Dziś po raz pierwszy zrobiłam własnoręcznie haft. Jeśli można tak to nazwać. Jest tak banalny i bezsensowny, że wahałam się czy w ogóle o tym pisać. Ale jednak pisanie o rzeczach nieudanych i niedoskonałych jest frapujące. Babcia Balbina pozdrawia znad igły.
Po co go zrobiłam, skoro niczego mi nie ozdabia oprócz tego kawałka niechcianego materiału (z półek Po-Dzielni), którego nie wykorzystam do niczego? Jest tak prosty, że każda małpa skleciłaby kilka takich krzywych trójkątów z muliny.
A jednak podążanie za igłą było tak hipnotyczne, że zaczynam podejrzewać, że można się od tego uzależnić. Zadziwia mnie ta moja własna refleksja, bo od lat dziecinnych przejawiam raczej lęk przed igłami (odkąd panie z zakładu krawieckiego mojej mamy wbiły mi ich kilka w żebra przy przymiarce jakiejś ślicznej sukienki, w której mama chciała mnie widzieć).
Wychowywanie się w zakładzie krawieckim wcale nie oswaja ze szpilkami, maszynami do szycia, parownicami, wielkimi nożycami i innymi żelazkami. To świat pełen niebezpieczeństw i gorącego powietrza niczym z islandzkich kraterów. Niegroźne w nim były tylko gładkie guziki, kolorowe nici w szpulach ułożone jak we wzorniku Pantone i miękkie, włoskie tkaniny w przedziwne wzory. Ten świat był fantastyczny, schodziło się do piwnicy jak do baśni. I takim bajkowym światem to miejsce dla mnie pozostało do dziś, bowiem ciągle ta przestrzeń jest dla mnie abstrakcyjna. Niestety nie przyswoiłam żadnej wiedzy, której mogła mi dostarczyć przez pierwsze dziewiętnaście lat mojego życia. Daję radę przyszyć tylko guzik a prasuję byle jak albo w ogóle. Z podziwem patrzę na osoby, które jedną ręką robią supełek na nitce, która jest ogonem igły. Próba cerowania skarpet zakończyła się ostatnio fiaskiem (zrobiłam na materiale wielką, wypukłą bliznę, która uwierałaby mnie w butach).
A mogłabym mieć taki konkretny i pożądany fach w ręku (podobno mało jest w Polsce dobrych krawcowych).
Nie chciałam jednak pisać o trudach krawiectwa, tylko o tym, że być może dzięki możliwości malowania igłą i nitką na tamborku, który trzyma tkaninę niczym blejtram obraz, oswoję sobie tę abstrakcyjną dziedzinę sztuki (bo dobre krawiectwo, które mam okazję podziwiać do dziś u mamy, to prawdziwa sztuka).
Po niemiecku haften oznacza odpowiadać albo przylegać (haft to areszt, hmm). Nici z tkaniną powinny być spojone w mocnym uścisku. U mnie przylegają do siebie raczej byle jak, od niechcenia, raczej całują się tylko w policzek, jak gdyby wzajemnie nie pożądały się już za bardzo. Nie wiem dlaczego tamborek wymyślono tak późno, przecież to tylko dwa drewniane kółka. Podobno zaczęto go używać dopiero w połowie XVIII wieku.
Rozróżnia się cztery podstawowe grupy haftu: płaski, wypukły, nakładany i ażurowy. Myślę, że moje dziwactwo uwiecznione na zdjęciach nie wpisuje się w żadną z tych technik. Moją opinię na pewno podzieliłaby zawodowa hafciarka. No i zdaje się, że lewa strona tkaniny też powinna wyglądać estetyczniej niż u mnie. Chaos nitek przeraża. Ale może mój drugi haft będzie już spokojniejszy a ruchy ręki prowadzonej przez igłę mniej przypadkowe?















