Są dwie pory roku których szczerze nie lubię. Jesień i zima. A pośród nich nieubłaganie dwa miesiące, których szczególnie nie cierpię: październik i luty właśnie.
Skupmy się na chwilę na tym drugim.
Gdyby rok kalendarzowy był ojcem samotnie wychowującym swoich dwunastu synów, lutego wstydził by się najbardziej. Mówią, że pierwsze dziecko jest jak pierwszy naleśnik i nigdy się nie udaje. Otóż luty przeczy tej teorii.
Jedyny niedorozwój pośród dwunastu braci. Wiecznie krótki, ni to zimny, ni ciepły niezdecydowany w swej zimowo-wiosennej orientacji maślak. Drażni mnie swoimi fałszywie słonecznymi dniami. Niby dłuższymi niż w styczniu, jednak wciąż nie dorasta do pięt dla starszego brata marca. Luty nieudolnie próbuje wzbudzić moją sympatię obietnicami zbliżającej się wiosny, jednak sam jest poza jej zasięgiem, przez co staje się jeszcze bardziej beznadziejny i żałosny.
Czasem żal mi lutego, ale nie na tyle żebym przestał postulować za oddaniem go do domu dziecka, albo spuszczeniem rzeką w koszyku.
Styczeń ma w sobie nadzieję na przyszły rok, marzec kusi mnie zbliżającą się wiosną, a luty? Tłusty czwartek i Walentynki? Nie rozśmieszaj mnie kurduplu.
Lepiej się już skończ. Nie będę za tobą tęsknił.