Zasypiam nad kubkiem zimnej kawy, który miał być ratunkiem, a stał się tylko kolejnym dowodem na to, że nie śpię już od kilku nocy. Miłość miała być czymś miękkim jak koc w listopadzie, a okazała się alarmem ustawionym na każdą godzinę mojej doby. Nie dzwonisz, nie piszesz, a ja prowadzę wewnętrzne śledztwo złożone z przecinków, niedopowiedzeń i ostatniego „do usłyszenia”, które brzmi jak żart bez puenty. W międzyczasie piję kolejne wiadra kawy, jakbym mogła nią wypłukać z siebie Twoje imię, ale kofeina działa tylko na serce, nie na pamięć. Najgorsze są noce, bo wtedy cisza ma głośność stadionu, a ekran telefonu świeci jak wyrzut sumienia. Śmieję się z własnej naiwności, bo przecież każdy wie, że brak kontaktu to też odpowiedź, tylko taka w wersji premium, bez słów i z darmowym pakietem domysłów. Miłość w trybie offline wygląda jak powiadomienie, które nigdy nie przychodzi, a mimo to sprawdzasz je co pięć minut, jakbyś wierzyła w cud technologiczny albo emocjonalny. I tylko kawa stygnie szybciej niż moje oczekiwania, a sen omija mnie szerokim łukiem, jakby też nie chciał się angażować w coś jednostronnego.








