznych przez „funkcję reakcji” będącą jednym z podstawowych równań modelu17, na równi z równaniami odpowiadającymi zachowaniom firm i gospodarstw domowych, co przedstawia je jako naturalne i konieczne, jedynie kolejny element spontanicznego porządku wolnego rynku. W takim kontekście rozpoznające ten ukryty moment centralnego planowania libertariańskie postulaty zamknięcia banków centralnych i pozbawienia państwa możliwości tworzenia pieniędzy przez przejście na bitcoiny albo standard złota są — abstrahując od ich potencjalnych efektów — przynajmniej szczere.
Skąd właściwie to skupienie na walce z inflacją? Literatura na temat związków inflacji ze wzrostem gospodarczym jest bogata, ale bardzo niejednoznaczna — chociaż bardzo wysoka inflacja (powyżej 20–40%) jest wyraźnie szkodliwa dla wzrostu, to trudno znaleźć empiryczne uzasadnienie dla preferowania jakiegokolwiek poziomu jednocyfrowej inflacji. W świecie bez „boskiej koincydencji” (a w takim się znajdujemy) wybór niskiej inflacji jako jedynego celu oznacza zbytnie spowalnianie wzrostu w szczycie koniunktury, a mniejszą niż potrzebna reakcję w czasie kryzysu. Głównymi beneficjentami takiej sytuacji są posiadacze praw do pasywnego dochodu, czyli rentierzy, którzy wysokiej inflacji nienawidzą bardziej niż socjalizmu18. Rzeczywiście, polityka niskiej inflacji i wyższych realnych stóp procentowych zwiększa udział rentierów w dochodzie narodowym19. Możliwe też, że zawsze chodziło głównie o inflację płac: zbyt szybki wzrost gospodarczy zagraża pozycji klasowej kapitalistów. Gdy gospodarka jest blisko pełnego zatrudnienia racjonalne dla pojedynczych kapitalistów jest przelicytowywanie się na płace i opróżnianie rezerwowej armii bezrobotnych20, płace realne rosną szybciej niż produktywność i zwiększa się udział płac w dochodzie. Bank centralny zapobiegając takiemu ‚przegrzaniu’ powstrzymuje kapitalistów przed działaniem przeciw swojej klasie.
https://fred.stlouisfed.org/graph/?g=hfaZ
Stopa lombardowa NBP, szare tło oznacza recesję
Nie powinniśmy widzieć jednak w banku centralnym wroga na zawsze zorientowanego na interesy posiadaczy kapitału, lecz pole do rozszerzenia polityczności — przyczółek świadomego planowania, który powinien wpierw być zorientowany na społecznie użyteczne cele, a potem rozszerzany. Celem minimum jest zmiana celu polityki monetarnej z inflacji na wskaźniki kondycji realnej gospodarki, takie jak zatrudnienie abo wzrost21 i skończenie z bezrobociem zaprojektowanym przez bank centralny do zduszenia wzrostu cen. Niedawny artykuł Konczala i Masona22 przedstawia cały wachlarz nowych instrumentów gotowych do wykorzystania przez lewicowe banki centralne: ustalanie długoterminowych stóp procentowych, zwiększenie wsparcia dla pożyczania przez podmioty publiczne, zakup przez bank centralny publicznego długu, koordynacja polityki banku centralnego i rządu, przeniesienie nacisku z polityki monetarnej na politykę kredytową, a nawet gwarancje dla części prywatnego długu. Jaka jest szansa, że zanim uderzy kolejny kryzys stopa referencyjna w Polsce będzie dużo wyższa niż obecne 1.5%? By sobie z nim poradzić będziemy potrzebowali czegoś co zadziała nawet gdy stopa referencyjna osiągnie 0%. Zresztą w każdym scenariuszu przekręcanie jednego pokrętła krótkoterminowych stóp procentowych nie będzie wystarczyć by osiągnąć wszystkie cele — jeśli celi jest więcej niż jeden, potrzeba więcej niż jednego instrumentu. Polityka monetarna ma istotny wpływ na kwestie dystrybucyjne i nierówności oraz na co są kierowane kredyty, a obie te rzeczy zasługują na bycie same w sobie świadomie wybranymi celami politycznymi. To wszystko wymaga jednak by bank centralny przyznał się do roli, którą i tak już pełni: roli centralnego planisty.
Wyczerpujący opis rozwoju bankowości centralnej można znaleźć w Forrest Capiey, Charles Goodhart & Norbert Schnadt, The development of central banking. ⏎
Współczesną rolę banków centralnych jako bardzo ograniczoną w historycznym kontekście przedstawia Gerald Epstein, Central banks as agents of economic development. ⏎
W Polsce jest on częścią nie tylko ustawy o NBP (Art. 3.1.: „Podstawowym celem działalności NBP jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej Rządu, o ile nie ogranicza to podstawowego celu NBP.”), ale także obecnej konstytucji (Art. 227.1.: „Centralnym bankiem państwa jest Narodowy Bank Polski. Przysługuje mu wyłączne prawo emisji pieniądza oraz ustalania i realizowania polityki pieniężnej. Narodowy Bank Polski odpowiada za wartość polskiego pieniądza.”), której rozdział X zawiera zresztą więcej zapisów cementujących liberalny model gospodarczy. ⏎
Tak jest w Polsce, ale generalnie wymagania rezerwowe są decyzją odpowiedniego banku centralnego i nie wszystkie korzystają z tego instrumentu. Eg. Wielka Brytania, Australia i Kanada pozostawiają bankom decyzje na jak małą rezerwę mogą sobie pozwolić bez utraty płynności gotówkowej. ⏎
Sama nazwa ‚banknot’ oryginalnie oznaczała w języku polskim właśnie papierowy pieniądz (kwit bankowy) emitowany przez banki, niekoniecznie wymienialny na ten banku centralnego, którego pieniądze nazywano dla odróżnienia ‚biletami skarbowymi’. ⏎
O ile samo to, że tworzenie pieniędzy jest zdecentralizowane i (lepiej lub gorzej) odpowiada na bieżąco na potrzeby gospodarki wydaje się lepszym rozwiązaniem niż gdy decyzje musi podejmować bank centralny, to sam udział w tworzeniu pieniędzy jest dla banków zyskowny (gdyby było inaczej to by tego nie robiły), więc naturalne wydaje się pytanie czy da się tą — pochodzącą z decyzji banku centralnego i państwowych gwarancji — rentę uspołecznić na niższym poziomie niż opodatkowanie zysków banków. Często jest to łączone z postulatem wprowadzenia systemu pełnej rezerwy. W przyszłości spróbuję się przyjrzeć najpopularniejszym propozycjom, na pewno przynajmniej Positive Money. ⏎
System operacyjny polityki pieniężnej Narodowego Banku Polskiego w latach 2008-2012. ⏎
Dużo banków centralnych nie płaci odsetek od rezerw, albo zaczęło płacić dopiero w czasie ostatniego kryzysu, ponieważ jest to dodatkowy koszt, którego w sytuacji odpowiednio niskiej płynności da się uniknąć. Z drugiej strony jest to bardzo przydatne narzędzie zwłaszcza kiedy istnieje stała tendencja do nadmiaru rezerw, jak dzieje się w Polsce. ⏎
Coroczne raporty NBP o implementacji polityki pieniężnej Płynność sektora bankowego. ⏎
Cytat z dyrektora Fed Wayne'a Angella, który takie zadanie postawił nowemu instrumentowi banku centralnego, kiedy odchodził on od celowania w wolumen rezerw (zamiast — tak jak teraz — w oprocentowanie); źródło: Greta R. Krippner, Capitalizing on Crisis, cytuję za J. W. Mason, Socialize Finance. ⏎
Mariusz Kapuściński, Andrzej Kocięcki, Halina Kowalczyk, Tomasz Łyziak, Jan Przystupa, Ewa Stanisławska, Anna Sznajderska & Ewa Wróbel, Mechanizm transmisji polityki pieniężnej w Polsce. Co wiemy w 2015 roku? ⏎ ⏎
Skorzystałem z kategorii nowych kredytów bez renegocjowanych każdej długości z dokumentu Statystyka stóp procentowych. ⏎
Krótko opisane w Federal Reserve History: The Second World War and Its Aftermath i obszerniej w Barry Eichengreen & Peter M. Garber, Before the Accord: U.S. Monetary-Financial Policy, 1945-51. ⏎
Trzeba przyznać, że powstała ona jako odpowiedź na rzeczywisty problem banków centralnych dopasowujących pod wpływem rządów swoją politykę do kalendarza wyborczego. Rozwiązaniem nie musi być jednak pełna niezależność od demokratycznej kontroli — w Wielkiej Brytanii rząd wyznacza z wyprzedzeniem zadania Banku Anglii i potem rozlicza z ich wykonania, co jest rozsądnym kompromisem między ręcznym sterowaniem a brakiem odpowiedzialności. ⏎
Bradford Delong, Republic of the Central Banker. ⏎
Mark Thoma, Divine Coincidence and the Fed's Dual Mandate. ⏎
Peter Dorman, Modeling Policy When Policy Is Inside the Model. ⏎
Scott Sumner, A little more inflation or a little more socialism? ⏎
Gerald Epstein & Dorothy Power, Rentier Incomes and Financial Crises: An Empirical Examination of Trends and Cycles in Some OECD Countries. ⏎
Michał Kalecki, Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia. ⏎
Gerald Epstein, Alternatives to Inflation Targeting Monetary Policy for Stable and Egalitarian Growth: A Brief Research Summary. ⏎
Mike Konczal & J.W. Mason, A New Direction for the Federal Reserve: Expanding the Monetary Policy Toolkit. ⏎
Ekonomistka liberalna chcąca przekonać osobę zarabiającą na swoje utrzymanie pracą, że wzrost płac jest czymś niekorzystnym stoi przed trudnym zadaniem. Spójrzmy jak podejmuje je, nie wymagający przedstawienia, Leszek Balcerowicz:
Jeżeli podwyżki płac będą systematycznie szybsze, niż wzrost wydajności pracy, to będziemy mieli mniejszą konkurencyjność, mniej eksportu, więcej importu, większą lukę w handlu zagranicznym, mniej inwestycji i będziemy zmierzać do kryzysu.1
‚Konkurencyjność’ oznacza teoretycznie zdolność do skutecznego znajdywania nabywców dla krajowych produktów i usług na globalnym rynku. Teoretycznie, bo może i jest ona zdefiniowana oficjalnie jako skomplikowane pojęcie, którego tylko jednym z aspektów jest konkurencja kosztowa, ale w rzeczywistym użyciu de facto sprowadza się do relatywnych wielkości tak zwanych ‚kosztów pracy’. Na przykład możemy w polskiej prasie przeczytać taką dobrą wiadomość:
Polska była w 2016 r. jednym z zaledwie czterech państw Unii Europejskiej, w których koszty pracy liczone w euro nie wzrosły. (…) Na pierwszy rzut oka to dobra wiadomość dla polskiej gospodarki. Sugeruje bowiem, że nasza konkurencyjność międzynarodowa rośnie, co może przyciągać inwestorów.2
Jednostkowe koszty pracy — wadliwa miara konkurencyjności
Szczególną popularność pojęcie konkurencyjności zdobyło w Unii Europejskiej: najpierw zwiększenie jej było jednym z fundamentalnych celów Strategii lizbońskiej, potem Komisja Europejska stworzyła w 2011 roku Procedurę Nierównowagi Makroekonomicznej jako narzędzie diagnostyczne czy państwa członkowskie prowadzą politykę zgodną z jej zaleceniami — jednym z kryteriów jest odpowiednio niski trzyletni wzrost nominalnych jednostkowych kosztów pracy3. (Wrócę później do tego dokładnie jak niski.) Właśnie ‚brak konkurencyjności’ został ogłoszony jako główna bolączka południowych ekonomii strefy euro. Drogą do wyjścia ze stagnacji po kryzysie 2008 roku miało być jej „przywrócenie”, oczywiście przez ograniczenie wzrostu płac4; wspólna waluta uniemożliwia pojedynczemu państwu strefy euro relatywne zmniejszenie cen sprzedawanych towarów przez dewaluację5. Jako przykład takiego myślenia na uwagę zasługuje zwłaszcza wystąpienie Maria Draghiego, obecnego prezesa Europejskiego Banku Centralnego, ze spotkania Rady Europejskiej w 2013 roku6. Prezentacja wymienia trzy drogi do wzrostu gospodarczego i (na slajdzie poniżej) znajduje „The competitiveness problem” w państwach z deficytem handlowym. Potwierdza się, że w praktyce za dobrą miarę konkurencyjności uznaje się koszty pracy7.
Nie budzi raczej kontrowersji używanie kosztów pracy jako dobrej miary konkurencyjności pojedynczego przedsiębiorstwa na zamkniętym rynku. Jeśli firma ta produkuje $N$ sztuk pewnego towaru zatrudniając $L$ pracowników ze średnią płacą $W$, możemy zdefiniować jednostkowe koszty pracy jako stosunek płacy do liczby sztuk towaru przypadającej na jednego pracownika: $$ulc_{firmy} := \frac{W}{N/L} \tag{1}$$ Jeśli w jednej firmie taki koszt rośnie szybciej niż w innych produkujących ten sam towar, prawdopodobnie straci udział w rynku przez podwyżki cen szybsze niż u jej konkurentów lub z tej samej sprzedaży będzie czerpać mniejszy zysk. Każdy dostrzeże jednak problem z zastosowaniem definicji (1) do całego kraju naraz: o ile za licznik możemy wziąć średnią płacę w nim, to nie ma żadnego pojedynczego towaru którego produkcję możemy użyć w mianowniku. Dlatego wartość jednostkowych kosztów pracy w danym kraju liczona przez eg. OECD albo Eurostat otrzymywana jest przez użycie jako mianownika średniej produktywności, czyli części rzeczywistego dochodu narodowego przypadającej na jednego pracownika. Jeśli oznaczymy zatrudnienie przez $L$, nominalny dochód narodowy jako $Z$ i poziom cen jako $P$, produktywność to z definicji $Y := \frac{Z/P}{L} = \frac{Z}{PL}$. Przy średniej płacy $W$ jednostkowe koszty pracy dla całej gospodarki są zdefiniowane8 jako: $$ulc := \frac{W}{Y} = \frac{W}{Z/PL} \tag{2}$$ (Balcerowiczowskie „podwyżki płac systematycznie szybsze, niż wzrost wydajności pracy” oznaczają więc dokładnie to samo co rosnące jednostkowe koszty pracy.) Zanim przyjrzę się tej definicji spójrzmy najpierw jak wyglądają w ostatnich latach zmiany $W$, $Y$ i $ulc$ dla Polski:
https://fred.stlouisfed.org/graph/?g=gCw5
Niebieska linia pokazuje zmiany płac, czerwona produktywności, a zielona jednostkowych kosztów pracy w Polsce względem absolutnej wartości w 2010 roku na podstawie danych OECD.
Użycie w obliczeniach jednostkowych kosztów pracy wartości zagregowanych ma istotne konsekwencje. O ile w przypadku mikro, kiedy mówimy o jednej firmie, jednostkowe koszty pracy rzeczywiście będą rosnąć tylko jeśli płace będą rosły szybciej niż produktywność, to w przypadku makro sytuacja nie jest już tak prosta. Pomiędzy sektorami ekonomii płace i produktywność wykazują spore zróżnicowane. Zmiany w zagregowanych kosztach pracy mogą więc równie dobrze odpowiadać zmianom w stosunku płac do produktywności dla całej gospodarki, jak i zmianom udziału różnych branż w produkcie narodowym. Dodatkowo, wiele z sektorów ujętych w agregatach ma minimalny lub wręcz żaden związek z handlem międzynarodowym: zamrożenie podwyżek dla lekarek lub nauczycielek z pewnością obniży jednostkowe koszty pracy dla całego kraju, ale trudno znaleźć jakieś jego przełożenie na zwiększenie konkurencyjności cenowej towarów produkowanych w innych branżach.
Nie możemy też zapomnieć o podstawowej nauce ekonomii keynesistowsko-kaleckiańskiej: coś co jest dobre indywidualnie dla każdego z osobna, niekoniecznie będzie dobre dla tych samych agentów, jeśli będą to robić wszyscy naraz. Pojedyncza firma tnąc koszty pracy zwiększy swoją sprzedaż lub zyski, bo wpływ tego ruchu na popyt na jej towary będzie pomijalny. Kiedy jednakże wszystkie firmy zaczną tnąć koszty pracy, ucierpi na tym krajowy popyt. Nie jest a priori pewne, że możliwy wzrost zagranicznego popytu na produkty o obniżonej cenie w pełni to zrekompensuje. Sytuacja niejako powtarza się na wyższym poziomie gdy spojrzymy na międzynarodową konkurencję kosztową; łatwo może stworzyć się dynamika gry o ujemnej sumie — nie jest możliwe żeby wszyscy naraz byli bardziej konkurencyjni9.
W końcu zadajmy sobie także podstawowe pytanie: czy konkurencja kosztowa ‚działa’? Artykuł Felipe i Kumara z 2011 roku10 przedstawia dwa mocne argumenty, że tak nie jest. Przede wszystkim Niemcy, które są potężnym eksporterem, często są wskazywane w Europie jako wzór do naśladowania, ponieważ po liberalnych reformach kanclerza Schrödera mają za sobą lata niskiego wzrostu płac. Gdy jednak bliżej się przyjrzeć co właściwie eksportują, okazuje się że grają w zupełnie innej lidze niż Grecja czy Hiszpania — niemiecki eksport jest skoncentrowany na towarach najbardziej skomplikowanych i wymagających wysokich technologii: Felipe i Kumar podają dane, że Niemcy w 2010 roku były drugą gospodarką na świecie pod względem skomplikowania towarów eksportowych, a wśród 100 najbardziej skomplikowanych produktów ich eksport wynosił 18% światowego. Rynki zaawansowanych technologicznie towarów są mniej konkurencyjne, więc i pozwalają na wyższe zyski. Warto w tym miejscu przywołać artykuł z The Economist11, argumentujący że wzrastające we Włoszech koszty pracy dają zły obraz ich międzynarodowej konkurencyjności, bo eksport towarów o wysokiej wartości (eg. tekstyliów, ubrań i wyrobów skórzanych) ma się bardzo dobrze. Drugim argumentem przedstawianym przez Felipe i Kumara jest tak zwany paradoks Kaldora (któremu należy się szersze omówienie innym razem): historycznie wzrost jednostkowych kosztów pracy nie był skorelowany ze spadkiem produkcji — państwa w których koszty pracy rosły najszybciej często jednocześnie najszybciej zwiększały swój udział w rynku. Wiara w proste przełożenie kosztów pracy na zagraniczny popyt na towary jest więc co najmniej dużym uproszczeniem. Ostateczny wniosek nie jest zaskakujący — złożoność teoretycznej definicji ‚konkurencyjności’ nie jest możliwa do zredukowania do prostej proporcji dwóch zagregowanych wartości, jest możliwa do uchwycenia tylko w skomplikowanych indeksach biorących pod uwagę wiele czynników.
Wada czy zaleta?
Skoro jednostkowe koszty pracy nie są dobrą miarą międzynarodowej konkurencyjności, to czy może być jakieś inne wytłumaczenie dla popularności ich używania oprócz ich prostoty? Mam jedną propozycję. Oznaczmy, tak jak wyżej, poziom cen przez $P$, udział płac w dochodzie narodowym przez $S$, średnią płacę przez $W$, produktywność przez $Y$ i nominalny dochód narodowy przez $Z$. Pokazałem wcześniej, że łatwo wyprowadzić równanie $W = PYS$, podstawiając je do definicji (2) dostajemy alternatywną definicję jednostkowych kosztów pracy: $$ulc = \frac{W}{Y} = PS \tag{3}$$ Natychmiast otrzymujemy wniosek, że (jakkolwiek brzmią różne wypowiedzi liberałów) koszty pracy powinny rosnąć — większość banków centralnych na świecie ma dodatni cel inflacyjny i przy stałym stosunku płac do dochodów pociąga to za sobą taki sam wzrost jednostkowych kosztów pracy. Stałe $S$ jest często przyjmowane w modelowaniu makroekonomicznym i tak według ortodoksyjnej ekonomii powinna zachowywać się gospodarka w stanie równowagi. Przechodząc z absolutnych wartości na ich względne zmiany (zasygnalizowane przejściem na małe litery, $x := \frac{X'}{X}$) znaczy to, że teoretycznie idealna jest sytuacja kiedy $s = 0$, więc w konsekwencji $w = p + y + s = p + y$ i płaca realna zmienia się tylko razem z produktywnością $w - p = y$. Jak ten model ma się do sytuacji w Polsce? Jak widać na wykresie poniżej, rzeczywisty wzrost płac jest wyraźnie wolniejszy od zapewniającego niezmienny udział płac w dochodach.
https://fred.stlouisfed.org/graph/?g=kCJ2
Fioletowa linia to wzrost cen, czerwona to wzrost produktywności, a turkusowa to wzrost płac niezmieniający udziału płac w dochodach $p + y$. Rzeczywisty wzrost płac to niebieska linia.
Warto w tym momencie wrócić do kryteriów z europejskiej Procedury Nierównowagi Makroekonomicznej3. Dopuszczalnym według nich trzyletnim wzrostem jednostkowych kosztów pracy dla państw strefy euro jest 9%, a dla państw spoza niej (przypuszczalnie ze względu na wyższą inflację) 12%. Łatwo policzyć, że oznacza to, iż rekompensowany spadkiem udziału płac w dochodach powinien być wzrost produktywności powyżej 0.9% rocznie dla państw strefy euro przy celu inflacyjnym ECB 2% i powyżej 1.3% rocznie dla Polski przy celu inflacyjnym 2.5% NBP. Jeśli celem nie jest od początku powstrzymanie wzrostu płac realnych, trudno zrozumieć dlaczego pracownicy z jednej strony mają mieć wzrost płac ograniczony przez wzrost produktywności, a z drugiej być karani mniejszym udziałem w zyskach jeśli produktywność rośnie ‚zbyt szybko’ (nb. średni roczny wzrost produktywności w Polsce od 2010 roku wynosił 2.7%). Bez trudu z poprzedniego wykresu domyślić się jak wyglądają zmiany udziału płac w dochodzie narodowym w Polsce (dokładnie tak samo jak spodziewaliście się przed przeczytaniem tego tekstu) i że nie mamy ‚problemu’ ze spełnieniem unijnych celów. Najmniejszym zdziwieniem świata, jest że udział płac w dochodach nie znajduje się wśród Main Economic Indicators OECD, ale łatwo odzyskać jego zmiany z $\frac{W}{PY}$ lub $\frac{ulc}{P}$ (wychodzi na to samo).
https://fred.stlouisfed.org/graph/?g=kCLQ
Fioletowa linia to zmiana poziomu cen, zielona to zmiana jednostkowych kosztów pracy, a pomarańczowa to zmiana udziału płac w dochodzie narodowym.
Przez analogię, $rulc := \frac{ulc}{P} = S$ jest czasem nazywane rzeczywistymi jednostkowymi kosztami pracy, co jest szczytem ideologicznego zaciemniania, bo to dokładny synonim udziału płac w dochodach. Cały dyskurs konkurencyjności i domniemanej konieczności powstrzymania wzrostu (realnych) jednostkowych kosztów pracy jest w dużym stopniu sposobem by mówić w maksymalnie oględny sposób i używając języka sugerującego że chodzi zapewne o technologiczną efektywność, kiedy tak naprawdę mowa o kwestiach podziału zysków, czyli dystrybucyjnych, czyli klasowych. Kiedy ktoś mówi, że złą sytuacją jest kiedy jednostkowe koszty pracy rosną, to tak naprawdę mówi, że chciałby żeby inflacja systematycznie zmniejszała realne płace. Powinniśmy chcieć czegoś dokładnie odwrotnego: jedynym sposobem na to by powrócić do większego udziału polskich pracowników w wypracowanej przez nich wartości jest by ich płace (przynajmniej przez pewien czas) rosły nie tylko szybciej niż produktywność, ale szybciej niż produktywność i ceny.
Wywiad Michała Gostkiewicza z Leszkiem Balcerowiczem, "Przyznaje się pan do winy?" Balcerowicz się broni: Macie pretensje, że Polska nie stała się Szwajcarią? ⏎
Grzegorz Siemionczyk, Niskie koszty pracy tracą na znaczeniu. ⏎
Komisja Europejska, Macroeconomic imbalance procedure scoreboard. ⏎ ⏎
Mickey Levy, Diverging competitiveness among EU nations: Constraining wages is the key. ⏎
Nb. właśnie „wewnętrzną dewaluacją” są często nazywane próby zwiększenia konkurencyjności przez atak na wzrost płac. ⏎
Mario Draghi, Euro area economic situation and the foundations for growth. ⏎
Interesującym szczegółem w tym slajdzie Draghiego i następnym, pokazującym wzrost płac i produktywności dla sześciu przykładowych państw, jest że ten pierwszy podano w wartościach nominalnych (zaskakująco trudno znaleźć tą informację w samej prezentacji). Jaki dokładnie standard sugeruje tu Draghi opiszę za chwilę. Więcej w artykule: Andrew Watt, Mario Draghi’s Economic Ideology Revealed? ⏎
Są tu dwie subtelności — pierwsza istotna, druga niezbyt:
W danych Eurostatu produktywność jest liczona dla wszystkich pracowników, a średnia płaca pomija samozatrudnionych. Masowe zmiany w statusie zatrudnienia mogą mieć więc istotny wpływ na jednostkowe koszty pracy mimo braku rzeczywistej zmiany w procesie produkcji albo płacach. Ogranicza to też oczywiście porównywalność tej wielkości między państwami. OECD unika tego problemu przeprowadzając korektę średniej płacy by uwzględniała samozatrudnionych, ale tworzy nowy: jak dokładnie ta korekta wygląda.
W obliczeniach „realnego” PKB, a więc także produktywności, używa się jako indeksu cen tzw. deflatora PKB, a nie częściej widywanego CPI. Różnicę można traktować jako techniczną, oba indeksy zachowują się bardzo podobnie. ⏎
Nie znaczy to jednak, że bardziej konkurencyjne nie mogą się stać wszystkie państwa eg. w Unii Europejskiej, która w końcu nie jest zamkniętym systemem. Czy to dobry pomysł to zupełnie inna sprawa. ⏎
Jesus Felipe & Utsav Kumar, Unit Labor Costs in the Eurozone: The Competitiveness Debate Again. ⏎
NAWRU, czyli jak się w Unii Europejskiej liczy potencjał
W poprzedniej notce zacząłem od wspomnienia o politycznych (ie. nieekonomicznych) ograniczeniach dla możliwości wzrostu polskiego długu publicznego, jednak uwaga ta była niepełna. Pominąłem poziom międzynarodowy, a dokładniej kwestię ograniczeń wynikających z członkowstwa w Unii Europejskiej. Teraz chciałbym pociągnąć ten pojedynczy wątek i zobaczyć dokąd prowadzi.
Eurodyscyplina
Oprócz konstytucyjnej granicy dla wielkości długu — „3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto” 1 — Polska zobowiązała się niezależnie od tego do przestrzegania kryteriów unijnego Paktu stabilności i wzrostu , który ogranicza roczny deficyt budżetowy do 3% PKB i dług do, tak samo jak konstytucja RP, 60% PKB 2 . Ponieważ wiele państw Unii przekraczało to drugie kryterium od początku istnienia tej umowy, ciężar jej egzekwowania jest postawiony na pierwsze z nich.
Jaki jest właściwie cel paktu? Strefa euro przez wspólną walutę jest głęboko współzależna, właściwie o jeden krok od pełnej unii fiskalnej i wspólnego budżetu. Kontrola inflacji w całej strefie euro wymaga więc choćby podstawowej koordynacji polityki fiskalnej. PSiW przez nałożenie ograniczeń na wielkość deficytu i długu w każdym państwie z osobna miał usunąć możliwość, że jedno z państw strefy euro wysokimi deficytami zwiększy inflację także w innych (według ortodoksyjnej ekonomii deficyty budżetowe mają efekt inflacyjny), albo nawet zbankrutuje i państwa z północy UE z dodatnim bilansem handlowym — co strukturalnie sprzyja nadwyżkom budżetowym 3 — będą musiały spłacić część jego długów (jak bardzo niedopuszczalna jest to perspektywa choćby dla Niemiec pokazuje nieprzejednana postawa tego kraju wobec Grecji w ostatnich latach, kiedy mimo wszystko widmo bankructwa się pojawiło, ale całkowicie wykluczona okazała się restrukturyzacja greckiego długu).
Kraje, których deficyty łamią ograniczenia z paktu są obejmowane tak zwaną procedurą nadmiernego deficytu, w ramach której otrzymują sugestie zmian mających zmniejszyć deficyt pod groźbą dużych kar finansowych (nigdy dotąd jednak nie zastosowanych) lub wstrzymania wypłat z Funduszu Spójności. Jak pokazują przykłady austerity w Hiszpanii, Portugalii, Włoch i Irlandii te ‚sugestie’ są w stanie całkiem skuteczne kształtować politykę ekonomiczną państw do których są skierowane nawet bez zastosowania w pełni możliwych kar — zwłaszcza kiedy Europejski Bank Centralny (ECB) podeprze je listem, który można nazwać bez przesady żądaniem okupu 4 . Państwa strefy euro przekazały prawo do kreacji pieniądza ECB i muszą emitować obligacje w walucie której nie kontrolują. Prezes ECB ma więc możliwość „przystawienia pistoletu do głowy rządowi” 5 , w zamian za wprowadzenie listy „reform” (eg. liberalizujących rynek pracy) oferując bycie pożyczkodawcą ostatniej instancji, czyli spełnianie standardowej funkcji banku centralnego. Napisano już wiele o funkcjonowaniu strefy euro i o podobieństwach ograniczeń jaki narzuca państwom członkowskim do standardu złota 6 , ja chciałbym się skupić na jednej kwestii: kiedy dokładnie deficyt budżetowy jest uznawany za wystarczająco duży, żeby można było rozpocząć procedurę nadmiernego deficytu (ostateczną decyzję podejmuje Komisja Europejska). Poza przestawieniem polskiego przykładu nie ma tutaj moich oryginalnych wniosków, jeszcze więcej zastrzeżeń do tego modelu przedstawia choćby tegoroczny artykuł 7 , a o ekonomii politycznej kontroli inflacji dobrze pisze 8 .
Dozwolony przez PSiW deficyt to 3% PKB, co wydaje się prostą regułą nie dającą dużego pola do interpretacji. Tak jednak nie jest, ponieważ kluczową komplikacją jest, że chodzi o deficyt strukturalny, co oznacza jego wartość skorygowaną o część którą przyjmuje się za wynikającą z pozycji w cyklu koniunkturalnym. Obliczenia te opierają się na szacunkach potencjalnej produkcji, w których głównym czynnikiem jest potencjalne zatrudnienie. Naiwnie można by sądzić, że potencjalne zatrudnienie powinno być równe pełnemu zatrudnieniu, ale nie tak definiuje je ECOFIN, instytucja Rady Europejskiej dokonująca tych szacunków. Za optymalną stopę bezrobocia ECOFIN uznaje NAWRU 9 , czyli stopę bezrobocia przy której wzrost płac nie przyspiesza (non-accelerating wage rate of unemployment). Zanim opiszę co to właściwie znaczy, chciałbym podkreślić, że te szacunki są ważne; to jaka zostanie określona wartość NAWRU ma bezpośredni wpływ na implementację międzynarodowej umowy, więc ma istotne skutki polityczne.
Krzywa Philipsa, NAIRU i NAWRU
By odpowiedzieć na pytanie skąd wzięło się NAWRU, trzeba zacząć od krzywej Philipsa, której jest wersją/modyfikacją. Oryginalnie krzywa Philipsa to empiryczna obserwacja z 1958 roku, że wzrost płac jest ujemnie skorelowany z poziomem bezrobocia. Oznaczając wzrost płac (nominalnych) jako $w$, oczekiwaną inflację $\mathbb{E}p$ i poziom bezrobocia $U$, możemy to przedstawić formułą: $$w = \mathbb{E}p + f(U); \qquad f’ < 0$$ Ma to intuicyjny sens: przy niższym bezrobociu ceteris paribus pozycja pracowników w negocjacjach płacowych jest lepsza. Poniżej wykres punktowy tych dwóch wskaźników na podstawie danych z OECD dla Polski dla ostatnich 15 lat. Korelacja nie jest idealna, ale zależność jest widoczna.
https://fred.stlouisfed.org/graph/?g=fPBK
Procentowy wzrost płac w ciągu poprzedniego roku na osi Y i bezrobocie w tym samym miesiącu na osi X, $r \approx -0.33$
Wskazówką dlaczego założenia te są standardowe może być to, że z tego równania wynika też, że pozycja negocjacyjna pracowników (kryjąca się tutaj w $f$) nie ma żadnego wpływu na realne płace — wzrost płac w całości przejdzie na wzrost inflacji. Dobra pozycja może wręcz im zaszkodzić, jeśli bank centralny walcząc z inflacją podniesie stopy procentowe i w efekcie zwiększy bezrobocie by przywrócić poprzednią wartość $f(U)$. Jak wygodnie dla kapitalistów!
Przypomnijmy, że mamy też $w = p + y + s$ 10 , gdzie $p$ to inflacja, $y$ to wzrost produktywności, a $s$ to zmiana udziału płac w produkcji. Standardowymi założeniami jest, że $y$ jest egzogeniczne, czyli wynika tylko z postępu technologicznego niezależnego od sytuacji gospodarczej oraz że udział płac jest stały ($s = 0$) — oba nie są empirycznie prawdziwe (przynajmniej w ostatnich kilku dekadach). Jeśli je jednak przyjmiemy otrzymujemy zależność: $$p = \mathbb{E}p + f(U) - y$$ Bezrobocie wpływa więc na inflację tak samo jak na wzrost płac.
Spójrzmy znowu na dane z ostatnich 15 lat dla Polski: wzrost płac przekłada się na inflację, ale znów nie jest to bardzo silna korelacja.
https://fred.stlouisfed.org/graph/?g=fPCg
Procentowy wzrost cen w ciągu poprzedniego roku na osi Y i wzrost płac w tym samym okresie na osi X, $r \approx 0.28$
Krzywa Philipsa była jednym z fundamentów keynesistowskiej polityki w rozwiniętych państwach kapitalistycznych w kilku powojennych dekadach (Les Trente Glorieuses w wersji francuskiej). Państwo miało celować w punkt na krzywej Philipsa balansujący interesy pracowników dla niższego bezrobocia, co miało grozić wysoką inflacją z interesami posiadaczy pieniędzy chcących przede wszystkim jak najniższej inflacji. Monetarystyczna rewolucja w latach 70-tych zmieniła ten punkt widzenia, zaprzeczając istnieniu tutaj jakiegoś dylematu czy konieczności balansu interesów. Zamiast tego powstała koncepcja stopy bezrobocia przy której inflacja nie przyspiesza (non-accelerating inflation rate of unemployment, NAIRU) — jedynego $U^{*}$ tż. $f(U^{*}) = 0$. To tak zwana ‚akceleracjonistyczna’ krzywa Philipsa: gdy bezrobocie jest poniżej NAIRU inflacja miałaby przyspieszać bez ograniczeń, a gdy powyżej tak samo bez ograniczeń zwalniać. Jest to wersja, której oficjalnie używa eg. amerykański FED. Jest jeden problem: w ostatnich kilku dekadach ta zależność się załamała 11 . Poniżej podobny jak wcześniej wykres dla Polski obrazujący to załamanie.
https://fred.stlouisfed.org/graph/?g=fPCF
Procentowy wzrost cen w ciągu poprzedniego roku na osi Y i bezrobocie w tym samym miesiącu na osi X, $r \approx 0.02$
Dlaczego zależność która kiedyś była wyraźna zniknęła to ciekawe pytanie, ale na inny tekst. W każdym razie, wersja krzywej Philipsa ECOFINu wraca do wzrostu płac zamiast wzrostu cen, będąc jednakże dalej wariantem akceleracjonistycznym. Wiąże ona różnicę bezrobocia z „naturalnym” (NAWRU) ze zmianą inflacji płac, a nie z samą inflacją płac. Zanim spróbuję rozpakować jakie ma to konsekwencje, warto zadać pytanie: jak ten model się sprawdza?
https://fred.stlouisfed.org/graph/?g=fPCI
Różnica między procentowym rocznym wzrostem płac rok wcześniej i w danym miesiącu na osi Y i bezrobocie w tym samym miesiącu na osi X, $r \approx 0.00$
Ktoś może powiedzieć, że gospodarka jest bardzo skomplikowanym zjawiskiem i trudno oczekiwać silnych zależności, ale jakoś takie prawo Okuna radzi sobie na tym samym zakresie danych dużo lepiej, osiągając $r \approx -0.47$. Polska nie jest tu wyjątkowa 12 .
Serie danych są prawie idealnie nieskorelowane! Nie widać nawet najmniejszego śladu, by teoria NAWRU była prawdziwa. Rzeczywiście, nie jest to tylko osobliwość danych dla Polski 13 . Jak radzą sobie eurokraci z używaniem teorii całkowicie sprzecznej z rzeczywistością? Ponieważ NAWRU po prostu nie jest dobrze zdefiniowana, szacunki EUROFINu nadają jej wartości ściśle podążające za stopą bezrobocia. Inaczej mówiąc, skoro istnieje szeroki zakres wartości bezrobocia przy którym nie ma ono wpływu na inflację płac, to założenia przyjęte przez ECOFIN będą kazały interpretować cykliczne zmiany w bezrobociu jako zmiany NAWRU. Trudno inaczej wytłumaczyć, absurdalnie wysokie z punktu widzenia desygnatu tej wartości, oszacowne NAWRU dla Hiszpanii, które w 2014 roku przekraczały 20% (wykres II.1.1 w 14 ). To rzuca światło na to, dlaczego używanie teorii oblewającej wszyskie empiryczne testy nie jest w tym kontekście problemem: ponieważ szacunki NAWRU mają silny cykliczny komponent, te potencjalnej produkcji nie będą nigdy zbyt daleko od rzeczywistej i korekta deficytu nigdy nie będzie na tyle duża by dawała zbyt wiele wolności państwom, które można by przycisnąć do liberalnych reform.
Kontrola cen czy kontrola płac?
Jeśli NAWRU nie jest dobrym opisem rzeczywistości to jakie są inne powody dla których została wybrana? Po monetarystycznej rewolucji głównym zdaniem banku centralnego ma być rzekomo kontrola inflacji blisko ustalonego celu, zwykle w okolicy 2% (NBP ma cel 2.5%±1%, ECB <2%). Amerykański FED ma ‚podwójny mandat’, czyli ma dbać zarówno o niską inflację, jak i o wzrost gospodarczy, jedynym celem ECB jest utrzymanie niskiej inflacji, zaś NBP jest pośrodku z zapisem w ustawie: „Podstawowym celem działalności NBP jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej Rządu, o ile nie ogranicza to podstawowego celu NBP.” 15 . Warto dyskutować, czy to najlepszy możliwy cel dla polityki monetarnej 16 , ale przyjmując te oficjalne cele za dobrą monetę, wzrost płac powinien dla banku centralnego być istotny jedynie o ile przekłada się na wzrost cen.
Skoro krzywa Philipsa jest obecnie bliska płaskiej i wpływanie na inflację kanałem ze stóp procentowych przez wysokość bezrobocia i przez to wzrost płac nie jest już skuteczne, uwaga banku centralnego powinna przenieść się na inne możliwości kontroli inflacji. Jest jednak też możliwe, że równie ważnym celem, chociaż nie wypowiedzianym dotąd otwarcie, było zawsze utrzymanie w ryzach wzrostu płac (a przez to udziału płac w dochodzie). W takim przypadku, tym czego spodziewalibyśmy się, byłoby nie odejście od wpływania na poziom bezrobocia (skoro już nie pomaga to w kontroli cen), lecz ustanowienie kontroli wzrostu płac — na który poziom bezrobocia wciąż ma wpływ — jako bezpośredniego celu polityki. Dokładnie takim krokiem jest przejście z NAIRU do NAWRU i wiążące się z nim zdefiniowanie idealnej stopy bezrobocia przez jej wpływ na wzrost płac a nie inflację.
Być może to czy banki centralne zajmuje się kontrolą cen, czy kontrolą płac ostatecznie nie jest takie ważne — heterodoksyjna ekonomia często powątpiewa w rzeczywistą ich sprawczość na działanie gospodarki. Możliwe, że to absurdalnie niestabilne NAWRU jest po prostu niezbyt wygodnym kompromisem wadliwej lecz standardowej teorii z rzeczywistością, nie traktowanej zbyt poważnie i wybranej ze względu na mniejsze korekty niż alternatywy. Mimo wszystko, skoro ten wybór jest tak zgodny z budową strefy euro wymuszającą „wewnętrzną dewaluację”, ze wspierającym ją dyskursem „konkurencyjności” przez niskie „koszty pracy” i z politycznymi działaniami ECB, to myślę, że nie jest szalonym wniosek, iż nie jest to przypadek, ale kolejny przejaw spójnej ideologii.
Art.216. §5. w Rozdziale X Konstytucji RP. ⏎
Taka para wartości nie jest przypadkowa: przy stałym deficycie $d$, nominalnym wzroście gospodarczym $g > 0$ i początkowym stosunku długu do PKB $b(0)$ mamy zależność: $$b(n+1) = \frac{b(n)}{1+g} + d = \frac{b(0)}{(1+g)^{n}} + \sum\limits_{k=0}^{n-1} \frac{d}{(1+g)^{k}}$$ Więc $b$ dąży do: $$\lim_{n\to\infty} b(n) = \lim_{n\to\infty} ( \frac{b(0)}{(1+g)^{n}} + \sum\limits_{k=0}^{n-1} \frac{d}{(1+g)^{k}} ) = \sum\limits_{k=0}^{\infty} \frac{d}{(1+g)^{k}} = \frac{d(1+g)}{g} \approx \frac{d}{g}$$ Przy nominalnym wzroście 5% (ie. 3% realnego i 2% inflacji) oraz 3% deficytu otrzymujemy więc stosunek $\frac{3}{5}$. ⏎
Dobrze opisał to na swoim blogu Maciek Grodzicki: Dlaczego deficytu budżetowego nie da się zadekretować ustawą?. ⏎
Tak wygląda list wysłany przez Jean-Claude’a Tricheta do premiera Hiszpanii José Luisa Rodrígueza Zapatero w 2011 roku: [link]. Został on odtajniony w 2014 roku. Podobnych było w tamtym okresie więcej. Ciekawa jest odległość między tymi czysto politycznymi działaniami, a uzasadnieniami ‚niezależności’ banku centralnego (która stała się standardem po monetarystycznej rewolucji) przez jego rzekomo czysto administracyjną funkcję kontroli inflacji. Prezydent ECB jest wybierany przez Komisję Europejską, której członków wybierają unijne rządy, trudno mówić tu o jakiejś demokratycznej kontroli tego urzędu. ⏎
Metafora użyta do opisu podobnego listu Tricheta do irlandzkiego ministra finansów: Independent.ie, ‘The ECB letter was a gun stuck in the ear of the Government’ – leading economist. ⏎
Na przykład w FT Matthew C Klein, If you like the euro, why not just call for a global gold standard?, albo Massimo Pivetti w artykule On the Gloomy European Project: An Introduction. ⏎
Marco Fioramanti & Robert J. Waldmann, The Econometrics of the EU Fiscal Governance: is the European Commission methodology still adequate? ⏎
W Jacobinie w reakcji na pierwsze od dawna podwyżki stóp procentowych w USA: J. W. Mason, The Fed Doesn’t Work For You.⏎
Julia Lendvai, Matteo Salto & Anna Thum-Thysen, Structural unemployment vs. NAWRU Implications for the assessment of the cyclical position and the fiscal stance. ⏎
Pisałem o tym wcześniej. ⏎
W FT o załamaniu krzywej Philipsa w USA: Matthew C Klein, Debunking the NAIRU myth. ⏎
Porównanie dla wielu państw: Laurence M. Ball, Daniel Leigh & Prakash Loungani, Okun’s Law: Fit at Fifty? ⏎
To samo ćwiczenie zrobione dla Włoch: Robert Waldmann, There is no such thing as a NAWRU. ⏎
Fabrice Orlandi, New estimates of Phillips curves and structural unemployment in the euro area. ⏎
Art. 3.1. w Ustawie o NBP. ⏎
Inne zdanie ma choćby Iwo Augustyński, vide notka na jego blogu: Problemy z inflacją cz. 2. ⏎
Kilka dni temu drobne poruszenie wywołała informacja o deficycie budżetowym na koniec roku. Nawet niektóre lewicowe media pisały równoważąc nadwyżkę budżetową z ‚sukcesem’. Postanowiłem więc napisać trochę o arytmetyce długu i deficytu, zwłaszcza pod względem dynamiki długu w czasie, a także policzyć na palcach jak dokładnie wygląda to w przypadku Polski. Myślę, że to kwestia w której wyjątkowo często zdroworozsądkowe przekonania mogą rozmijać się z rzeczywistością.
W większości państw trzeba by było zacząć od tego czy wysoki dług ma jakieś negatywne efekty których chcielibyśmy uniknąć i jak mają się one do kosztów ograniczenia przyrostu zadłużenia. Pominę jednakże całkowicie ten temat, dla ustalenia dyskusji zakładając, że wszystkie polskie rządy pozostaną zobowiązane do zachowania arbitralnego limitu długu publicznego — zapisanego w konstytucji (60% PKB) i będącego poniżej dowolnego możliwie niebezpiecznego poziomu.
Załóżmy więc, że naszym celem jest by stosunek długu publicznego do PKB $b(t)$ nie rósł. Ile będzie on wynosił w danym roku? Przede wszystkim zmieni się on o deficyt budżetowy w tym roku, deficyt zawiera jednak także koszt obsługi istniejącego długu (czyli odsetki naliczane z pewnym oprocentowaniem $i$), więc warto je wydzielić — to co zostanie to tzw. deficyt pierwotny $d(t)$. Ponieważ interesuje nas relacja długu do PKB, a nie jego bezwzględna wielkość, musimy też uwzględnić że dług z poprzedniego okresu będzie proporcjonalnie mniejszą częścią PKB po jego wzroście $g$ przez rok. (Chodzi tu o wzrost kwoty PKB, czyli wzrost ‚nominalny’, a nie podawany dużo częściej ‚realny’, który jest pomniejszony o inflację.) Składając to razem dostajemy równanie:
$$b(t+1) = d(t+1) + \frac{1+i}{1+g} b(t)$$
Zmiana stosunku długu do PKB z roku na rok to wtedy:
$$\Delta b(t+1) = b(t+1) - b(t) = d(t+1) + \frac{i-g}{1+g} b(t)$$
Mamy teraz dwa przypadki:
Gdy $i \geq g$ drugi składnik sumy jest nieujemny i rzeczywiście jedynym sposobem na nierosnący $b(t)$ jest budżet z odpowiednio dużą nadwyżką pierwotną. Taki budżet wciąż może być jednak deficytowy po uwzględnieniu kosztów obsługi długu: przykładowo ostatnim razem gdy polski budżet miał nadwyżkę pierwotną, czyli w 2007 roku, wyniosła ona 0.46% PKB przy całkowitym deficycie 1.86%.
Gdy jednak $i < g$, co historycznie jest dla większości krajów zdecydowanie częstszą sytuacją, budżet może mieć także pierwotny deficyt pewnej wielkości. Efektywnymi strategiami zmniejszenia relatywnej wielkości długu są więc w równym stopniu co pierwotne nadwyżki budżetowe (1) ‚wyrośnięcie’ z długu przez wzrost gospodarczy, (2) zmniejszenie realnej wartości długu zwiększoną inflacją, (3) zmniejszenie oprocentowania obligacji i przez to kosztów obsługi długu.
W tabeli policzyłem wskaźniki, o których pisałem wyżej dla budżetów Polski od 2006 roku do tegorocznego. Wielkości deficytu, długu i PKB wziąłem z komunikatów GUSu1, a koszty obsługi długu z raportów ministerstwa finansów2, wyjątkiem jest bieżący rok dla którego dane wziąłem ze znowelizowanej ustawy budżetowej3.
Kilka komentarzy:
Za oprocentowanie długu wziąłem stosunek kosztów obsługi do jego wielkości, co uznałem za dobre oszacowanie. Dla porównania w sąsiednim wierszu umieściłem oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji (wziąłem je z bazy IMF4) — teoretycznie powinno być górnym oszacowaniem prawdziwego oprocentowania, bo średnia zapadalność polskiego długu to według raportu MF 3–5 lat, ale tak naprawdę w niektórych latach było przekroczone.
Obliczona z deficytu pierwotnego, wzrostu i oprocentowania zmiana stosunku długu do PKB różni się od rzeczywiście następującej. To częste zjawisko5; po pierwsze zmiany w kursach wymiany walut zmieniają wielkość zagranicznej części długu, po drugie na całkowitą wielkość długu mają też wpływ inne transfery. Największym przykładem w tabeli jest reforma OFE w 2014 roku, która pozbawiła je obligacji i w efekcie znacząco zmniejszyła dług publiczny. Nie wiem co dokładnie tłumaczy różnice w pozostałych latach, ale jeśli pominąć ten rok wynosiły one średnio około 1 punkt procentowy.
Oprocentowanie polskiego długu (czyli też relatywne koszty jego obsługi) ma wyraźną tendencję spadkową. Co prawda ostatnio wpływ na to miały w dużym stopniu deflacja i niskie stopy procentowe, ale w tym roku wciąż się ona utrzymuje. Jak wynika z równań powyżej oprocentowanie jest dla dynamiki stosunku długu do PKB równie ważne jak wielkość deficytu, wymaga więc od rządu równej uwagi, zwłaszcza jeśli ta droga okaże się mniej kosztowna niż zwiększenie przychodów lub zmniejszenie wydatków w budżecie. Patrząc na sprawę bardziej ogólnie, obligacje państwowe są jedną z najbezpieczniejszych lokat pieniędzy, więc w oprocentowaniu nie powinno być zbyt dużej premii za ryzyko, a z drugiej strony przez strukturę ich posiadania wypłata odsetek jest w dużym stopniu redystrybucją do bogatszych członków społeczeństwa, więc istnieje wytłumaczenie i dodatkowy dobry powód by zminimalizować oprocentowanie.
Wracając do powodu powstania tej notki, zwróćmy uwagę na rok 2017. Nie da się tego zobaczyć patrząc na sam deficyt budżetowy, jednak z tabeli widać że jeśli założenia budżetu się spełnią, to tegoroczny budżet nie tylko nie zwiększa relatywnej wielkości długu, ale (co jest clou tego całego ćwiczenia) tak naprawdę ją redukuje.
Jeszcze na koniec warto włożyć do równania na $\Delta b$ średnie wielkości w dłuższym okresie, żeby z grubsza wiedzieć ile może wynosić ‚bezpieczny’ deficyt. Przypuśćmy, że stosunek długu do PKB to obecne 53%, NBP skutecznie będzie trzymać inflację wokół swojego celu 2.5%, a realny wzrost wyniesie średnio 3%. Wtedy żeby poziom długu nie rósł (czyli $\Delta b \leq 0$), maksymalna wielkość deficytu pierwotnego w zależności od oprocentowania długu i wynosi odpowiednio:
Dla trochę wyższego niż obecnie $i = 3.5\%$ musi być $d \leq 1\%$.
Przy oprocentowaniu równym inflacji, czyli $i = 2.5\%$, ograniczenie to $d \leq 1.5\%$.
W końcu gdyby oprocentowanie polskich obligacji było podobne do obecnego obligacji niemieckich, francuskich albo brytyjskich, czyli eg. $i = 1\%$, poziom długu nie rośnie przy $d \leq 2.26\%$.
W których miejscach ta opowieść jest niepełna? Przede wszystkim pomija zależności między zmiennymi; eg. możliwe są ciągi przyczynowo-skutkowe w których obniżka deficytu zmniejsza wzrost gospodarczy, albo zwiększenie inflacji podnosi oprocentowanie obligacji, &c. To już jednak wychodzi poza prostą arytmetykę.
Główny Urząd Statystyczny, Komunikat dotyczący deficytu i długu sektora instytucji rządowych i samorządowych w 2016 r. ⏎
Ministerstwo Finansów, Raporty roczne. ⏎
Ministerstwo Finansów, Ustawa z dnia 9 listopada 2017 r. o zmianie ustawy budżetowej na rok 2017. ⏎
IMF International Financial Statistics, Interest Rates selected indicators. ⏎
Vide: S. M. Ali Abbas, Nazim Belhocine, Asmaa ElGanainy & Mark Horton, Historical Patterns of Public Debt – Evidence From a New Database. ⏎
Ryszard Petru w rozmowie z Kulturą Liberalną1 popełnił bardzo wymowny passus:
RP: (…) Najważniejsze jest to, że obecnie mamy niskie bezrobocie i szybki wzrost płac.
JK: A to źle?
RP: Tak wygląda przegrzana gospodarka – płace rosną bardzo szybko, rośnie import i konsumpcja. To jest recepta na kryzys.
To dobry przykład na to jak liberalna ideologia przebiera się za ekonomiczną naukowość. Gospodarka jest „przegrzana” kiedy dociera do granic możliwości produkcyjnych i większy popyt przekłada się tylko na wzrost cen (inflację) a nie na zwiększenie produkcji, zatrudnienia i inwestycji. Skąd jednak pomysł, że polska gospodarka może być w takim stanie skoro bezrobocie wynosi 7% (więc jest daleko do pełnego zatrudnienia), udział pracowników w ogóle populacji w wieku roboczym jest w Polsce poniżej średniej w OECD, a inflacja jest poniżej poziomu będącego celem banku centralnego? Odpowiedź jest prosta: „niskie bezrobocie i szybki wzrost płac” są dla liberała koszmarem, bo inflacja której tak naprawdę się obawia to ta dotycząca płac.
Żeby zrozumieć dlaczego wystarczy zdać sobie sprawę, że różnica między nominalnym wzrostem płac a sumą wzrostu cen i wzrostu produktywności to nic innego jak zmiana udziału płac w całości dochodu (to równanie łatwo wyprowadzić2). Kiedy liberałowie straszą rosnącymi kosztami pracy, zmniejszeniem ‚konkurencyjności’, czy ‚przegrzaniem’ gospodarki przez wzrost płac realnych szybszy niż wzrost produktywności, za każdym razem mówią o tym samym: zwiększeniu udziału pracowników w wypracowanym zysku. I kiedy tak się rzecz nazwie, wiadomo dlaczego nigdy tak o niej nie mówią i o czyje interesy w rzeczywistości się martwią.
Z Ryszardem Petru rozmawiają Jarosław Kuisz i Łukasz Pawłowski, Krytyka jest motywująca. ⏎
Oznaczmy zatrudnienie przez $L$, nominalny dochód narodowy jako $Z$, średnią płacę jako $W$ i poziom cen jako $P$. Wtedy udział płac w dochodzie to z definicji $S := \frac{WL}{Z}$. Rzeczywisty dochód na pracownika, czyli produktywność to z kolei z definicji $Y := \frac{Z/P}{L} = \frac{Z}{PL}$.
Przekształcając pierwsze równanie, a potem łącząc z drugim dostajemy $W = \frac{ZS}{L} = \frac{ZS}{Z/PY} = PYS$.
Korzystając z oszacowania logarytmu wokół 1 przez początek szeregu Taylora $\log (1+x) \approx x$ (chyba najczęściej używany w ekonomii fakt matematyczny), możemy przepisać równanie między wartościami na równanie między zmianami $w = p + y + s$, gdzie w to zmiana płacy, p to zmiana poziomu cen (czyli inflacja), y to zmiana produktywności, a s to zmiana udziału płac w dochodzie. Równanie o które mi chodziło to wtedy w tej notacji $s = w - (p+y)$. ⏎