Przyzwyczaiłam się do bólu jak do porannej kawy. Bez niego dzień jakiś taki niepełny. Cicho. Spokojnie. Aż za spokojnie. I wtedy włącza się alarm w głowie. Co jest nie tak. Czemu nie boli. Ktoś coś planuje czy to cisza przed kolejnym sezonem dramatu.
Bo kiedy długo żyjesz w napięciu, spokój wygląda jak oszustwo. Jak promocja która na pewno ma haczyk. Niby wszystko dobrze a człowiek chodzi i czeka aż coś się zepsuje. Bo przecież zawsze się psuło. Więc teraz też powinno. Logiczne prawda. Serce już nawet nie pyta czy jest dobrze. Pyta kiedy znowu będzie źle.
Najgorsze jest to że ból staje się znajomy. Swój. Bezpieczny. Jak stara bluza która jest brzydka ale przynajmniej wiesz gdzie ma dziury. A brak bólu to nowa koszula. Niewygodna. Podejrzana. Za czysta. Za lekka. Za normalna.
I tak sobie człowiek siedzi w tym swoim spokoju i nie potrafi się nim cieszyć. Bo przecież zaraz coś jebnie. Przecież zawsze jebie. Optymizm poziom ekspert.
Może kiedyś nauczę się że cisza to nie wróg. Że brak bólu to nie podstęp. Na razie jednak patrzę na szczęście jak na podejrzanego typa w ciemnej ulicy. Niby nic nie zrobił ale coś mi tu nie pasuje.













