다음은 화이트와인. 향이 역시나 좋음. 이번 이야기 주제는 #스타트업은왜가난한가 #다그런건아니야 #sileny (월향 광화문에서)
#phm#ryland grace#rocky the eridian#project hail mary spoilers





seen from United Kingdom

seen from Czechia
seen from Spain
seen from Spain
seen from United Kingdom
seen from United States

seen from Sweden
seen from China
seen from Spain
seen from Kazakhstan

seen from Canada

seen from Sweden

seen from Australia

seen from United Kingdom

seen from Germany

seen from United Kingdom
seen from United Kingdom
seen from United States

seen from Malaysia
seen from Russia
다음은 화이트와인. 향이 역시나 좋음. 이번 이야기 주제는 #스타트업은왜가난한가 #다그런건아니야 #sileny (월향 광화문에서)
Hallucinogenic: Take Me (część pierwsza)
Opis: Pewnego dnia rutynę siedemnastoletniego Harry'ego przerywa nieznajomy mężczyzna; zdecydowanie starszy, zbyt czarujący i za bardzo zakazany...
Długość: 23751 słów
Paring: Harry Styles & Zayn Malik (Zarry)
A/N: Pięćdziesiąt dwie strony tekstu dla Was. Nie zliczę ile razy miałam to publikować i nic z tego nie wychodziło. Ale już jest. Po trudach i znoju, po niezliczonej ilości poprawek i zmieniania konceptu - w końcu jest. Aż sama nie mogę w to uwierzyć. Problem z publikacją polegał na tym, że zbyt często zmieniałam zdanie co do pewnych fragmentów. Błędów jest pewnie dużo, za co przepraszam, ale starałam wyłapać się ich jak najwięcej. Na dniach postaram się to zrobić jeszcze raz.... Tak czy owak, mam nadzieję, że Was nie zawiodę. xx
Harry zaniemówił.
Nie chodziło wcale o to, że mężczyzna przed nim był po prostu olśniewający, chociaż i ten przymiotnik w myślach Harry uznał za wyjątkowe niedopowiedzenie. W zasadzie, czuł, że w jego głowie istnieje tylko pustka poupychana wszystkimi zrejestrowanymi obrazami nieznajomego. Jakby zapisywał wszystkie jego gesty w pamięci tylko po to, by później odtwarzać je, rozpływać się nad nimi i katować na przemian.
Gdy tylko wszedł do cukierni, Harry spojrzał na niego i poczuł się wręcz wstrząśnięty każdym jego ruchem – delikatnym zmarszczeniem nosa, zwilżeniem warg czy uniesieniem brwi. Pyłki tańczyły w snopie słonecznego światła okalającego jego twarz i jednocześnie podkreślającego głębię jego ciepłych, brązowych oczu; w powietrzu unosił się słodki zapach czekolady, skrzeczące radio nadawało popołudniową audycję, z zaplecza słyszał śmiejących się Sandy i Johny’ego, ale… jakby ktoś zregulował zewnętrzne hałasy do minimum, wyciszył resztę wszechświata. W tym momencie istniał tylko Harry i On, a odgłosy zewnątrz nie docierały do niego w ogóle, wyostrzając w chłopaku zmysł wzroku i słuchu tylko odnośnie mężczyzny stojącego przed nim. Jedyna funkcja życiowa, którą był teraz w stanie podtrzymywać Harry, to oddychanie i wpatrywanie się w obcego człowieka.
Miał wrażenie, że go zna. Jakby zobaczył starego znajomego i nie miał odwagi zapytać czy może wcześniej się nie widzieli. Na pewno nie widział go tu wcześniej – w innym wypadku nie dostałby prawie że zawału na widok mężczyzny. Nie potrafił się pozbyć tego uczucia, choć wiedział, iż nie miało żadnego sensu.
Jeszcze mniej sensu miało zachowanie samego chłopaka, ale nie umiał tak po prostu powstrzymać suchości w ustach, drżenia rąk i przepędzić tej błogości z twarzy, która teraz zapewne wyglądała bardzo tandetnie i w oczach nieznajomego musiał kreować się jako niepełnosprawny umysłowo.
— Co… co mogę podać? — Z gardła Harry’ego wydostał się jakiś zachrypnięty szmer, na co automatycznie poczuł pieczenie w policzkach i odchrząknął, odwracając wzrok gdzieś w bok i próbując udać, że ten incydent nie miał w ogóle miejsca.
— W zasadzie… zastanawiam się. Co polecasz? — Mężczyzna uśmiechnął się do Harry’ego serdecznie i Harry odwzajemnił ten uśmiech, czując jak powoli się rozpływa pod mocą tych zniewalających tęczówek.
— Dzisiaj polecam… cóż, klienci chwalą babeczki kawowe z chałwą, a także ciasto śmietankowe z kawałkami czekolady i wiśniami, ale z drugiej strony sernik na zimno z owocową galaretką też jest dobry, i… — Harry wpadł w słowotok, ale uznał to za lepszą opcję od jawnego ślinienia się i zapewne dalej wyrzucałby z siebie słowa jak opętany, gdyby mężczyzna mu nie przerwał.
— W porządku, w porządku! — zaśmiał się wesoło i podrapał po brodatym policzku, a Harry westchnął spoglądając na niego przepraszająco. — W takim razie wezmę babeczki, sernik i… te ciasto. Dla żony…
To było jak policzek, choć Harry powinien to przewidzieć.
Wedle instrukcji klienta zapakował mu pięć babeczek, spory kawałek sernika i praktycznie całe ciasto śmietankowe, udając, że informacja o żonie nie ucięła mu skrzydeł, choć wcale nie starał się szczególnie ukryć swojego przygaszenia, gdy wręczał mu opakowanie pełne słodkości i nie udało mu się palcem musnąć dyskretnie wierzchu jego dłoni – i choć przyznał sam przed sobą, iż byłoby to wyjątkowo żenujące zagranie, to nie mógł skłamać, że tego nie chciał.
— Życzę smacznego i zapraszam ponownie — powiedział, gdy wręczył mu resztę wraz z paragonem i uśmiechnął się do mężczyzny, mając nadzieję, że naprawdę przyjdzie ponownie, mimo iż specjalnie w to nie wierzył.
— Mam nadzieję — odparł nieznajomy w odpowiedzi i z szerokim uśmiechem mrugnął Harry’emu na pożegnanie zanim zniknął za szklanymi drzwiami lokalu.
I gdy mały, złotawy dzwoneczek zasygnalizował jego wyjście, Harry przyłożył otwartą dłoń do swojego czoła z donośnym plaskiem.
Idiota, idiota, idiota.
~~~
Do końca swojej zmiany – czyli do godziny szesnastej – myślał o tajemniczym kliencie i robił to nawet po wyjściu z pracy i wpakowaniu się do najbliższego autobusu komunikacji miejskiej w drodze powrotnej do domu. Normalnie przysypiałby w autobusie po lataniu od pieców do kasy i zamiataniu podłogi jednocześnie, ale teraz czuł się zbyt… nabuzowany. Coś ciągle nie nadawało Harry’emu spokoju.
Wtedy, w cukierni, miał wrażenie, że spotkał długo niewidzianego znajomego i nie umiał pozbyć się tego ze swojej głowy. Już nawet nie chodziło o fakt, że mężczyzna go po prostu zauroczył i zadomowił się w myślach, bo szczerze powiedziawszy to po jakimś czasie by minęło. Ta „nierozwiązana sprawa” była czymś nieco bardziej natrętnym.
Obrzeża Chester były terenem silnie zalesionym i właściwie odciętym od reszty miasta, co tłumaczyło, dlaczego dziadkowie Cox obrali sobie to miejsce do zamieszkania, z dala od niepotrzebnego zgiełku metropolii. Uroczy domek z białego drewna dumnie prezentował się wśród legionu zieleni niedaleko rzeki, a już szczególnie w sierpniu, błogim i ciepłym miesiącu.
— Już jestem! — zawołał, gdy wszedł do domu wiejącego pustką. Nikt mu nie odpowiedział — babcia zapewne znowu poszła do sąsiadki czy gdziekolwiek ponownie nie zamykając drzwi. Harry westchnął, łapiąc się za obolały kark.
Sobotnia praca nie należała do idealnych form rozrywki na spędzanie weekendu, ale chcąc odciążyć rodzinę wydawała się jedynym rozsądnym wyjściem. Przeprowadził się z rodzinnego Holmes Chapel do Chester tylko dlatego, że jego babcia tutaj mieszkała, co automatycznie odejmowało koszty za internat i przy okazji był idealnym towarzystwem dla owdowiałej staruszki. Marzył o Londynie, ale ostatecznie pogodził się z nauką w mniej fajnym i, co ważniejsze, tańszym Chester. Pierwszy rok w college’u nie należał do najlżejszych, ale dopóki będzie dawał radę ze wszystkim – nie zamierzał narzekać. Zresztą, wolał oszczędzać na studia, jednocześnie samemu na nie zarabiając w cukierni znajomego babci. Brzmiało idealnym planem na przyszłość i tego chłopak zamierzał się trzymać.
Wyjął z lodówki pozostawiony przez staruszkę gulasz i wsadził go do mikrofalówki. Rutyna go nie przytłaczała, choć musiał przyznać, że momentami bywała naprawdę dołująca, ale od czego miało się…
Harry sięgnął po telefon w jego plecaku, gdy brzęczenie stało się nie do zniesienia; zerknąwszy na ekran aparatu uśmiechnął się lekko pod nosem.
Payno, 5:31 pm
Mam piwo. Zimne. Wyłaź.
Liam Payne zdecydowanie wiedział, jak poprawić mu nastrój.
Pomijając fakt, iż jak zwykle nie raczył się pofatygować osobiście wysyłając durnego smsa.
— A już miałem zająć się tym sam. — Liam wskazał podbródkiem zgrzewkę piwa, gdy tylko zobaczył Harry’ego wychodzącego z ganku znajdującego się na tyłach domu. Byli sąsiadami, więc przeskoczenie niskiego płotka dzielącego obie posesje nie stanowiło większego problemu. Wygodnie rozsiadłszy się na ławce oczekiwał Harry’ego z „dodatkową obstawą” i spokojnie można nazwać to niemalże rytuałem powtarzającym się co sobotę, kiedy to Liam kończył również swoją pracę i czekał na młodszego chłopaka. W tygodniu oboje byli dość zabiegani, więc dla Harry’ego naturalną rzeczą stało się to, że sobotnie popołudnie były pełne piwa, śmiechu i brutalnych opinii o dziewczynie, z którą obecnie flirtował Liam.
Liam był jedyną osobą, której Harry ufał całkowicie. Mimo że był starszy ze swoją dwudziestką na karku nie zachowywał się „bufoniasto” jak niektórzy w jego wieku, co Harry chyba cenił w nim najbardziej, zaraz po umiejętności wyluzowania się przy jednoczesnym niewyłączaniu trzeźwego myślenia… najczęściej.
— Tracisz tempo, Styles — mruknął prześmiewczo Liam, gdy Harry po raz kolejny się zamyślił i nie można tego było już tak po prostu ignorować.
— Poznałem kogoś… — zaczął nagle, nie do końca wiedząc jak ubrać tę całą historię w słowa.
— Ooo! — Liam automatycznie się ożywił, na co Harry zareagował wywróconymi oczami.
— W zasadzie, nie do końca…
Harry pokrótce opowiedział Liamowi o swoim felernym zauroczeniu pewnym mężczyzną dzisiejszego dnia w pracy; Payne zdawał sobie sprawę z orientacji chłopaka, tak samo jak reszta najbliższego otoczenia z babcią na czele. Co prawda, starsza kobieta nie pogodziła się z tym do końca i wciąż twierdziła, że oświadczenia wnuka są sprawką okresu dojrzewania, ale nie zmieniało to faktu, iż miała pełną świadomość tego, iż Harry w najbliższym czasie nie przyprowadzi do domu żadnej dziewczyny. Chłopak jednocześnie nie afiszował się ze swoją orientacją, gdyż już dawno nauczył się, iż chcąc nie chcąc, to sprowadza na niego więcej problemów niżeli „wyzwolenia” czy czegoś w tym stylu, jak szumnie głosiły wszelakiej maści media.
— Ale jest żonaty — stwierdził w końcu Liam, po chwili ciszy jaka zapadła, gdy Harry skończył mówić, obowiązkowo wspominając o swoistym deja vu z bohaterem jego powieści.
— Co nie zmienia faktu, że jest seksowny, idioto — burknął Styles niezadowolony z tego, że z całego jego wywodu Liam zapamiętał tylko tę część z cholerną małżonką. — I nie powiedział wprost, że ma żonę, okej? Tylko „dla żony”. Może przyjaciela? Nie sprecyzował, więc nie możesz…
— I stary. A przynajmniej, na pewno starszy od ciebie. — Liam już znajdował się w świecie swoich domysłów i teorii spiskowych, kompletnie ignorując przy tym Harry’ego, który przy nim wyglądał jak narwany nastolatek chwytający każdego, nawet najbardziej absurdalnego argumentu.
— Nieważne! — warknął Harry zatapiając usta w butelce trunku. Oderwał się z głośnym cmoknięciem. — Chodzi po prostu o to, że ja go skądś z nam i nie wiem skąd…
— Może jest gwiazdą filmów porno dla gejów?
— Spierdalaj — odparł mu na to grzecznie Styles, dodatkowo serwując potężnego kuksańca między żebra, przykładając się do celności swojego ataku co zaowocowało głośnym piskiem ze strony Liama.
Nawet nie zastanawiał się nad tym, co powiedział Liam dopóki ten nie wyperswadował mu tego osobiście. Już na starcie te fatalne zauroczenie – czy mógł to nazwać chociaż zauroczeniem? – nie miało racji bytu i teraz się to tylko potwierdziło. Harry miał (prawie) osiemnaście lat podczas, gdy tamten mężczyzna na pewno o wiele więcej. I prawdopodobnie posiadał żonę. To musiało wystarczyć, by skutecznie pozbyć się go ze swojej głowy.
Teoretycznie.
~~~
Połowa września na starcie powitała miasto zdecydowanie chłodniejszym i porywistym wiatrem oraz częstymi opadami deszczu, wraz z typowym jesiennym krajobrazem powoli przyozdabiającym liście kolorem żółci i czerwieni. Pogorszyło to stanowczo żywotność Harry’ego do czegokolwiek, a w połączeniu z dręczącą go bezsennością ledwo dawał radę chociaż udawać zainteresowanie na zajęciach filozofii z profesorem Moffatem.
Przez ostatnie tygodnie Harry naprawdę nie spał zbyt dobrze.
Nie była to jednak sprawka tajemniczego klienta, o którym w zasadzie zdążył już zapomnieć i nie wracać więcej do tego tematu. Przystojny mężczyzna nie pojawił się w cukierni ponownie, a Harry już po czterech dniach stracił nadzieję, że zobaczy go po raz drugi. Wszystko wróciło do normalności, a wszelkie moralne rozterki odeszły w niepamięć. Harry’ego dręczyły koszmary o pewnym wydarzeniu z dzieciństwa i kompletnie nie wiedział dlaczego do niego teraz to wracało, co powodowało tylko jeszcze większą dezorientację i złość.
W snach wciąż widział siebie jako ośmioletniego chłopca wśród dymu i ognia. Pamiętał ten pożar w ich domu w Holmes Chapel, gdy był dzieciakiem i pamiętał to, że wrócił do płonącego budynku po pieprzonego kota wyślizgując się mamie. I w zasadzie tutaj historia, a raczej wspomnienia Harry’ego się kończyły, gdyż oprócz paraliżującego strachu, gdy znajdował się w środku budynku z drżącym kociakiem w dłoniach, niewiele pamiętał. Ale to wciąż wracało w nowej formie, wciąż widział człowieka wyłaniającego się z płomieni i wciągającego go w nie z powrotem. Śmierć. Jeśli to nazywało się traumą z dzieciństwa, to u Harry’ego zdążyło wyewoluować do rangi niemalże fobii.
Tak bardzo się bał; nigdy chyba nie był w całym swoim życiu tak pewny śmierci, jak wtedy gdy miał te osiem lat. Tylko osiem lat. Niczego nie pamiętał, ale uczucie strachu i paniki wciąż silnie w nim tkwiło, i nie wiedzieć czemu wróciło właśnie teraz.
Pochyliwszy się nad umywalką zerknął na lustro i westchnął ciężko — nocne wycieczki do łazienki stały się ostatnio rutyną, tak samo jak to, że nie wyglądał zbyt dobrze. Blada twarz, lekkie sińce pod zielonymi, przekrwionymi oczami i nieco sine usta, a wszystko to okalane stadem niesfornych, brązowych loków będących stale w artystycznym nieładzie, którego nie pojmował nawet sam Styles.
Próbował przypomnieć sobie swój dzisiejszy sen, ale nie potrafił. Znowu widział tylko płomienie, czuł wręcz duszący, łzawy dym, a potem ciepłe, palące wręcz dłonie oplatające się na jego talii… Harry wzdrygnął się odruchowo i odkręcając kurek z zimną wodą przemył twarz mroźnym strumieniem. Wspominanie tego również nie należało do przyjemności i sam nie wiedział jak ma to traktować.
Postanowił przeczekać i wierzył, iż wszystko minie w końcu samo.
Następnego dnia w pracy nie było tak źle po zaaplikowaniu w siebie prawie czterech filiżanek kawy; kofeina dawała pożądanego kopa, który pozwolił w miarę normalnie funkcjonować po zajęciach i teraz, sprzątając na zapleczu. Był piątek i dzisiaj Liam postanowił wziąć Harry’ego na imprezę odbierając go z pracy i choć Harry wiedział, że nie był to najlepszy pomysł nie umiał tak po prostu odmówić Payne’owi. Z drugiej strony uważał, iż taka forma odpoczynku przyda mu się i pozwoli odgonić nie do końca pozytywne myśli. A przynajmniej zająć się czymś innym.
— Johny, idioto, gdzie truskawki na truskawkowych muffinkach? — usłyszał nagle skrzeczenie Sandy, dwudziestotrzyletniej córki właściciela cukierni oraz po chwili i Johny’ego, który teoretycznie powinien wykładać blachy z pieca, a który właśnie kajał się przed blondynką. Moment później Styles usłyszał charakterystyczny dźwięk dzwonka oznajmiającego wejście klienta i uśmiechał się już pod nosem trzymając mop w dłoniach. Po raz kolejny Johny i Sandy odegrają kolejną wielką dramę przed Bogu ducha winnym człowiekiem.
— No popatrz, nie ma… — mruknął Johny mający za rozrywkę głównie denerwowanie Sandy odmawiającej mu za każdym razem, kiedy próbował zaprosić ją na randkę.
Nie słyszał dalszej części sprzeczki, ale chwilę potem do kuchni na zapleczu wpadła Sandy z tacą nieudekorowanych ciastek, a zaraz za nią człapał zniecierpliwiony Johny.
— Obsłuż klienta, szybko — burknęła na odchodne dziewczyna, a Harry tylko wywrócił oczami i odstawiając mop opuścił pospiesznie pomieszczenie odwracając się jeszcze z rozbawionym uśmiechem, by zobaczyć jak Johny bezczelnie patrzy się w biust lekko zdenerwowanej Sandy.
Byli niemożliwi razem, ale Harry uważał, że naprawdę do siebie pasują.
— Więc w czym mogę… — Harry obrócił się w stronę zapewne zniecierpliwionego klienta i automatycznie zamilkł, gdy ich oczy spotkały się ze sobą. — Pomóc… — wychrypiał chłopak wpatrując się w mężczyznę, który jakieś parę tygodni temu stale przebywał w jego myślach.
Znowu przed nim stał, z tym samym powalającym uśmiechem powodującym tak urocze zmarszczki wokół jego oczu i kącików ust. Czarne jak smoła włosy opadały tym razem na czoło przysłaniając też nieco te rozkosznie ciepłe oczy, a gęściejszy zarost dodawał mu tylko uroku… i parę dodatkowych lat, co Harry jednak zaraz zbył w myślach, skupiając się na innych detalach. Wciąż wydawał się znajomym, kimś bliskim i nieosiągalnym zarazem…
Świat ponownie się zatrzymał, a całe ciało Harry’ego drżało wręcz z zachwytu i doskonałością człowieka przed nim. Och, z pewnością należał do tego rodzaju ludzi, którym przypatrujesz się i wręcz trzęsiesz nie mogąc uwierzyć, że obok ciebie stoi ktoś tak idealny. Harry zawsze uważał takie opinie za nieco przesadzone, ale sam teraz nie mógł oprzeć się myśli, że oto ta teoria zamieniwszy się w doświadczenie była czymś… niewyobrażalnym. Jak te cholerne uczucie ciepła rozlewające się po jego całym ciele.
— Cześć — rzucił wesołym głosem mężczyzna, a Harry zamrugał oczami jednocześnie zdając sobie sprawę, jak bardzo idiotycznie musiał wyglądać przyglądając mu się z taką zawziętością.
— Cześć — odpowiedział odruchowo Styles i skarcił się w duchu za taką zuchwałość. Musiał zabrzmieć śmiesznie, bo nieznajomy zaśmiał się krótko, a uśmiech w dalszym ciągu nie schodził mu z twarzy. Tak, z pewnością Harry w tym wydaniu stał się zapewne najzabawniejszą rzeczą jaką ostatnią widział i nie mógł sobie odpuścić tego prawie że „współczującego” chichotu.
— Pamiętasz mnie? Byłem kiedyś u was. — Nieznajomy przekręcił lekko głowę w bok przyglądając się Harry’emu, który wciąż nie wiedział gdzie ma podziać oczy i czuł się co najmniej speszony takim zachowaniem ze strony mężczyzny.
— Tak, chyba pana kojarzę — skłamał Harry czując jak jego policzki pokrywają się delikatnym odcieniem różu. Nie umiał powstrzymać reakcji swojego organizmu, który wcale nie chciał współpracować i praktycznie całym sobą krzyczał, jak bardzo gość stojący naprzeciwko robi na nim wrażenie.
Po przejawie kompletnego zauroczenia przyszedł czas na zmieszanie oraz dyskomfort; Harry odczuwał speszenie widząc kogoś tak przystojnego i w oczywisty sposób nieosiągalnego dla takiego chłopaka jak on. Jego blada cera nie wypadała zbyt dobrze kontrastując z egzotycznym odcieniem skóry mężczyzny, będącego przy okazji przynajmniej o dwie głowy wyższym od Harry’ego i zdecydowanie lepiej zbudowanym. Poczuł się jak dziecko bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, mając dodatkowo w głowie słowa Liama.
Nie mógł powstrzymać odruchowego zerknięcia na dłonie bruneta wiszące równolegle do ciała i choć uważał, że to kompletnie nic nie znaczy — radość, gdy nie dojrzał na żadnym palcu obrączki była wręcz nie do opisania. I jeszcze trudniejsza do ukrycia.
Harry właśnie karcił się w myślach, gdy po raz kolejny ciszę przerwał głęboki głos mężczyzny.
— Hm, buszowałem trochę po mieście i stwierdziłem, że jednak do was wrócę. Macie dobre wypieki, wszystkim smakowały.
— Wszystkim?... — wydał z siebie Harry zanim zdążył ugryźć się w język.
— Chłopakom z bazy i moim dziewczynom — mrugnął do Harry’ego, na co ten zareagował uśmiechem, choć wcale nie wiedział, czy na pewno sprawia to w nim taką radość. Teoretycznie powinno, gdyż oznaczało nowego, stałego klienta dla cukierni. Nie miał też pojęcia co może się kryć pod stwierdzeniem „moje dziewczyny”, ale wolał nie zastanawiać się nad czymś mogącym zepsuć mu humor.
— Cieszy mnie to, staramy się jak możemy. — Harry pokiwał głową, nie za bardzo wiedząc jak rozmawiać z nieznajomym. Chciał rozpędzić się i pieprznąć w ścianę z takim impetem, aż wszystkie takie durne teksty wylecą mu z głowy za jednym razem, jednakże te przyjemności musiał pozostawić na później, gdy obok niego w dalszym ciągu znajdował się czarujący i o wiele starszy mężczyzna.
Nie potrafił pojąć, czemu tak bardzo mu zależało na opinii nieznajomego gościa. To nie posiadało kompletnie żadnego sensu ani podstaw do prawa bytu.
A mimo to istniało.
— Będę tu wpadał częściej — rzucił w odpowiedzi, a Harry udawał, że ta informacja nie zrobiła na nim żadnego wrażenia i chyba nawet to mu się udawało, bo mężczyzna nie wydawał się zdziwiony kolejnym, niezrozumiałym gestem młodszego chłopaka.
— Świetnie… więc, co mogę podać? — Harry przywdział na usta swój firmowy uśmiech, jaki posyłał każdemu potencjalnemu kupcowi wypieków cukierni, a przynajmniej miał nadzieję, że wygląda właśnie tak, jakby obsługiwał któregoś z kolei klienta. Musiał pozbyć się tych absurdów z głowy, a każda kolejna sekunda pobytu tutaj nieznanego mężczyzny wcale nie pomagała.
— A co polecasz?
— Jak zwykle sernik na zimno, tym razem z polewą toffi i zdaje się, że ciasto francuskie z dżemem truskawkowym też nieźle się sprzedaje, a oprócz tego tradycyjnie kawowe babeczki z chałwą…
— Te babeczki są cholernie dobre. Myślę, że z piętnaście wystarczy tym razem… i sernik też wezmę. — Mężczyzna zmarszczył brwi przyglądając się przez szklaną wystawę wypiekom. Po raz kolejny przerwał Harry’emu wyćwiczony tekst serwowany każdemu klientowi. To było całkiem dobrym sposobem na normalne zachowanie. — Sam pieczesz?
— Ja… czasami pomagam, ale moja praca przeważnie to stanie za kasą i sprzątanie lokalu — odparł Harry zgodnie z prawdą, sięgając ręką pod ladę i wyjmując z niej firmowe, papierowe pudełko. — Nie mam potrzebnego doświadczenia.
— Jesteś cholernie uroczy i masz dobry stosunek do klientów — powiedział nagle mężczyzna i Harry’ego kompletnie poraził ten komplement z jego ust, ale nie przestał wykładania świeżych babeczek do pudełka. — To się ceni.
— Dziękuję — bąknął Harry, zaciskając usta w wąską linię, gdy odwrócił się na chwilę od bruneta by zawinąć zamówiony sernik w odpowiedni papier. Po chwili obrócił się i zważył go na wadze, po czym zapakował do pudełka razem z babeczkami wystukując na kasie odpowiednią kombinację cyfr. — Płaci pan piętnaście funtów i czterdzieści siedem centów…
Harry uważnie przyglądał się dłoniom mężczyzny, które wydawały się nienaturalnie duże, ale jednocześnie miękkie, a gdy brunet przez przypadek musnął dłoń Harry’ego wręczając mu banknot ten zadrżał tak mocno, aż otrzymał zdezorientowane spojrzenie.
— Uhm, przeciąg na zapleczu — mruknął Harry pod nosem i odchrząknął, wpatrując się w klawisze na kasie.
Zanim tamten schował wydaną resztę do portfela i ogarnął siatkę ze słodkościami Harry był przekonany, iż minęła co najmniej wieczność — wieczność katowania się nad nerwami chłopaka, ciągłego zerkania na mężczyznę i bicia się z sprzecznymi emocjami kotłującymi się wewnątrz Harry’ego.
— Na litość czyjąkolwiek, John! — Z zaplecza rozniósł się krzyk Sandy kończący tę niezręczną ciszę, a chłopak wręcz podskoczył. Kompletnie zapomniał o tym, że nie są sami i mają świadków, chociaż nie robili nic złego. Jedynie Harry zachowywał się nieswojo.
Johny wpadł do pomieszczenia z ustami wysmarowanymi bitą śmietaną i w prosty sposób można było się domyślić, iż po raz kolejny zamiast tworzyć nowe babeczki pozbawiał istnienia te gotowe.
— Hm, to… do zobaczenia. — Mężczyzna postanowił się w końcu ewakuować i Harry sam nie wiedział, czy bardziej był wdzięczny, czy zawiedziony. Wbrew pozorom obecność nieznajomego działała na niego niezbyt… korzystnie. Tracił kontrolę nad własnym myślami i ciałem prowadząc do mniej lub bardziej komicznych wpadek. To nie było ani dobre, ani komfortowe; tak właściwie Harry bał się ludzi, którzy posiadają taki wpływ na innych, to było przerażające! Nie chciał też, by mężczyzna pomyślał sobie cokolwiek nieodpowiedniego. Nie, dopóki Harry nie dowie się kim jest.
— Zapraszamy ponownie! — zawołał jeszcze za nim Harry, zanim mężczyzna zniknął i posłał mu swój ostatni, powalający uśmiech — taki, po którym Harry koniecznie potrzebował na czym usiąść i zrobić obowiązkowo parę wdechów i wydechów.
— Cholera, nie lubię takich gości — mruknął nagle Johny, podchodząc bliżej a ręce wycierając o biały fartuch, który miał przepasany wokół pasa. Harry zamrugał oczami lekko skołowany. Sandy w dalszym ciągu przebywała w kuchni, ale pozostawało to tylko kwestią czasu, zanim wyskoczy tutaj z żądzą mordu w oczach.
— To znaczy? — bąknął nieśmiało; nie spodziewał się tego nagłego wyrzutu nienawiści ze strony Johny’ego. Jednocześnie trochę się obawiał, bo może był tak zauroczony, że przez te dziesięć minut z nieznajomym nie zauważył niczego, co zauważył Johny w ciągu parunastu sekund? To nie brzmiało zbyt dobrze.
— Klasyka gatunku: przystojny, pieprzący wszystkim w głowach typ. Jeśli tylko zachce, w rok zaliczy połowę Chester — rzekł po chwili mężczyzna, a Harry nie mógł odmówić mu racji. Jeśli tylko zapragnie, mógłby właściwie zrobić z Harrym co zechce — wraz z tą myślą Styles poczuł się naprawdę przerażony. Przerażony tym, jak łatwo i lekko podszedł do tego stwierdzenia. Za pstryknięciem palca, mógłby oddać się jakiemuś pięknemu, czarującemu nieznajomemu.
To w ogóle, w ogóle nie brzmiało dobrze.
Harry otwierał już usta, by zaprzeczyć aż tak radykalnym wnioskom, ale prześmiewczy, kobiecy ton zza plecami jego i Johny’ego mu przerwał:
— Proszę cię, zazdrościsz wszystkim przystojniejszym od siebie facetom. Ty nie zaliczysz nawet jednej tysięcznej w ciągu całego życia.
Sandy podeszła do lady z wystawą i wstawiła gotowe muffinki z truskawkami, które teraz faktycznie posiadały truskawki na czubku przyozdobionym bitą śmietaną. Kobieta miała naprawdę talent do robienia z wypieków małych dzieł sztuki.
Johny milczał chwilę i Harry był pewien, iż zaraz rozegra to się piekło na ziemi, Chrystus nadejdzie, a meteoryt od tego wszystkiego spadnie na ziemię, ale Johny przemówił tylko cichym, miękkim głosem:
— Nie potrzebuję tego, ponieważ moje serce już do kogoś należy.
Harry zerkał to na Sandy, to na Johny’ego, ale żadne z nich nic już nie powiedziało. Blondynka nie miała już chyba więcej do dodania w konfrontacji z „argumentem” Johny’ego. Styles uśmiechnął się tylko pod nosem.
To tylko kwestia czasu, prawda?...
~~~
Dni mijały, a Harry stał się naprawdę przyzwyczajony do obecnego trybu swojego życia — szkoła, praca, nauka, pomoc w domu, imprezy z Liamem. Starał się to wszystko łączyć i w sumie był dumny z tego, że nawet mu to wychodziło. Wolną chwilę samotności łapał chyba tylko parę minut przed snem i rano, gdy budził się i zastanawiał nad kolejnymi snami jakie go prześladowały.
Zmieniły się. Na lepsze.
A przynajmniej na takie, po których nie budził się z rosą na czole i sercem pędzącym w zabójczym tempie. Tym razem zamiast ognia wciąż śnił o pięknym kliencie — którego, de facto, imienia wciąż nie znał — po raz kolejny w snach odtwarzał sceny w cukierni, jakby wszystkie te marzenia senne było analizą każdego, najmniejszego ruchu ze strony mężczyzny, a czasem „nadpisaniem” czegoś na takie wydające się bardziej dwuznaczne. Nie znosił tego w jaki sposób ten gość zamieszkał w jego myślach i zaczęło go to drażnić, choć wiedział, że wina leży tylko po jego stronie. Tamten po prostu odwiedza cukiernię, którą lubi, a to Harry właśnie wyobraża sobie zbyt wiele. Nadal pozostawali w relacji klient i kasjer, ponieważ Harry nie starał się tego zmieniać — w ogóle o tym nie myślał na poważnie, pozostawiając mężczyznę tylko dla swojej wyobraźni. W grę nie wchodziło żadne zacieśnianie więzi i dlatego to Styles w dalszym ciągu nie znał nawet jego imienia.
Harry mówił o wszystkim Liamowi, ponieważ trzymanie tego w sobie od początku zostało skazane na niepowodzenie. Raz, Liam naprawdę umiał podejść Harry’ego, a po drugie, Harry sam do końca nie wiedział jak sobie z tym poradzić. Liam był taki głosem zdrowego rozsądku i spełniał się w tej roli znakomicie.
Prawie.
— Powinieneś zastanowić się nad tym, kogo mógłbyś pieprzyć, a nie nad tym, kogo nie możesz mieć — rzucił Liam, gdy rozwalili się w salonie u państwa Payne oglądając jakiś mecz hokeja, który Harry’ego zbyt bardzo nie interesował, ale ich rozmowa i tak głównie była skupiona na tym kogo Harry mógłby zaliczyć w tym mieście i kogo Liam w tym mieście jeszcze nie zaliczył. I, cóż, lista z minuty na minutę robiła się coraz bardziej monstrualna.
— Nie powinieneś sprzedawać mi bajek o prawdziwej miłości? — mruknął Harry rozbawiony spoglądając na Liama popijającego swoje piwo.
— Bajki są dla dzieci, a ty jesteś już na tyle duży, że możesz pić ze mną piwo i oglądać mecz. Doceń to, gnojku — zaśmiał się Liam i klepnął Harry’ego w tył głowy, na co ten zareagował prychnięciem, a potem uderzeniem z pięści krocze Payne’a. Liam zawył z bólu skuliwszy się w sobie razem z piwem i odwrócił od Harry’ego. — Rozumiem, jestem zbyt seksowny i poniosły cię twoje niewyżyte hormony…
Harry nigdy nie spał ani z kobietą, ani z mężczyzną i Liam doskonale o tym wiedział, co czasami stanowiło dla niego materiał do różnych, dwuznacznych żartów, których nie oszczędzał nawet przy babci Harry’ego, ale na szczęście był na tyle „subtelny”, iż staruszka traktowała je z przymrużeniem oka.
Styles westchnął.
— I tak chciałbyś mnie przelecieć, przyznaj się — powiedział po chwili Liam z szeroki, głupim uśmiechem na twarzy i Harry tylko wywrócił oczami. Zawsze zachowywał się w ten sposób i o ile na początku dla chłopaka to zachowanie było peszące, to teraz zdążył się do niego przyzwyczaić.
— Chcę ci tylko powiedzieć, że takie zachowanie wobec mnie wciąż podlega karze więzienia… pedofilu.
— Mam piękną twarz, jestem seksowny i dobrze zbudowany… — Liam zaczął wyliczać znowu ignorując to, co Harry do niego mówił. Oczywiście, to było jak najbardziej celowe zachowanie, które tylko rozbawiało Harry’ego. Lubił towarzystwo i absurdalność jaką serwował mu Payne.
— On też jest dobrze zbudowany… — bąknął nagle Harry, patrząc tępo w taflę telewizora i Liam już wiedział, że Styles po raz wtóry odleciał do nieosiągalnego z każdej możliwej przyczyny kolesia.
— Jest STARY — przypomniał Harry’emu, na co ten tylko wywrócił oczami, ponieważ to był głównym argument Liama za każdym razem, gdy Harry tylko wspominał o swoim ulubionym kliencie.
— Nie wiesz, ile ma lat.
— Nie wiem czy pamiętasz, ale ostatnio z podnieceniem opowiadałeś mi chyba o wszystkich zmarszczkach na jego twarzy, więc, za przeproszeniem, mogę swobodnie strzelać. Pewnie ma z dwadzieścia pięć lat… To już o OSIEM lat za dużo — odparł całkowicie poważnie Liam, patrząc na Harry’ego dość nieprzychylnie; wcale nie podobał mu się taki stosunek chłopaka do tej sprawy i wytykał mu to na każdym kroku kiedy tylko mógł. Harry tylko spuścił głowę, zagryzając dolną wargę i wpatrując się z konsternacją w czubki swoich nóg.
— To śmieszne, że mówisz mi o tym, że powinienem kogoś przelecieć, a kiedy…
— Harry — przerwał mu nagle Liam i podniósł plecy, siadając na brzegu kanapy tuż obok Stylesa. — Mi się po prostu nie podoba to w jaki sposób się angażujesz. Przeważnie jesteś naprawdę dojrzały, ale teraz…
— Nie angażuję się! Nawet go nie znam, po prostu nigdy nie spotkałem takiego człowieka i jestem pod wrażeniem, okej? To nic wielkiego — burknął Harry. Nie podobał mu się taki obrót spraw. Liam najpierw prześmiewczo sugerował mu przelecenie połowy przystojnych chłopaków w szkole, a potem wychodził mu z wielce poważnym wywodem na temat Harry’ego i starszego mężczyzny. To nie kleiło się kupy.
Liam chciał już coś powiedzieć, ale wyraźnie zrezygnował i pokiwał głową.
— Po prostu obiecaj mi, że nie zrobisz niczego głupiego — mruknął w końcu. — Wiem, że taki związek może się wydawać gorący, ale…
— Nie wierzę, że TY mówisz mi coś takiego. — Harry był naprawdę oniemiały reakcją Liama i jego słowami, które teraz wręcz huczały mu w głowie. — Mam wszystko pod kontrolą, nie traktuj mnie jak napaloną nastolatkę.
Harry żałował, że cokolwiek powiedział Liamowi. Wiedział, że Payne nie miał nic złego na myśli, ale z drugiej strony wydawało mu się, iż znają się na tyle, by spokojnie o czymś takim porozmawiać. Nie sądził, że ktokolwiek może brać go za głupiego, zauroczonego w starszym mężczyźnie szczeniaka. To prawda, koleś wciąż przychodził do cukierni, ale Harry nie zawsze go obsługiwał, a jeśli — czasem rozmawiali, czasem się śmiali, ale nic konkretnego, na litość boską! Harry nie znał nawet jego imienia, więc wysuwanie tak dalekosiężnych wniosków przez Liama było po prostu śmieszne.
— Zgłodniałem! Zamówmy pizzę! — zawołał nagle Liam ku zaskoczeniu Harry’ego będącego w pełnej gotowości do zażartej dyskusji, ale wyglądało na to, że Liam zrezygnował z dalszych potyczek słownych z Stylesem. Harry odetchnął; choć niezbyt zgrabnie, temat jednak został zamknięty, ale to nie znaczyło, że Harry przestał się nad tym wszystkim zastanawiać.
I to jeszcze bardziej niż wcześniej.
~~~
— Zayn.
— Słucham? — Harry zamrugał oczami wpatrując się tępo w wyższego bruneta. Ledwo co zdążył wyłonić się zza lady w poszukiwaniu pudełek do zapakowania zamówień, które miał zawieźć Johny, a gdy z powrotem się wyprostował, on już po prostu tu był. Styles nie usłyszał nawet brzęczenia dzwonka przy drzwiach.
— Mam na imię Zayn. Nie przedstawiłem ci się — uśmiechnął się Zayn i nagle wyciągnął rękę w stronę Harry’ego. — Naprawdę miło poznać mojego ulubionego sprzedawcę — zaśmiał się wdzięcznie, a Harry wręcz zadrżał. Tak zwyczajnie się tutaj pojawił i tak bez żadnego szczególnego powodu wypowiedział swoje imię. Po dwóch tygodniach, w najmniej oczekiwanym momencie, Harry w końcu dowiedział się jak mężczyzna ma na imię.
To absurdalne, ale Harry wolał się na to przygotować — teraz nie wiedział jak się zachować, choć takie sytuacje powinny być ostatnimi jakie powinny sprawiać mu trudność.
— Och — wyrwało się chłopakowi, który przerzucił wzrok z twarzy Zayna na jego dłoń. Czuł jak jego twarz płonie rumieńcem i zdając sobie sprawę, że to co właśnie robi jest naprawdę idiotyczne automatycznie się zreflektował i chwycił dłoń Zayna mocno, a moment później Zayn potrząsnął nimi lekko. — Harry. Jestem Harry.
Styles był kompletnie sparaliżowany tym uściskiem, delikatnie wygiętymi ku górze kącikami ust Zayna, jego rozkosznie ciepłym i serdecznym spojrzeniem brązowych tęczówek, i po prostu tym jaką aurę roztaczał wokół siebie ten człowiek. I jak bardzo Harry stał się na nią wrażliwy.
— Po prostu pomyślałem, że to dziwne… przychodzę tutaj czasami prawie codziennie, a nawet nie znamy swoich imion — odparł Zayn, gdy w końcu puścili swoje ręce. Chyba zachowanie chłopaka go odrobinę zmieszało; złapał się za kark i zaśmiał nieco nerwowo. — Zresztą czułem się nieswojo, kiedy nazywałeś mnie per pan. Teraz jestem Zayn, w porządku?
— Oczywiście… Zayn. — Harry uśmiechnął się i nie był to w żadnym wypadku uśmiech wymuszony, a pełen niewysłowionej, głupiej uciechy i Harry miał tylko nadzieję, iż nie wygląda w tym momencie jak podniecony szczeniaczek, bo w żaden sposób nie potrafił pozbyć się tego wyrazu ze swojej twarzy. Jednocześnie miał cholerne wrażenie, że już gdzieś słyszał tę imię, tylko nie miał pojęcia gdzie, skąd i kiedy; jakby po prostu zalegało gdzieś w zakamarkach umysłu chłopaka czekając na odpowiedni moment.
Rzeczy potoczyły się szybko, choć Harry wątpił, by poznanie imienia Zayna miało jakikolwiek wpływ na ich relację. To był kolejny kroczek do luźnej przyjaźni między chłopakiem takim jak on, a mężczyzną takim jak Zayn. Przestał myśleć o tym dziwnym kłującym uczuciu, gdy widział twarz Zayna i miał cholerną pewność, że go zna. Ignorował też swoje coraz to śmielsze sny i przyłapywaniu się na tym, iż po raz kolejny rozmyślał o tym, jak muszą smakować usta mężczyzny.
Dni przemijały, a Harry wraz z końcem września wiedział, że powoli się zakochuje, kompletnie nic nie mogąc na to poradzić. Na początku próbował, ale było to silniejsze od niego. Błądził w mętliku własnych uczuć i pragnień, dając sobie nadzieję, by potem ją sobie odebrać i spróbować skupić się na czymś. Lecz ani szkoła, ani imprezy, ani nawet Liam nie potrafili wybić mu z głowy absurdalnych marzeń o Zaynie. Mimo że nie wiedział o nim podstawowych rzeczy, to czuł, iż spotkał najbardziej ciepłego, uroczego i pięknego człowieka na całym globie z uśmiechem zaraźliwym na tyle, by nie odwzajemnienie tego gestu można uznać za przestępstwo.
I Harry musiał to wszystko dusić w sobie, wrzucać na same dno świadomości i wzdychać. Tylko i wyłącznie wzdychać.
— Dlaczego myślę, że myślisz o tym, o czym myślę, że myślisz? — burknął Liam, gdy siedzieli u niego w pokoju grając w jakąś wyścigówkę, której nazwy Harry nawet nie znał i zbytnio nie skupiał się nawet na grze. Jego myśli powędrowały znów tam, gdzie nie powinny.
— Bo jesteś paranoikiem — odpowiedział mu grzecznie Styles, tępo patrząc w ekran małego telewizora.
— Nadal nie wiesz skąd go znasz?
— Nie… w zasadzie, już o tym nie myślę. — Chłopak wzruszył ramionami; akurat ta kwestia zaczęła go z czasem obchodzić coraz mniej, aż praktycznie w ogóle. Po prostu coś mu się wydawało, co z kolei wcale nie musiało być myślą przewodnią całej znajomości z Zaynem. Oczywiście, Liam zdawał się to wykorzystywać na niekorzyść węsząc w tym co najmniej coś podejrzanego.
— Więc jesteście… kumplami? — Liam zerknął na Harry’ego, a ten ostentacyjne wywrócił oczami. Payne tego nie chciał, ale po raz kolejny nieświadomie robił z ich rozmowy przesłuchanie, co nie tyle było męczące, a zwyczajnie irytujące. Jakby Harry był małym, nierozgarniętym dzieckiem, które należy wciąż pilnować.
— Tak, jesteśmy tylko kumplami — zaakcentował Harry obserwując piksele na tafli odbiornika. Przyzwyczaił się do samotnego cierpienia w tej kwestii i posiadał doskonałe pojęcie o tym, że ten stan się nie zmieni, ale ukuło go to, gdy podkreślał w głosie ten pozornie nic nieznaczący wyraz. W zasadzie, to nie wiedział nawet czy może nazywać się kumplem Zayna, a co dopiero kimś bardziej znaczącym. Potrząsnął głową.
To miała być tylko jego wyobraźnia, lecz Harry nie przewidział tego, że ta będzie chciała się wydostać na zewnątrz. Określenie kumple stało się zbyt niewystarczające, choć starał się w każdy sposób niwelować ten doskwierający niedosyt.
— Nie posądzam cię o nic — po prostu pytam, wyluzuj, stary. — Sztuczny ton Harry’ego wyraźnie zdezorientował Liama. Jakby Harry miał coś… na sumieniu. — Tylko pytam…
— Tylko pytasz, mhm — mruknął prześmiewczo Harry.
— Tylko pytam — odrzekł niewinnie Liam. — Twoje życie towarzyskie jest tak pokręcone, że można się w nim nieźle pogubić…
Moment później Payne ze śmiechem na ustach, musiał wykonać dość skomplikowany unik przed morderczym ciosem Harry’ego.
~~~
To niesamowite jak można zgrać się z innym człowiekiem i to z pewną różnicą wieku.
Jednak Harry nie myślał o tej różnicy wieku wcale, gdy Zayn po raz kolejny przekraczał próg cukierni i razem wpadali w pogawędkę jaką można byłoby określić mianem przeuroczej, gdyż za każdym razem Harry zachowywał się jak szczeniaczek próbujący opanować swoje podniecenie. I dziękował siłom wyższym, że Zayn zdawał się tego nie dostrzegać, bądź zwyczajnie to ignorował.
I tego dnia, Styles czekał cierpliwie po czternastej na swojego ulubionego klienta. W trybie ekspresowym pozamiatał na zapleczu i w głównej części cukierni, byleby nie patrzeć z wyczekiwaniem na zegar tak mozolnie przesuwający wskazówkami po tarczy. Jednocześnie własne zachowanie Harry interpretował jako kompletną głupotę w parze z dziecinadą, lecz nie znaczyło to, że zamierzał przestać. Kontynuował dalej działania sprzeczne z jego naturą i co więcej, nie czuł się z tym aż tak wybitnie źle.
Harry czyścił szmatką ladę, gdy dzwoneczek przy drzwiach oznajmił wejście do lokalu. Podniósł prędko wzrok ujrzawszy przed sobą małą, na oko czteroletnią dziewczynkę w uroczych brązowych kucykach po obu stronach głowy. Uśmiechnęła się do niego promiennie, więc odwzajemnił jej uśmiech, by chwilę potem przestać oddychać.
Do lokalu zaraz wpadł Zayn i pochwycił roześmianą dziewczynkę w ramiona, podnosząc do góry i dając pstryczka w nos. Harry nie zdążył sobie nawet tego poukładać, czy nawet ułożyć własne wyjaśnienie do zaistniałego wydarzenia, gdyż jedno zdanie, które wypowiedział w tamtej chwili mężczyzna zniszczyło dosłownie wszystko:
— A kto to ucieka tacie?
Harry próbował przełknąć gulę jaka narosła mu w gardle. Mogłeś się tego spodziewać — ta myśl huczała mu w głowie, gdy Zayn z własną córeczką na ramionach kierował się w stronę lady, a jego twarz przyozdabiał szeroki uśmiech.
— Maya, poznaj Harry’ego. Harry, to moja córka Maya — powiedział Zayn, a Harry starał się uśmiechnąć. Starał się. To dziecko nie było niczemu winne, nie umiał mieć pretensji do czterolatki, która swoim istnieniem zadała potężnego policzka jego własnym, skrytym pragnieniom. Ale to nic nie znaczy. Nic. Ta sytuacja jest kompletnie taka sama, jak z ulubioną gwiazdą, która po jakimś czasie się żeni. Choć wiemy, że nigdy nie była dla nas osiągalna, to i tak czujemy lekkie ukłucie. Trochę jak pies ogrodnika… tak, totalnie.
— Cześć, Harry! — zaświergotała wesoło dziewczynka wyciągając Stylesa z tych idiotycznych przemyśleń. Dziękować Bogu, bo swoim wewnętrznym pocieszaniem własnej osoby tylko coraz bardziej się dołował.
— Cześć, Maya — przywitał się z uśmiechem nieco szerszym, wciąż wierząc, że po chwili do cukierni wpadnie prawdziwy stwórca Mayi.
Bez szans.
— Miałem dzisiaj wolne, więc spędzałem czas z córką. Bardzo lubi wasze serowe babeczki z dżemem i postanowiliśmy, że wpadniemy. Prawda? — Maya zachichotała zawstydzona, a Harry silił się na rozbawienie tą jakże prześmieszną sytuacją. Najchętniej wyszedłby, ale w tym momencie musiał udawać, że wszystko jest jak w najlepszym porządku. Przecież było, prawda?
Jak to się stało, że Zayn ani słowem nie wspomniał o tym, że ma dziecko?
Harry w głowie analizował wszystkie ich rozmowy, ale nie przypomniał sobie, by Zayn kiedykolwiek o tym mówił. W sumie, nie rozmawiali o takich rzeczach. W sumie, to nie rozmawiali tak wiele, jak mu się wydawało. Ich tematy rozmów zahaczały raczej o wydarzenia z dnia dzisiejszego, takie jak wynik dzisiejszego meczu czy występy dobrych kapel w mieście. Konwersowali trochę o muzyce i filmach Woody’ego Allena, ze szczególnym naciskiem na kino niezależne. Och, i o grach komputerowych. W sumie, ich rozmowy były nic nieznaczącymi pogawędkami, z których mimo to, Harry czerpał cholerną przyjemność. Jak głupia, zauroczona trzynastolatka karmiąca się czymkolwiek, co tyczyło obiektu jej westchnień.
Tak mocno w tym momencie siebie nienawidził.
— To jak, ile babeczek zapakować? — zapytał, nie chcąc przedłużać tej niezbyt pożądanej formalności. Teraz jak nigdy pragnął, by Zayn jak najprędzej opuścił cukiernię wraz ze swoją nad wyraz uroczą córeczką.
— Dużo! — odezwała się Maya. — Bardzo dużo!
— Hmmm, sto wystarczy? — Harry uniósł brew, a Zayn roześmiał się na to, zachowując się jak jeden z tych rasowych ojców ponad życie uwielbiających swoje pociechy. Harry’emu chciało się wymiotować.
— Myślę, że trochę mniej. — Mała zdawała się być niezwykle elokwentna jak na niski próg wieku. Udając głębokie zamyślenie wypaliła po chwili: — Tak z osiemdziesiąt osiem, poprosimy.
— Jak sobie panienka życzy. — Harry ukłonił się lekko, a Zayn machnął mu dyskretnie otwartą dłonią. Chłopak pokiwał głową doskonale rozumiejąc aluzję i moment później pakował do firmowego pudełka pięć najładniejszych babeczek z wystawy, starając się jak najlepiej zamaskować swój pospiech.
— Muszę je policzyć — powiedziała, gdy Harry wręczył jej pudełko ze słodkościami. Otworzyła je powoli wyliczając: — Dla mamy, dla taty, dla mnie, dla Jimmy’ego… są wszystkie! — zawołała ucieszona, a Zayn tylko zerkał na chłopaka z uśmiechem, jakby każde jej słowo uchodziło za niesamowicie zabawne, a Maya była ósmym cudem tego świata. Z pewnością była.
Ale nie dla Harry’ego.
— Pięć dziewięćdziesiąt — wyrecytował Styles wewnętrznie plując się w brodę za swe marne aktorstwo. Na szczęście, Zayn tego nie dostrzegał. Zbyt zajęty był swoją słodką córeczką, niż miną Stylesa sugerującą przyszłe samobójstwo.
Harry czuł się niczym mały, porzucony szczeniaczek, wymieniony na lepszy model. Do cholery, on był cholernie zazdrosny o jakieś głupie dziecko! Nie wierzył, iż kiedykolwiek do tego dojdzie, zwłaszcza, że z reguły uznawano go za dość dojrzałego mimo prawdziwego wieku. W tej chwili powiewało to wyjątkowo słabym żartem. W zasadzie, żartem stał się również wyborny nastrój Zayna, który wręcz śpiewał, podczas gdy Harry musiał w końcu zejść z obłoczków swoich marzeń, wydające się jak nigdy dotąd, tak bardzo irracjonalne i zwyczajnie śmieszne.
— To do zobaczenia, Harry. — Zanucił wesoło Zayn, a Styles został wręcz otumaniony tym, w jak dobrym nastroju jest mężczyzna. Był nawet skory stwierdzić, że zachowanie Zayna to gra mająca na celu podrujnowanie psychiki chłopaka jeszcze bardziej, niż było to wskazane. Doskonale pojął znaczenie wylewającej się heteroseksualności mężczyzny, więc obyłoby się bez nadmiernego promieniowania radością z życia taty, naprawdę.
— Do zobaczenia. — odparł Harry przesłodzonym tonem, który jednak pozostał nie zauważony. Odliczał sekundy do wyjścia Zayna, który odwrócił się na pięcie i pomaszerował do wyjścia.
Maya jeszcze obróciła głowę w stronę Harry’ego, by pomachać mu rączką. Kącik jego ust ledwo drgnął, ale udało mu się stworzyć na twarzy coś w kształcie przypominające uśmiech.
Chyba.
~~~
Szkoła, wbrew pozorom, określała epicentrum wszechświata Stylesa. Wokół niej kręciło się życie towarzyskie, plany na przyszłość, radość rodziny ze wspaniałych wyników, praca w cukierni i przede wszystkim wszelkie nadzieje związane z wyjazdem do Londynu.
Harry stanowił przykład ucznia idealnego — uważał na wszystkich lekcjach, zawsze posiadał pracę domową, własne notatki, a najniższa ocena ze sprawdzianu jaką miał to B. Nie był zbyt lubiany w klasie, głównie przez męską część stada, ale całkowicie mu to nie przeszkadzało. Nie potrzebował kumpli tutaj, wystarczył mu Liam i jego pokręceni znajomi. Przynajmniej tak sobie to tłumaczył, gdy po raz kolejny spędzał samotny lunch w szkolnej stołówce; tęsknił za starymi znajomymi w Holmes Chapel, lecz wiedział też, iż tęsknota nie załatwi mu studiów w Londynie. Musiał poświęcić pewne rzeczy i był na to gotów.
W sumie, Harry pozostawał trochę samotny z własnego wyboru. Nie bratał się szczególnie z nikim, odrzucił parę zaproszeń ze strony damskiej części klasy i jasno określił się jako typ klasowego „wyrzutka”, który jednak nie pozwoli się poniżać, ani tym bardziej wykorzystywać. Młodzież licealna bywa dość trudna w tych czasach, jak to powiedział kiedyś Liam i miał cholerną rację. Choć Harry’emu zajęło trochę czasu przystosowanie się do nowego środowiska, to jednak mu się to udało. Przy małej pomocy Liama oraz własnemu zacięcia jakoś odnalazł swoje miejsce. I nie było tak źle, jakby się mogło wydawać.
Dzisiejsza sobota miała być przeznaczona na dokładne przetrzepanie wszystkich notatek z biologii, ponieważ zbliżał się dość ważny test mający duży wkład w ocenę na semestr. Na pewno byłoby łatwiej, gdyby nie męczył go Zayn. Nadal wyrzucał sobie własną zuchwałość, mimo że minęły już dwa tygodnie; lecz przez te dwa tygodnie Zayn zdążył parę razy wpaść do cukierni i teraz na pewno nie umknął mu dziwny chłód ze strony Harry’ego. Chłopak nie chciał postępować w ten sposób, ale uznał to za najlepszą drogę do szybkiego zapomnienia o mężczyźnie. Robił to tylko i wyłącznie dlatego, by oszczędzić sobie zawodu. Musiał zająć się swoją przyszłością, a nie kimś tak nieosiągalnym i wręcz zakazanym.
Kawałek przyszłości tkwił w cholernych notatkach z biologii i choć Harry tłumaczył to sobie na milion sposobów, to jego myśli drążyły tylko jeden wyraz.
Zayn. Zayn. Zayn.
Czemu tak się go uparł? To podchodziło pod niezdrowe obsesje, które nigdy Harry’ego nie tyczyły, aż do tego momentu, gdy po raz pierwszy zobaczył mężczyznę. W tej chwili było coś magicznego. Cholera, to w Zaynie było coś magicznego! Coś czego nie potrafił określić. Coś, co ciągle wracało do chłopaka ze zdwojoną siłą nie dając spokoju. Wszystko krzyczało, że to niezdrowe, złe i po prostu nierealne. A mimo to Harry Styles z przyjemnością oddawał się myślom poświęconym Zaynowi, każdemu milimetrowi jego twarzy i brązowym, głębokim oczom…
Nawet nie wiedział kiedy chwycił po swój wysłużony telefon i wybrał numer do Liama.
— Gdzie jesteś? — wypalił Harry, gdy Liam cokolwiek zdążył wypowiedzieć. Z pewnością został zaskoczony tym telefonem, albowiem Harry rzadko kiedy wychodził w soboty, które z reguły wolał poświęcać nauce niż przedniej zabawie w towarzystwie Liama i paru innych osób.
— Cześć, młody — zaśmiał się donośnie, na co Styles wywrócił oczami; stanowczo był ze swoimi starszymi kolegami, więc grzeczności między nimi nieco się zmieniły. — Jesteśmy w pubie, chociaż w sumie mieliśmy zbierać się na jakiś grubszy melanż u Juney… Jun? Jane! — wypalił po otrzymaniu odpowiedzi w postaci kilku stłumionych chichotów. — Jane, jakaś tam znajoma Andy’ego. Znajoma znajomego Andy’ego tak w sumie…
Harry westchnął.
— Jak bardzo jesteś nietrzeźwy w skali od jednego do dziesięciu?
— Jedenaście…?
Liam potrafił zachowywać się tak niedojrzale i głupio, że czasami dziwiło to nawet Stylesa.
— Słuchaj, ‘Arry, chcesz wpaść? Możemy po ciebie podjechać.
Na to właśnie czekał.
Niezbyt długo zajęło mu umówienie się, ale miał około piętnastu minut, by z licealnego kujona w starym dresie zamienić się w kogoś, którego sam widok powoduje udany wieczór. Oczywiście, wierzył swój urok, ale w chwili gdy wyglądał jak ktoś po odwyku, w kompletnie poczochranych włosach i pilnie potrzebującego prysznica, musiał działać szybko.
Po szybkim prysznicu, wyszczotkowaniu zębów i ogarnięciu swoich loków, które na szczęście tego dnia go nie zawiodły, Harry otworzył szafę z kompletną pustką w głowie, jednak po chwili chwycił jakieś jasne, beżowe spodnie i niebieską koszulę nakładając je na siebie z prędkością równą światłu. Prawdopodobnie cud sprawił, że w tym swoim pośpiechu nie zaplątał się w ubraniu.
Schodził już po schodach pakując portfel i telefon do kieszeni, gdy usłyszał dźwięk klaksonu.
— Harry?
Cholera jasna.
— Babciu… — odwrócił się powoli przyozdabiając swoją twarz szerokim uśmiechem. W tym całym pośpiechu i chęci wyczyszczenia myśli z niepotrzebnych osób, zapomniał o głównym szefie tego domu.
Arielle Cox wpatrywała się w własnego wnuczka na tyle podejrzliwie, że Harry automatycznie skulił się w sobie, jakby miał w planach na dziś jakieś okrutne zbrodnie wobec rodzaju ludzkiego.
I szczerze powiedziawszy, to jednak miał.
— Gdzie się wybierasz, Harry? Jest już dziesiąta — odparła kobieta zaspanym głosem. Zapewne oglądała telewizję w salonie powoli przysypiając, a Harry hałasujący na piętrze i schodach musiał ją rozbudzić.
— Idę z Liamem. Właśnie podjechał z przyjació…
Nie dokończył, gdyż nagle w całym domu rozległ się dźwięk dzwonka.
— Otworzę — zakomunikował prędko i ruszył ku drzwiom, zanim Arielle zdążyła jakkolwiek zareagować.
Obrazek, który ujrzał za drzwiami różnił się nieco od tego oczekiwanego. Nie zobaczyli Liama, a chłopaka ze szkoły Harry’ego. Styles ledwo go kojarzył, ale był pewien, że widział blondyna czasami na przerwach. Tylko pytanie brzmiało: skąd on się tutaj znalazł?
— Cześć. Dobry wieczór. — Chłopak pochylił lekko głowę w geście powitania i ponownie przerzucił wzrok na Harry’ego. — Czekamy już na ciebie, Harry i postanowiłem sprawdzić, czy się nie rozmyśliłeś.
Czyli nie była to pomyłka, a Liam faktycznie posiadał jakieś znajomości z tajemniczym blondynem. Harry pokiwał lekko głową; ta sytuacja stała się trochę niekomfortowa. Nie znał nawet jego imienia, więc jakim cudem miał go przedstawić staruszce i otrzymać zgodę na wyjście? Mógłby wyjść, ale wtedy przyprawiłby się o kobiecy foch, przyszły zawał kobiety i parę innych, niezbyt zachęcających do wyjścia czynników. Szanował Ariellę Cox jak nikogo innego i nie chciał stracić jej zaufania, zwłaszcza w tak idiotycznej intencji.
Liam musiał być bardzo, bardzo nietrzeźwy skoro wyręczył się kolegą, którego nawet Harry nie znał.
— Dobrze, Harry. Leć — powiedziała nagle kobieta, a Harry starał się jak najbardziej zniwelować nadchodzące objawy szoku. — Zasługujesz na trochę zabawy i odetchnięcia od tych głupich książek. Tylko bądź rano, zanim wstanę — mrugnęła do wnuka rozbawiona, ale Harry wiedział, iż mówiła całkowicie poważnie.
— Będę go pilnował. — Tajemniczy blondyn uśmiechnął się szeroko. Arielle pokiwała tylko głową, życząc im udanej zabawy, więc Harry korzystając z tego, że staruszka jeszcze się nie rozmyśliła, włożył buty oraz narzucił a siebie kurtkę; szybko się pożegnał chwytając nieznajomego za ramię i czym prędzej zamknął drzwi od zewnętrznej strony.
Wpatrywali się sobie, stojąc na ganku przed domem, w ciemnościach łamanych odrobiną światła z okna w kuchni.
— Kim ty, do cholery, jesteś? — wymamrotał Harry ruszając w stronę samochodu, a blondyn podążył za nim.
— Niall Horan. Chodzimy razem do szkoły — odparł zrelaksowanym głosem, kompletnie ignorując przy tym lekkie rozdrażnienie Harry’ego. Z pewnością Styles nie lubił takich niespodzianek i było to widać gołym okiem.
— Wiem.
— W porządku.
Dotarli do samochodu, gdzie przez szybę dostrzegł Liama rozmawiającego przez telefon, siedzącego obok Mariusa oraz Andy’ego za kierownicą. Ten ostatni szybko ich zauważył i uśmiechnął się szeroko do Harry’ego.
— Uhm… Harry — rzucił nagle kędzierzawy chłopak, zanim otworzył tyle drzwi. Wyciągnął rękę w stronę Nialla. — Miło poznać, mimo nieco… nieważne, miło poznać.
— Niall, mi również — odparł wdzięcznie Horan uściskawszy dłoń Harry’ego. Po chwili znikł, zajmując miejsce pasażera kierowcy.
Styles, zmieszany nieco tym niezbyt trafionym przedstawieniem się z jego strony, szybko zajął miejsce przy Mariusie, by chwilę potem z całej siły uderzyć Liama — wciąż beztrosko gawędzącego przez telefon — w ramię.
Efekt był jednak odwrotnie proporcjonalny od tego, do którego zmierzał.
— Ooooch, cześć ‘Arry. Jak się masz? Poczekaj, bo na razie prowadzę trudną rozmowę biznesową — rzekł wesołym głosem, po czym ponownie przylepił czoło do szyby i zaczął mamrotać do słuchawki telefonu.
— Co on pił…?
— On nie pił. On wchłaniał — odparł całkowicie rozbawiony Marius, a Harry spojrzał na Liama z autentycznym przerażeniem. Już widział w rozweselonym uśmieszku Payne’a, że na odpowiednie wyjaśnienia będzie musiał poczekać do samego rana, o ile nie dłużej.
~~~
Harry bardzo szybko przekonał się o tym, że Liam zażył trochę więcej promili niż zazwyczaj z jednego, banalnego powodu.
Powodem tym była, rzecz jasna, kobieta.
Mógł się tylko domyślać, że kolejny związek Payne’a zakończył się tak zwanym fiaskiem i choć mężczyzna często zarzekał się, iż takie rzeczy nie robią na nim wrażenia, to jego dzisiejszy stan mówił sam za siebie.
Tak czy inaczej, stan Liama w żaden sposób nie przeszkadzał mu, by ruszyć na domówkę, gdzie najprawdopodobniej wypije jeszcze więcej i Harry zastanawiał się, jak wróci do domu. On i Liam. A w zasadzie bardziej on, bo Payne był chociaż pełnoletni, a pałętający się nocami nastolatek łamał prawo. Jednak te przemyślenia nie mogły być tematem dzisiejszego wieczoru, bo w końcu Harry pragnął się rozerwać i być może znaleźć kogoś, z kim mógłby spędzić całkiem miły wieczór…
Gdyby to było takie proste.
Jako najmłodszy z ich męskiego stadka dość szybko został porzucony, ale nie mógł mieć za złe Liamowi, że urżnął się jak świnia i zaczepiał każdą kobietę, która chociaż na niego zerknęła. Styles postanowił nie przyglądać się tym poczynaniom ani nie pisnąć słówkiem w myśl zasady: „Będę wypominał mu to do końca życia. Mojego życia”. Zaczynał odrobinę żałować, iż zdecydował się na taki wypad, ale wiedział też, że siedzenie w domu w końcu by go wykończyło. Potrzebował tego, nieważne jak bardzo mózg podpowiadał mu, że to najgorszy wybór z możliwych.
Domówka czy też bardziej rzeź niewiniątek wyglądała jak każda, typowa impreza tego typu. Mnóstwo ludzi, alkoholu, zajętych sypialni na pierwszym piętrze, nikt nie wie gdzie jest organizatorka całego przedsięwzięcia i, oczywiście, głośna muzyka dudniąca w każdej komórce ciała. Harry pokierował się do jedynego, słusznego miejsca na tę chwilę.
Do kuchni.
Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa miał tam znaleźć zapasy alkoholu, ewentualnie coś do przegryzienia oraz parę na stole. Z tych wszystkich rzeczy znalazł dwie: parę, a w zasadzie miłosny trójkąt na stole wraz z zapasem wódki i piwa, który upoiłby małą armię. Pomieszczenie wyglądało jak pobojowisko i Harry szczerze współczuł osobom mającym to później sprzątnąć.
— Tu jesteś. — Szept owiał jego policzek i Harry odruchowo odskoczył wraz z piwem.
— Szukałeś mnie? — wymamrotał patrząc na Nialla, który uśmiechał się do niego w całkowitym rozbawieniu.
— Można tak powiedzieć.
— Myślałem, że poszedłeś z Liamem.
— Każdy rozszedł się w swoją stronę i znalazł własne zajęcie. — Wymowne zaakcentowanie dwóch ostatnich słów było nad wyraz zrozumiałe. Harry tylko pokiwał głową, po czym rozejrzał się na boki. Udawanie, że za jego plecami dwóch gości nie dobiera się do dziewczyny zaczynało być trudne, więc wolał nie przedłużać swojego pobytu tutaj.
— Duszno tutaj… chcesz wyjść na zewnątrz? — zapytał nagle Niall, jakby domyślił się tego, co chodziło po głowie Harry’ego. Jego bezpośredniość nieco oszołomiła Stylesa, dlatego przez moment wpatrywał się w niego oniemiały, by następnie zdać sobie sprawę z tego, jak idiotycznie to musi wyglądać. Odchrząknął.
— Jasne, czemu nie — odparł, a Niall wziął jeszcze piwo i po chwili opuścili kuchnię, kierując się w stronę tyłu domu, na którym, jak Harry podejrzewał, musiał być sporej wielkości ogród. Właściwie, to dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jest ciągnięty przez Nialla, jakby ten bał się, iż Styles zaginie gdzieś w tłumie pijanych, spoconych ciał.
Ogród stanowił mało zaludnioną część zbiorowiska, składającą się z ogromnego trawnika, żywopłotu szczelnie chroniącego przed wścibskimi sąsiadami, a także wiszącą ławką ulokowaną tuż przy domu. Świeże powietrze było jednak lepszą alternatywną, niż duchota w śmierdzącym budynku, skąd wciąż dudniła muzyka.
Czuł się dziwnie, ale nie okazywał tego w żaden sposób. A przynajmniej w żaden świadomy sposób. Horan chyba na całkiem serio wziął przyrzeczenie nadane Arielle, co spowodowało, że na ustach Harry’ego pojawił się lekki cień uśmiechu.
— Co jest takie zabawne? — Blondyn uniósł brew przypatrując się Harry’emu zajmującemu miejsce na drewnianej huśtawce. Niall zrobił to samo upiwszy łyk piwa z puszki.
— Nic. Zastanawiam się, skąd znasz Liama… szczerze mówiąc, to nawet o tobie nie wspominał — przyznał Harry obracając w dłoniach własne piwo; właściwie to nawet nie miał na nie ochoty. Zerknął na Horana. — Widziałem cię parę razy na szkolnym korytarzu.
— Nie wspominał, bo mnie nie znał. Jestem kumplem Andy’ego. To ja jestem tym znajomym Jane — zaśmiał się wesoło kontynuując opróżnianie trunku. — Też cię widziałem. Rzucasz się w oczy — mrugnął do Harry’ego, a ten parokrotnie zamrugał oczami w lekkim szoku. Gdyby pozwolił swoim myślom na większą śmiałość, to stwierdziłby, iż Niall z nim flirtuje. Ten gest mógł być czysto przyjacielski, ale pomiędzy zwyczajne przyjaźniącymi się mężczyznami rozmawiających sam na sam nie występuje coś, co może być odebrane tak dwuznacznie.
Harry przełknął ślinę.
— Dzięki…?
Niall zachichotał cicho.
— Nie wyglądasz na takiego nieśmiałego na szkolnym korytarzu.
— Skąd pomysł, że jestem nieśmiały? Może zwyczajnie cię oceniam i zastanawiam się? — Harry uniósł zawadiacko brew i w końcu zamoczył usta w ujściu puszki, by skosztować piwa. Smakowało paskudnie, więc ledwo co powstrzymał się od ostentacyjnego skrzywienia.
— Ale to dobrze. To, że mnie oceniasz oznacza, że nie odrzuciłeś mnie już na samym stracie. Może mam szanse na pozytywne rozpatrzenie swojej osoby. — Niall wyszczerzył się szeroko i Harry nie potrafił się nie odwzajemnić tego uśmiechu.
Nie zorientował się nawet kiedy zaczęli coraz swobodniej; dowiedział się, iż Niall chodzi do ostatniej, trzeciej klasy i ma zamiar zostać weterynarzem. Harry podzielił się swoimi prowizorycznymi planami na przyszłość. Zwyczajna luźna pogawędka wydłużyła się w czasie i Harry nim się obejrzał siedział dość blisko chłopaka, a puste puszki leżały na trawniku pod ich nogami. Sporo puszek. Niall zdążył donieść im trochę „prowiantu” w postaci dodatkowego alkoholu. Być może dlatego tak miło się rozmawiało…?
Owinął się szczelniej kurtką; październikowe noce potrafiły być mroźne, o czym właśnie się przekonywał. Niall wydawał się naprawdę fajnym gościem, o ile Harry ignorował wszelkie dwuznaczne gesty i niekiedy słowa. To zawsze było reakcją obronną na wszelkie „zaczepki” tego typu ze strony tej samej płci. Harry wolał zachowywać dystans, niż wyjść na śmiesznego, nachalnego homoseksualistę. Nie chciał być uznawany za kogoś napalonego na każdy, najdrobniejszy znak — nagabywanie to ostatnie, czego pragnął. Musiał dostać wyraźny sygnał, ale tego tutaj brakowało. Zresztą, o ile Niall Horan był w porządku, to o tyle Harry nie był nim zainteresowany bardziej niż koleżeńsko.
Niestety Niall tego nie wiedział, a Styles nie dysponował wystarczającym zasobem pewności siebie, by powiedzieć to wprost.
— Harry… — zamruczał Niall pochylając się bardziej nad Harrym, podczas gdy ten wytrzeszczył oczy niemo przyglądając się poczynaniom Horana, które z sekundy na sekundę podobały mu się coraz mniej. — Myślałem, że moglibyśmy wyjść gdzieś razem. Tylko ty i ja.
Więc Niall Horan go jednak podrywał.
— Czy to zaproszenie na… randkę? — zapytał Harry wprost, mając nadzieję, że Niall za chwilę go zwyczajnie wyśmieje.
— Tak.
Styles zacisnął usta w wąską linię pokiwawszy głową i moment później wstał. Wsadził ręce do kieszeni i odwrócił się w stronę wciąż siedzącego Horana patrzącego na chłopaka przed nim w oczekiwaniu na cokolwiek. Zdecydowanie z tego stanowiska lepiej przemawiało się Stylesowi.
— Czy Liam powiedział ci o mojej orientacji? — wyszeptał najciszej jak tylko potrafił. — Że jestem… jestem gejem?
— To coś złego? Jesteś… zajęty?
— Powiedzmy — odparł odruchowo.
Harry był zaskoczony swoją odpowiedzią nie mniej niż Horan.
— Przepraszam, ja… Liam o tym nie wspominał. — Niall wyraźnie się zmieszał, ale teraz nie to było ważne. Harry zastanawiał się co u licha przyszło Liamowi do głowy? Był wściekły na Payne’a za wkręcanie go w coś, czego nie chciał. Do cholery, przecież znał Stylesa na tyle, by wiedzieć, że Harry’emu stanowczo się to nie spodoba, nawet jeśli intencje są jak najbardziej szczere. Nie, to na pewno miało związek z Zaynem. Tego Harry był niemalże pewien.
— W porządku. Zabiję go później.
Niall parsknął śmiechem, ale widząc śmiertelnie poważne spojrzenie Harry’ego ucichł momentalnie.
— Trochę jest teraz niezręcznie — przyznał blondyn po chwili ciszy, zanim Harry otworzył usta, by poinformować go o prawdopodobnym odwrocie w stronę domu.
— Cóż, przyzwyczaiłem się — mruknął rozbawiony Harry i wzruszył ramionami. — To całkiem w stylu Liama.
— Szkoda, że nie podszedłem do ciebie wcześniej — mruknął nagle Niall, a Harry zarumienił się lekko, a przynajmniej tak mu się wydawało. Policzki piekły go niesamowicie i miał tylko nadzieję, że Niall tego nie zauważa w ciemnościach.
Nie miał zbyt wielu okazji do flirtu — życie uczuciowe Harry’ego stało w martwym miejscu, a ten nie robił nic aby to zmienić. Przyzwyczaił się do swojego statusu, bo w końcu nie było tak, że nie miał nic do roboty. Narzucenie na siebie tylu obowiązków skutecznie zniszczyłoby wszystko w zarodku, więc nawet nie próbował.
Westchnął.
Mógłby, prawda? Mógłby, ale nie potrafił, gdy myślał o kimś takim jak Zayn. To okrutne, ale w jego mniemaniu Niall nie dorównywał Zaynowi nawet w jednej setnej. A Harry nie dorównywał Zaynowi, który, przy okazji, był heteroseksualny do bólu. Nieosiągalny. Całkowicie nieosiągalny. A mimo to Harry nie umiał wyrzucić go z głowy.
Żałosne. Zdecydowanie żałosne.
— Wiesz, dzięki za to… wszystko dzisiaj. Było miło. — Harry uśmiechnął się lekko. — Będę się zbierał.
— Odprowadzić cię?
— Nie, dzięki. Zamówię sobie taksówkę. — Pokręcił głową; czuł, że i tak wykorzystał Nialla, mimo że to nie była jego wina. Nie chciał robić mu żadnych nadziei. Dlaczego Liam tak wszystko cholernie pokomplikował?
— Cóż. Gdyby ci nie wyszło… chociaż mam nadzieję, że wyjdzie… w sumie to nie… ale, ale! — Niall poruszył zabawnie brwiami. — Po prostu odezwij się, jeśli będziesz chciał pogadać.
Harry przygryzł wargę wyginając usta w uśmiechu. Niall naprawdę wydawał się kimś świetnym, kimś z kim można byłoby się zaprzyjaźnić i spędzać wolne wieczory. Według wszelkiego logicznego myślenia, Horan był kimś, komu warto dać szansę; kogoś, w kim warto się zakochać. Zaryzykować.
Problem polegał w tym, że Harry nie potrafił ryzykować.
~~~
Minęły cztery dni. Cztery pełne dni, podczas których Liam nie odzywał się do Harry’ego, a Styles również nie poczuwał się do jakiegokolwiek kontaktu z nim. Milczenie Payne’a było jednak całkowicie zrozumiałe przez Harry’ego — Liam zwyczajnie wytrzeźwiał, zdał sobie sprawę ze swych zbrodni i po prostu czekał, aż Harry’emu trochę minie minie, co wcale takie trudne nie było, zważywszy na to, że Liam miał pracę i masę innych obowiązków. Styles zresztą też, dodatkowo musząc wysilać się nad unikaniem Nialla w szkole. Wciąż miał jakieś głupie wyrzuty sumienia, a osoba blondyna tylko o tym mu przypominała.
Zmowa milczenia została przerwana w czwartek, gdy Liam w końcu dorósł do tego, by zwrócić Harry’emu za taksówkę i zrekompensować wpadkę z Horanem w postaci przejażdżki do znajomej Liama studiującej w Liverpoolu.
Bardziej nie mógł go przekupić.
Harry po skończonych zajęciach w szkole czekał na Payne’a stacjonując na przystanku tuż obok hipermarketu; umówili się na piątą, bo o tej właśnie porze Harry był wolny. Postanowił podjechać autobusem w miejsce, gdzie mężczyzna będzie mógł bez problemu zajechać po drodze, bez zbędnego przedłużania. Arielle i tak ledwo zgodziła się na ten wypad, w głowie wciąż mając sobotniego Harry’ego śmierdzącego alkoholem i fajkami. O ile ostatnie nie było jego winą, to pierwsze już bardziej. Na szczęście prawie wzorowa postawa i całkiem sprawne wypowiadane myśli, uratowały go przed katastrofą zwaną powszechnie szlabanem.
Owinął się szczelniej szarym szalikiem wyklinając w duchu Liama spóźniającego się już dziesięć minut. Liczył, że to kwestia korków, a nie samego Payne’a, którego w naturze nie leżało spóźnialstwo.
Ale nie tym razem.
Gdyby burczenie w brzuchu nie straszyło ludzi w pobliżu przystanku, Harry mógłby nawet wybaczyć Payne’owi tę niesubordynację. Pal licho piekące od mrozu policzki i pośladki, które powoli przestawał odczuwać jako integralną część swojego ciała.
Zdjął słuchawki z uszu, gdzie niejaki Ed Sheeran umilał mu czekanie swoim głosem i wyjął z kieszeni telefon, gotów napisać monolog o treści mocno cenzuralnej, pełny żalu, nienawiści oraz trwogi.
I wtedy usłyszał ten anielski, głęboki głos.
— Pieprzone cholerstwo! Kurwa mać!
Harry bał się odwrócić do będącego za nim parkingu Tesco, ale radość, choć absurdalna, wygrała ze strachem.
Jego oczom ukazała się czerwona honda, Maya w puchatej, czerwonej kurtce przypominająca małego pomidora, wraz z wypiekami na twarzyczce, oraz Zayn pochylony nad otwartą maską samochodu. Nie wyglądało to dobrze, choćby dlatego, że z prawdopodobnie silnika, wydobywał się siwy, gęsty dym; do nozdrzy Harry’ego dostał się nieprzyjemny zapach, na który skrzywił się momentalnie. Nawet nie zastanawiał się, ile musiał stać w słuchawkach za kompletnie niczego nieświadomym Zaynem, wykrzykującym te niecenzuralne słowa.
— Zayn? — zapytał jeszcze dla wszelkiej pewności, a gdy mężczyzna podniósł głowę, serce Harry’ego podskoczyło w klatce piersiowej. Zaynowi chyba też, bo jego mina sugerowała stan przedzawałowy i Styles wierzył, że to nie jego wina. Chyba.
Maya urzędowała w metalowym wózku pełnym zakupów i od razu zareagowała na postać Harry’ego, odpowiednim dla siebie natężeniem dźwięków:
— Haaaaarry! Tato, tato! To Harrrrryyyyyyy!
Styles odpowiedział jej przelotnym uśmiechem i postawił parę kroków w stronę Zayna.
— Tak… Cześć, Harry. Wybacz, ale nie mam czasu na pogawędki, jestem trochę zajęty… — Mężczyzna westchnął. Harry przyjrzał się mu — twarz mężczyzny prezentowała skrajne zmęczenie, o czym świadczyły sińce pod oczami oraz poszarzała cera, a parodniowy zarost sugerował brak czasu na spotkanie z maszynką.
— Tata się złości, bo ten pierdolony samochód nie działa — wytłumaczyła grzecznie Maya, a Zayn wytrzeszczył oczy wpatrując się w córkę z przerażeniem. Parę starszych pań na przystanku posłało oburzone spojrzenia. Harry stłumił gromki wybuch śmiechu.
— Maya! — krzyknął Zayn. — Nie wolno tak mówić!
— Ale tata sam tak powiedział. — Dziewczynka próbowała się bronić. — Nie wolno mówić „zepsuł się”?
— Nie, tego innego słowa…
— Samochód?
Scena kreowała się co najmniej komicznie, gdy ojciec próbował wytłumaczyć swojej córeczce zasady dobrego wychowania zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych. Ale Zayn w gruncie rzeczy wyglądał na coraz bardziej bezradnego, zmęczonego i zrezygnowanego, co powodem do śmiechu już nie było. Harry’ego dopadła pewna myśl, lecz zanim zdążył w głowie przedstawić sobie wszystkie za i przeciw jego usta same powiedziały:
— Jeśli chcesz, to mogę cię podrzucić do domu, a po samochód przyjdziesz jutro. Mój kolega zaraz tu będzie z samochodem, czekam na niego.
Zayn wydawał się zszokowany tą propozycją i Harry zaczął naprawdę wątpić w samego siebie.
— Absolutnie nie mogę cię wykorzystywać, a tym bardziej twojego kolegi. Zresztą, muszę jeszcze jechać po syna i naprawić samochód. — Zayn stanowczo pokręcił głową, podczas gdy Harry właśnie trawił to, co zostało mu przekazane. Jego mózg kotłował tylko jeden wyraz.
Co…?
— Och... uhm… — bąknął Styles nieco przytłoczony informacjami, które właśnie do niego dotarły, lecz tym razem robił zdecydowanie lepszą „dobrą minę do złej gry”, czy jakkolwiek mógł to nazwać. — Możemy też zawieźć twój samochód do warsztatu. To nie jest problemem, mówię całkowicie poważnie!
Zayn zachichotał.
Chwila, co?
— Nie sądzę, aby…
— Nalegam — przerwał mu Harry, choć wewnętrznie wcale taki stanowczy nie był, ale nie mógł zostawić Zayna tutaj samego z tym samochodem, bajzlem i małym pomidorem z dwoma, nieśmiertelnymi kucykami.
— Jesteś pewien? Nie chcę się narzucać, Harry.
— Absolutnie. Liam na pewno też będzie chciał pomóc. I tak nie mieliśmy nic ciekawego do roboty — odparł pospiesznie chłopak, co spotkało się z kolejnym, tajemniczym uśmiechem ze strony Zayna.
Pomijając fakt, że Liam prawdopodobnie go zabije, Harry był przekonany o słuszności swojej idei niesienia pomocy seksownemu mężczyźnie, w którym odrobinkę jest zakochany. Wierzył, że jakoś Payne’a przekona, weźmie na litość, zagrozi, być może nawet dyplomatycznie wynegocjuje czy też ostatecznie wystosuje porwanie. Cokolwiek. Harry znów tracił swój zdrowy rozsądek na rzecz przenikliwych, brązowych oczu i po raz kolejny nie czuł z tego powodu żadnych wyrzutów.
— Jakoś nie mogę uwierzyć w to, że licealiści nie mają nic ciekawego do roboty. — Zayn uniósł zawadiacko brew, a policzki Harry’ego automatycznie zapłonęły rumieńcem, jakby mężczyzna sugerował mu co najmniej planowanie dzikich, grupowych orgii zakrapianych alkoholem.
— Po prostu nic ambitnego, okej? — bąknął Styles poprawiając szalik, a Zayn tylko zaśmiał się patrząc wprost na chłopaka. Przez moment prawie uwierzył, że mężczyzna przejrzał na wylot jego wszystkie zamiary, ale on naprawdę chciał mu pomóc. Tak po prostu, bez żadnych podtekstów i szczerze. To, że sam musiał siebie przekonywać o czystości swych zamiarów, wcale nie ujmowało owej czystości jego poczynaniom.
Zayn opowiedział pokrótce Harry’emu o swojej przygodzie zwanej obowiązkami życia męża i ojca — jego pracująca żona została zmuszona do wzięcia nadgodzin, przez co Zayn musiał zwolnić się z pracy, odebrać córeczkę, zrobić zakupy i odebrać syna, i wszystko byłoby wręcz świetnie, gdyby jego samochód zechciałby współpracować z jego planami.
Maya w czasie krótkiej opowieści zdążyła zasnąć wtulona w paczkę papieru toaletowego
— Żona mnie zamorduje — westchnął po chwili, a Harry odliczał sekundy do przybycia Liama, kiwając tylko głową. Te całe rodzinne sprawy były dla niego kompletnie obce; co mógł Zaynowi powiedzieć…? Poczuł się jeszcze bardziej młodszy i infantylny, niż w rzeczywistości był. Jedynym plusem pozostawało to, że kolejne wiadomości o jego potajemnym obiekcie westchnień nie zmiażdżyły go tak bardzo, jak podejrzewał.
W momencie, w którym chciał zaskoczyć mężczyznę jakąś przełomową, podnoszącą na duchu przemową, jego oczy wyłapały wjeżdżający na sklepowy parking jeep należący do Liama. Zastygł z lekko rozchylonymi ustami, a gdy samochód znalazł jakieś miejsce, chwilę później w kieszeni kurtki zawibrował telefon.
— Poczekaj tu chwilę, zaraz przyjdę! — krzyknął Harry i pospiesznie ruszył w stronę Payne’a, który wysiadł z samochodu i rozglądał się z Stylesem.
— Musisz mi pomóc. Musisz. Nie masz wyboru! — wysapał Harry, kiedy wreszcie dotarł do Liama, czym kompletnie go zaskoczył. Żwawe przebiegnięcie ponad dwudziestu metrów spowodowało, że twarz Harry’ego stała się jeszcze bardziej rumiana, a marna kondycja dała się we znaki.
— Co się stało?
— Z—Zayn!
— Co do cholery z tym Zaynem?
— Spotkałem go!
— I…?
W chwilą, gdy Harry zaczął opowiadać mina Liama robiła cię coraz trudniejsza do rozczytania kwitnących na niej emocji. Żywa gestykulacja i podniecenie w głosie Harry’ego dodawało tylko dramatyzmu i choć nieco utrudniło odbiór nadawanych przez Styles informacji, szatyn zrozumiał aż nadto do czego kędzierzawy zmierzał.
— Oszalałeś, do jasnej cholery? — wysyczał Liam, starając się jednak wyglądać radośnie i pogodnie, bo jak dobrze do niego dotarło — był w zasiągu wzroku obiektu westchnień Harry’ego. — Totalnie cię pogrzało! I gdzie jest swoją drogą ten cały Zayn?
— Nie oszalałem i chcę mu pomóc! I jest za mną, przy tym czerwonym samochodzie obok przystanku autobusowego… — Liamowi niewiele zajęło czasu namierzenie przedmiotu niepoprawnego uwielbienia Stylesa. Chyba nawet nawiązał kontakt wzrokowy, bo Liam po chwili uśmiechnął się lekko wpatrując w pewien punkt.
— Roxy nas zabije.
— Więc odwołaj to, co stoi na przeszkodzie? Możemy do niej pojechać kiedy indziej. — Harry beztrosko wzruszył ramionami.
— Za bardzo się angażujesz — mruknął Liam spoglądając podejrzliwie na Harry’ego.
— Przestań nadinterpretować, stary — wymamrotał ze złością Styles. — Zayn jest tylko znajomym, a w tym nowym świetle na sytuację moje wszystkie… odczucia nie są ważne. Zayn nie jest dla mnie osiągalny nawet w jednej setnej, pojąłem to, więc możemy odrzucić te twoje wszystkie chore podteksty.
— W ogóle mi się to nie podoba, młody. Ten koleś nawet stąd jest… cóż. Przystojny — wymamrotał Liam z konsternacją. Pokręcił głową. — Nie pomogę ci w tym przestępstwie, nie ma mowy. To nie na moją moralność…
— Cieszę się, że twoja moralność pozwoliła ci jednak plotkować i sprzedać moje dziewictwo jakiemuś trzecioklasiście z tej samej szkoły — warknął z sarkazmem Styles, a Liam jęknął na samo wspomnienie swojego haniebnego uczynku.
— Przecież już ci mówiłem, że byłem trochę wstawiony i jakoś zeszło dziwnie na twój temat… Niall wydawał się miły, więc mu zasugerowałem, że ty również możesz być nim zainteresowany. Chciałem dobrze! — mruknął niewinnie Liam, a Harry wywrócił ostentacyjnie oczami na ten argument.
— Ja też chcę dobrze! I nie mam zamiaru popełniać żadnego przestępstwa, chcę po prostu użyczyć Zaynowi pomocnej dłoni.
— I swojego dziewictwa również, jeśli będzie chciał, co?
— Jesteś niesamowicie durny, wulgarny i po prostu śmieszny. Nie odezwę się do ciebie, jeśli mi teraz nie pomożesz. — Harry skrzyżował ręce na piersi. Payne chciał coś powiedzieć, ale ten dodał jeszcze: — I tak, wiem, to cholernie niedojrzałe, ale bardziej niedojrzałe jest twoje stanowisko. A tak w ogóle, to spóźniłeś się pół godziny i nie czuję przez to jaj.
Zapadła cisza. Harry uniósł brew patrząc na kumpla wyczekująco. Liam zmarszczył brwi zastanawiając się nad czymś, ale po chwili westchnął i pokręcił głową.
— Jesteś pieprzonym, intryganckim homoseksualnym nasieniem — zawarczał pod nosem Liam, przyodziewając na twarz uroczy uśmiech pomocnego pracownika salonu samochodowego i ruszył w stronę Zayna.
Kąciki ust Stylesa zadrgały tylko w geście chytrego, zwycięskiego uśmiechu.
~~~
— Naprawdę jestem wdzięczny, Liam — powtórzył Zayn, prawdopodobnie po raz trzy setny w ciągu ostatniej godziny, podczas gdy miejsce na tylnym siedzeniu zza Harrym zajął siedmioletni syn Zayna, najwyraźniej speszony zaistniałą sytuacją. Styles odwrócił się od niego i uśmiechnął wesoło, na co Payne zareagował cichym prychnięciem pod nosem.
Payne nie odzywał się zbyt wiele przez większość ich podróży. Harry ciągle zagadywał rozkojarzonego Zayna, opowiadając jakieś głupie dowcipy czy wspominając jakieś rodzinne anegdoty. Cisza w samochodzie wyraźnie go drażniła, więc uznał za genialny pomysł wypełnienie jej swoim głosem, starając się nie brzmieć jak rozchichotana dziewczyna w towarzystwie przedmiotu swego uwielbienia. Co nawet nieźle mu się udawało, bo Liam wcale nie wywracał oczami tak często.
Jednak wbrew pozorom nie było źle. A przynajmniej nie tak źle, jak spodziewał się Harry. Liam grał nieśmiałą wersję Matki Teresy, a Maya spała w ramionach ojca, kompletnie zmęczona dzisiejszymi wrażeniami, a Jimmy — siedmioletni chłopiec — po prostu siedział onieśmielony tym wszystkim i dzięki Bogu, bo oprócz naprzykrzającego się Harry’ego, nic tak nie irytowało Liama jak małe, gadatliwe dzieci.
— Nie wiem jak ci się odwdzięczę, Harry — powiedział Zayn zaraz się poprawiwszy. — Znaczy, wam obojgu.
— Nie musisz… — zaświergotał Styles, a Liam starał się nie roześmiać. A przynajmniej niezbyt głośno. Malik z pewnością musiał zauważyć objawy dziwnego zachowania u Payne’a, ale zwyczajnie je ignorował i niebiosom składać podziękowania.
Styles zachowywał wewnętrzny spokój, lecz gdy Zayn się odezwał lub Harry tylko na niego spojrzał w brzuchu chłopaka eksplodowała chmara motyli, których upilnować nie potrafił, a co więcej nie umiał nawet powstrzymać swego głosu przed tym podejrzanie pieszczotliwym tonem. Widocznie było to czymś, czego kontrolować nauczy się z odpowiednim czasem i nie przeszkodzi temu nawet to, że obok Zayna siedzą jego dzieci, a w pracy żona.
Fala narastającej ekscytacji wcale nie malała, a wrosła, gdy zaparkowali podjeździe pod domem, który wskazał Malik — znajdowali się w typowej dzielnicy mieszkalnej domów jednorodzinnych z ograniczoną przestrzenią ogrodu, ale mnóstwem dowodów świadczących o tym, iż znajdują się w miejscu sugerującym wyglądem budynków i trawników, że jest to dzielnica młodych małżeństw z dziećmi. Harry czuł to niemalże w powietrzu.
— Za chwilę wrócę. — Zayn szybko wyskoczył z samochodu, biorąc córkę w ramiona a syna za rękę i szybko pokierowali kroki do sąsiadującego domu, by zostawić je pod opieką starszej sąsiadki oraz czym prędzej wrócić po samochód Zayna i zawieźć go warsztatu.
— Do jasnej cholery, patrzysz na niego w ten sposób! — wysyczał Liam i zacisnąwszy dłoń pięść wycelował ją w krocze Harry’ego zanim ten zdążył w jakikolwiek sposób zareagować. Chłopak zgiął się w pół w potężnym bólu i przez to wycelował czołem w deskę rozdzielczą, co podwoiło przeżywane właśnie cierpienia. Ponownie zajęczał po czym obrzucił Payne’a najbardziej morderczym spojrzeniem na jakie było go stać, uprzednio zerkając czy Zayn przypadkiem nie był naocznym świadkiem tego żenującego wydarzenia.
Na szczęście nie był, rozmawiając ze starszą kobietą będącą prawdopodobnie w wieku babci Harry’ego, która stała w drzwiach i spoglądała z uśmiechem na dzieci energicznie kiwając głową, podczas gdy Zayn tłumaczył jej coś z zawzięciem.
Liam przyłożył dłoń do czoła, a ruch ten spowodował w Harrym machinalne wzdrygnięcie.
— Co jest z tobą nie tak?! — zawarczał złowrogo Styles z głową opartą o siedzenie, wciąż trzymając ściśnięte ze sobą nogi.
— Ja powinienem zadać to pytanie!
— Popatrzeć nie można?! — Styles wywrócił oczami. — Jest na co…
— Nie podoba mi się ten gość i nie podoba mi się jego zachowanie — mruknął cicho Liam, a jego spoczęły na głównym podejrzanym, który właśnie kłaniał się niemal do samej ziemi przed staruszką.
— O co ci chodzi? Zayn jest w porządku! — Harry obruszył się; o ile rozumiał, iż jego własne zachowanie można było uznać za karygodne i warte pogardy, to kompletnie nie pojmował tej nieuzasadnionej antypatii kumpla do Zayna. Liam był zwyczajnie uprzedzony i nie potrafił spojrzeć na mężczyznę obiektywnie, przez co jego osąd stał się całkowicie niezgodny z rzeczywistością, lecz Liam uważał, iż jak zwykle ma rację.
A, do cholery, nie miał.
— On patrzy na ciebie… dziwnie. Po prostu dziwnie. Jest podejrzany. — Liam zmrużył oczy niemalże topiąc się w kompletnym braku obiektywności. Jednakże zadziwił Harry’ego swoimi wnioskami, o których istnieniu Harry nie śmiałby pomyśleć.
— Co masz na myśli mówiąc: dziwnie?
— Nie wiem! Facet nigdy nie powinien patrzeć tak na drugiego fa… Harry, do cholery, ty jesteś jeszcze dzieckiem… — Payne pokręcił głową zaciskając palce na kierownicy. Styles z powrotem zerknął na Zayna zmierzającego ku nim z powrotem. — Pilnuj się.
— Do kur… — Harry przerwał, gdyż tylne drzwi otworzyły się i wsiadł do nich Zayn przy okazji przynosząc ze sobą mnóstwo mroźnego powietrza. Liam nie spojrzał już na Harry’ego i odpalił silnik bez słowa.
~~~
Harry nie zamienił już z Liamem ani słowa o Zaynie, ale za to Liam przeprowadził niezły wywiad środowiskowy z mężczyzną i Harry wiedział, iż Payne robi to celowo — wypytuje o dzieci, żonę i ogólnie o rodzinę, i dochodzi nawet do tego, że Zayn zaczyna opowiadać o tym, jak wyglądał jego ślub. Jeśli to był sposób Payne’a na wyperswadowanie Harry’emu pewnych rzeczy z głowy i okrzesanie zachowania chłopaka, to całkiem niezły, bo Harry zamilknął i spochmurniał od razu.
Oczywiście, że Harry liczył na jakiś przełom w znajomości pomiędzy nim a Zaynem, lecz nic takiego nie wystąpiło. Koleżeńska przysługa wciąż pozostała koleżeńską przysługą pod czujnym okiem Liama i nawet jeśli ten wcześniej wspominał o czymś takim jak dziwne spojrzenia mężczyzny, to Harry w ogóle tego nie zauważył. Nadzieja po prostu prysła; Harry potrzasnął głową wracając do rzeczywistości i wyrzucając sobie własne naiwniactwo oraz brak taktu.
Na litość czyjąkolwiek, Zayn ma dwójkę dzieci i kochającą żonę! Jego życie jest idealne, ustatkowane i przepełnione radością z córki i syna oraz pięknej kobiety, matki tych pociech będącej z pewnością śliczną blondyneczką o boskich kształtach, którą Liam określiłby prostackim mianem „brałby”. To była rzeczywistość, z którą Harry się pogodził. Dokładnie tak.
Tych myśli trzymał się przez następne tygodnie, gdy Zayn czasami wpadał do cukierni, a Harry po prostu się uczył wciąż czekając na wielki życiowy wybuch. W opanowaniu kotłujących się emocji z pewnością pomagało jeszcze natężenie nauki w szkole wraz z kończącym się semestrem. Harry miał jasno wyznaczony cel swoich marzeń i nikt nie mógł tego zepsuć nikt, nawet osoba Zayna. A po zaliczeniu przedmiotów zamierzał naprawdę zainteresować się Niallem Horanem, którego wciąż widywał na swej drodze w szkole i czasem zamieniał parę słów. Wszystko było w jak najlepszym porządku, apokalipsa nie nadeszła, a pieprzony Liam Payne czasami posiadał rację. Oczywiście — tylko czasami i wcale nie musiał o tym wiedzieć.
Naturalnie, taka postawa i wnioski do jakich ostatecznie doszedł Harry nie zmieniły tego, że za każdym razem, kiedy to Zayn przekraczał próg lokalu serce Stylesa zwalniało na chwilę obroty, po czym wybuchało przyspieszonym rytem, które uspokajało się dopiero wtedy, gdy mężczyzna już wychodził.
Jednakże Harry nie był na tyle zajęty sobą i edukacją, by nie zauważyć zmiany, zarówno w wyglądzie jak i w zachowaniu u Zayna. Mężczyzna z dnia na dzień wyglądał na coraz bardziej przygaszonego, a czasem nic nie mówił, po czym odbierał zamówienie, płacił i po prostu wychodził. Styles bardzo chciał z kimkolwiek podzielić się tymi spostrzeżeniami, lecz zdawał sobie sprawę z postawy jaką przybierze Payne, a oprócz niego nie miał nikogo, kto mógłby go zrozumieć. Liczył na to, że ktoś uspokoi jego sumienie wyjące w imię wewnętrznej dobroci i troski o drugiego człowieka, i nie będzie zmuszony do wplątywania się w nic związanego z Zaynem. Naprawdę chciał to zakończyć nie tworząc sobie niepotrzebnej iskierki nadziei. Ostatnie dni sprawiły, iż nabrał odpowiedniego dystansu, którego nie pragnął stracić.
A miał pewność, że go straci, gdy tylko…
— Zayn… wszystko w porządku? — zapytał Harry zagryzając policzek od środka.
Szlag by to.
— S…słucham? — Zayn podniósł głowę i ulokował elektryzujące spojrzenie brązowych oczu w Harrym.
— Pytałem czy wszystko w porządku — powtórzył powoli Harry wpatrując się w bruneta.
— Jasne. — Zayn nawet nie starał się wyjść przekonywująco. Uśmiechnął się blado i odebrał paczuszkę z pączkami z rąk Harry’ego. — Miło, że pytasz. Dziękuję.
Zayn zaczął grzebać w portfelu w poszukiwaniu drobnych, podczas gdy Styles wcale nie zamierzał odpuszczać.
Przełknął ślinę i wciągnął powietrze do płuc.
— Wiesz, gdybyś… chciał pogadać czy coś…
— Proponujesz mi wspólne wyjście? — Mężczyzna przerwał mu unosząc brew w geście rozbawienia. Całkowicie zbił z pantałyku Harry’ego, który rozchylił lekko usta nie wiedząc, co ma teraz powiedzieć. Jego policzki pokryły się dorodnym rumieńcem i zdawało się, iż temperatura w całym pomieszczeniu gwałtownie wzrosła.
Nie miał żadnej kontroli nad tym, co dalej wypowiedziały jego usta.
— Nie do końca miałem to na myśli… ale jeślibyś… chciał…
— Wybacz, ale mam żonę.
— Ale ja nie to miałem na myśli!
Zayn ryknął potężnym śmiechem, który całkowicie wytrącił już kędzierzawego chłopaka z równowagi. Po prostu stał tam i patrzył na reakcję Zayna samemu nie mając pojęcia jak się zachować w tak absurdalnej sytuacji. Zrobił z siebie idiotę i teraz Zayn zapewne myśli, iż jest jakimś pieprzonym napaleńcem.
Ale najgorsze było to, że Harry przez moment miał nadzieję, że Zayn pragnął z nim gdzieś wyjść. Gdziekolwiek.
— Jesteś uroczy. Zgrywałem się — wymruczał Zayn, powoli wracając do rezonu po napadzie śmiechawki, choć Harry wciąż nie pojmował całej idei żartu. Był zbyt sparaliżowany tym, iż Zayn mógłby w ogóle pomyśleć o tym, że Harry zaprasza go na randkę. — Hej, chyba się nie gniewasz? — Zayn przyglądał się uważnie Harry’emu, podczas gdy ten patrzył na kasę fiskalną całkowicie sparaliżowany.
— Po prostu mnie zawstydziłeś — burknął Styles, nadal nie patrząc mężczyźnie w oczy i podrapał się po głowie wzruszając ramionami. — Nie wiem, jak mam się teraz zachować.
Szczerość Harry’ego wyraźnie uderzyła mężczyznę, bo uśmiech zniknął a pojawiło się coś na kształt troski.
— Przepraszam, wyszedłem teraz na starego zboka i…
— Nie, w porządku. Widzę, że chyba humor ci wrócił — odparł Harry uśmiechając się lekko. W każdym razie Zayn przynajmniej nie wyglądał jak zmora z tym uśmiechem przyklejonym do ust i Harry stał się tego powodem, już nieważne jaką drogą.
— Tak. Chyba tak. Dzięki.
Zayn wygiął kąciki warg ponownie ku górze, a Harry po raz wtóry zachwycił się jego magią.
~~~
Jednak następne dni wcale nie okazały się lepsze, a wręcz przeciwnie. Co prawda, Zayn nie był kupką chodzącego nieszczęścia, ale zejście ze stanu człowieka prezentującego względnie szczęśliwą postawę na stan… Harry nie potrafił tego określić! Jednak coś stanowczo było nie tak. To nie był tamten Zayn, którego poznał, tylko ktoś przygaszony oraz zmęczony życiem. Styles zdawał sobie sprawę z komiczności swoich wniosków — ledwo znał mężczyznę, by wysuwać tak śmiałe tezy, a jego często codzienne przychodzenie do cukierni nie uprawniało Harry’ego do wtrącania się w sprawy nie dotyczące jego osoby, ale mimo to…
I właśnie dlatego leżał na łóżku w swoim pokoju z otwartym podręcznikiem historii na twarzy, mając nadzieję, iż jego mózg jakoś sam wchłonie wiedzę bez czytania. Za każdym razem, gdy zaczynał studiować akapity nagle coś przypominało mu o Zaynie, gubił wątek i zaczynał od początku tworząc w ten sposób błędne koło. Był frustrowany tym stanem rzeczy, ale nie umiał nic na to poradzić, a listopad wcale nie zachęcał, prezentowaną pogodą za oknem, do życia a odwrotnie, czym tylko pogarszał stan melancholii silnie narastający w Harrym. Wszystko było nie tak jak trzeba i z tym Styles nie potrafił się pogodzić.
— Więc tak wygląda twoja nauka, Harry.
— Babciu… — Arielle stała w drzwiach ze skrzyżowanymi ramionami na piersiach, ale jej wzrok nie był srogi, lecz zatroskany. Miał nadzieję, że może znów poszła do sąsiadki i uda mi się przeżyć ten dzień w domu bez zbędnych kazań oraz długich wywodów kobiety, która uwielbiała to robić, jak każda normalna babcia. I choć Harry’ego to niezmiernie irytowało, nigdy nawet nie ważyłby się jej przerwać — robiła to dlatego, że się o niego martwiła i to był jej jedyny sposób na to, by w jakiś sposób podbudować swoje babcine sumienie, więc nie potrafiłby być na nią zły.
W końcu był najlepszym — pewnie dlatego, że jedynym — wnukiem jakiego miała.
Staruszka podeszła trochę bliżej i po chwili usiadła na brzegu łóżka. Styles podniósł się i oparł plecami o ścianę, w dłoniach wciąż dzierżąc książkę. Trwała cisza, lecz żadne z nich jej nie przerywało, bo niby o czym miał Harry jej powiedzieć? O swoim całkowicie głupim i dla nikogo nie zrozumiałym uczuciu do starszego mężczyzny, którego na dobrą sprawę nie znał w ogóle? Miał być dla niej podporą, a nie powodem do zawałów serca. Zresztą, nawet abstrahując od tego — Arielle wciąż żyła w świecie, gdzie homoseksualizm to syndrom młodzieńczego buntu, a nie typ orientacji seksualnej cechujący się uwielbieniem do tej samej płci. Dla świętego spokoju swojego i Arielle, Harry po prostu omijał ten temat udając, że nie istnieje. Bo w końcu w świecie Arielle nie istniał, a Harry nie poczuwał się do tego, by swoim zachowaniem niszczyć światopogląd siedemdziesięciolatki.
— Harry, możesz mnie brać za głupią, starą babeczkę, ale widzę, że coś cię trapi od dłuższego czasu. Tylko nie wiem co — powiedziała nagle kobieta, kładąc rękę na dłoni wnuka. Harry spojrzał na nią przez krótki moment po czym odwrócił wzrok nie mogąc znieść tego kontaktu. Nie było to zbyt taktowne zachowanie z uwagi na okoliczności, ale nie znosił jej okłamywać, dlatego zawsze starał się postępować tak, by nie wywoływać w niej żadnych podejrzeń ani tym bardziej skłonności do pytań.
Tym razem nie wyszło, co staruszka bardzo prędko zauważyła.
— Czyli coś jest nie tak. Powiesz mi? — Naciskała. A raczej nie naciskała, ale nieświadomie tworzyła sytuację, w której nie udzielnie odpowiedzi mogło prowadzić do udzielenia sobie tej odpowiedzi samej, czyli: kłopoty w szkole, kłopoty z alkoholem, kłopoty z narkotykami i cały inny serwis uciech nie do końca legalnych czy nieprzeznaczonych dla osób w wieku Harry’ego.
— Babciu, to po prostu… — Harry wzruszył ramionami. Te ostatnie dni stanowczo osłabiły jego zdolności do przekonywania ludzi. Ale jak miał przekonać kogoś, skoro sam siebie nawet nie przekonywał, iż nie jest szaleńczo zakochany we własnym wyobrażeniu Zayna?
— Harry, możesz mi o wszystkim powiedzieć.
Chłopak powstrzymał się od parsknięcia śmiechem, bo nieświadomość kobiety w tym momencie nabrała komiczności i wręcz odwrotnego skutku do zamierzonego — oczywiście, do cholery, że nie mógł jej powiedzieć. Prawdopodobnie po jego oświadczeniu wolałaby już, by miał problem z metamfetaminą i uzależnieniem od seksu, niż… cóż, problem z opanowaniem penisa podczas myśli o dorosłym mężczyźnie prawie regularnie odwiedzającego go w pracy.
— Serio, to takie problemy w stylu… — Harry nie posiadał typowych problemów nastolatka, więc pojęcia nie miał, co w tym miejscu powinien wstawić, by Arielle mu uwierzyła. Kobieta wpatrywała się w niego pytającym wzrokiem, a ten starał się wymyślić w miarę sensowną odpowiedź. — Cóż, ktoś, kogo lubię ma problemy, ale nie znamy się zbyt dobrze, bym w jakikolwiek sposób ingerował w te problemy. I to… i to tworzy właśnie mój problem. Nic wielkiego.
Nie wierzył, że to powiedział, ale w tym wypadku była to jedyna rzecz jaka przyszła mu do głowy pod całkowitym działaniem pieprzonego impulsu. Z drugiej strony… może odnalazł właściwą drogę, by się bezpiecznie wygadać swojej siedemdziesięcioletniej babci? Jakkolwiek żałośnie to właśnie brzmiało.
— Ktoś? Znam tę osobę? — Arielle wyraźnie zaintrygowały słowa Harry’ego aktualnie obmyślającego to, jak dalej poprowadzić tak, bądź co bądź, ekstremalnie ryzykowną rozmowę.
— Hm, nie. To ktoś… ze szkoły. Stanowczo nie znasz. — Pokręcił głową uznając ten pomysł połowicznego wyspowiadania się babci za niesamowicie durny, a jeszcze bardziej durne było to, że wniosek ten przyszedł zdecydowanie za późno. Bóg tylko raczył wiedzieć czy spowolnione procesy myślowe nie były ściśle powiązane z przesadą masturbacją w ostatnim czasie, bo jeśli tak równie dobrze może odpuścić sobie cały rok i wstąpić do gejowskiej branży porno. Już słyszał przerażająco ironiczny śmiech Liama gdzieś w tle tego ciemnego scenariusza.
Jakże optymistyczne przemyślenia o swojej przyszłości zakończyła staruszka.
— Dlaczego uważasz, że ma problem? I dlaczego tak bardzo cię to martwi? Podoba ci się?
— To nie jest takie ważne. Po prostu martwię się.
— Czyli ci się podoba. — Arielle uśmiechnęła się pod nosem, na co Harry wywrócił oczami, gdyż takie rozmowy pomiędzy nim a Arielle wydawały się być wysoce niewskazane i co najmniej niestosowne, lecz staruszka wręcz uwielbiała żartować sobie w tym stylu. Niestety za brak odpowiedniej oceny sytuacji, Harry został na to skazany i zamierzał z tego wyjść z jakimiś resztkami godności.
— Babciu… bądźmy taktowni.
— Och, nie bądź taki, młodzieńcze! Cieszy mnie to, że oprócz tych wszystkich podręczników…
— Babciu, jeśli mówimy o moim życiu towarzyskim, to moim życiem towarzyskim jest ten dupek zza płotem. — Arielle zmarszczyła brwi słysząc te słowa, więc Harry uściślił: — Liam. Liam Payne.
— To dość smutne.
— Nie przeczę. Ale nie mówmy tego Liamowi, bo jemu zrobi się jeszcze smutniej — mruknął z rozbawieniem Harry, a kobieta uśmiechnęła się do niego lekko, choć wciąż zmartwiona.
— No dobrze… ale wciąż nie powiedziałeś mi o tym problemie.
— Nie ma o czym. Sam sobie z tym poradzę, tylko jeszcze trochę posnuję się jak cień po domu, a potem już będzie tylko lepiej. — Harry wzruszył ramionami i chyba wyglądał dość przekonywająco, bo mimika Arielle nieco ‘zelżała’. Co w ogóle nie świadczyło o tym, że temat jest zakończony, bo Harry po prostu wiedział, iż przez kolejne dni będzie ściśle obserwowany.
Miał tylko nadzieję, że dawna propozycja od szkolnego koła teatralnego jest wciąż aktualna. Podszkolenie swoich marnych umiejętności aktorstwa przyda się, skoro nawet starsza kobieta mająca problemy ze wzrokiem jest w stanie zauważyć, iż coś nie jest tak.
Babcia ścisnęła jeszcze rękę Harry’ego po czym powoli wstała kierując się w stronę drzwi, lecz zanim wyszła z pokoju, stanęła i odwróciła się do wnuka jeszcze raz.
— Nic nie wiem o tej osobie, ale ty powinieneś wiedzieć, że jeśli jest warta twojego zachodu i zainteresowania, to sama ci wszystko powie. Oczywiście, jeśli mówimy o kimś inteligentnym i będącym w stanie zauważyć, jak niezwykłego przyjaciela w tobie ma. — Z tymi słowami uśmiechnęła się do niego z całą swoją babciną miłością oraz bezgranicznym uwielbieniem i opuściła pomieszczenia, zostawiając Harry’ego z dziwnym uczuciem pustki.
Tak dziwnym, że dziesięć minut później musiał zadzwonić do Liama i upewnić się, że nie opróżnił sam całego sześciopaku piwa.
~~~
Następne dni były tylko następnymi dniami. Harry po prostu w tym trwał, bo nie miał żadnego innego wyboru oprócz tego, by iść do przodu i znienawidzić listopad jeszcze bardziej, o ile w ogóle takie zjawisko było jeszcze możliwe. Od rozmowy z babcią oczywiście starał się zachowywać względną pogodę ducha i chyba wypadał w tej roli wystarczająco przekonywująco, gdyż Arielle jak na razie nie zarządziła kolejnych domowych interwencji. I nie myślał tyle o Zaynie, bo tamten nie przychodził już prawie wcale. Harry nie miał pojęcia czym było to spowodowane, ale powoli wyperswadowywał sobie, że faktycznie nic mu do tego, a nieobecność starszego mężczyzny w jego harmonogramie dnia znacząco pomogła w postanowieniach o niemyśleniu o wcześniej wspomnianym. Styles odczuwał z tego powodu coś na kształt dumy, choć wielce prawdopodobne byłoby to, że gdyby Zayn się pojawił Harry znów wpadłby w ten dziwny tryb życia i bycia.
Lecz jak na razie było dobrze — zaliczał testy zadawalając zarówno bliskich jak i nauczycieli, i chociaż to miał z głowy. Niestety, coraz częściej natykał się na swojej drodze na Nialla, którego osobę właściwie zignorował, a który ostatnimi czasy zaczął się coraz częściej napataczać. I nie chodziło o to, iż Harry nie lubił Horana, tylko o to, że kompletnie nie wiedział jak ma się zachowywać w towarzystwie chłopaka mającego do niego coś więcej, niż przyjacielskie zamiary.
Wychodził właśnie za szatni na korytarz, gdy zauważył Nialla przy szafkach. Rozmawiał z jakąś znajomą; Harry przeszedł obok nich mruknąwszy swoje „cześć”, na co Horan mu skinął lekko głową powracając do konwersacji. Styles przeszedł jeszcze parę metrów wzdłuż korytarza zanim nie zatrzymał się przy automacie z napojami. Po wychowaniu fizycznym wciąż dręczyło go pragnienie, ponieważ ich nauczyciel najprawdopodobniej był sfrustrowanym życiowo alkoholikiem i za jedyną rozrywkę w życiu uważał znęcanie się nad młodszymi, bogu ducha winnymi nastoletnimi uczniami. Pojęcia nie miał ile brzuszków, kółek wokół boiska i serii pompek zrobił, ale był jednym z nielicznych którzy zdołali jako — tako przetrwać te sadystyczne zadania w ciągu jeden godziny lekcyjnej bez żadnej dłuższej przerwy na oddech.
Starał się nie patrzeć, lecz ciągle zerkał na Nialla; to nie było tak, że nim się nagle zainteresował, a bardziej mierzył to czy wciąż on podoba się Horanowi za pomocą „wskaźnika” spojrzeń. Westchnął wrzucając monety do otworu w maszynie po czym wcisnął odpowiedni guzik, czekając na reakcję sprzętu.
A ta nie nastąpiła.
Rozejrzał się po korytarzu dostrzegając jedynie Nialla ze swoją koleżanką, więc postanowił potraktować automat dość patologicznie. Bo nogą.
I to pomogło, ponieważ moment później maszyna wydała należną mu wodę razem z resztą pieniędzy. Szybko chwycił plastikową butelkę i zapakował ją do swojego plecaka. Nie patrzył na Nialla postanawiając ruszyć w swoją stronę i gdy podjął odpowiednie ku temu kroki usłyszał swoje imię:
— Harry!
Doskonale rozpoznał właściciela głosu, więc powoli odwrócił się i poczekał, aż Horan dotrze do niego tym swoim luzackim krokiem. Koleżanka gdzieś wyparowała i na korytarzu przebywali tylko oni. Na razie nie zamierzał zastanawiać się nad tym, jak bardzo podejrzane i dziwne zarazem to było.
— Cześć, co słychać? — Niall uśmiechnął się szeroko stając naprzeciw Harry’ego; blondyn, mimo że starszy był niższy od Harry’ego o parę centymetrów. Styles odchrząknął i również posłał mu uśmiech.
— Wszystko w porządku. A u ciebie? — Prostota tej rozmowy zabijała, ale kędzierzawy chłopak wcale nie zamierzał wykazywać się kreatywnością czekając na to, co miał mu do powiedzenia Niall. A miał na pewno, bo w końcu po tylu tygodniach wymieniania powitań w końcu go zaczepił, więc tkwił w tym jakiś haczyk, którego Harry jeszcze nie odkrył.
— Wciąż czekam na jakieś miłosne nowinki.
Harry uniósł brew.
— To znaczy?...
— Kompletnie nic — zaśmiał się Niall i skrzyżował ręce na piersi. — Zastanawiałem się, co robisz dziś wieczorem. Wiesz, w tym przyjacielskim kontekście.
— Cóż… — Niall zaskoczył Harry’ego po raz kolejny, co specjalnie dziwne już nie było. — Chyba nic takiego?...
— W takim razie: ty weźmiesz Liama, ja wezmę swojego kumpla. Po prostu pomyślałem, że moglibyśmy razem posiedzieć i pogadać przy piwie — dodał Niall pogodnie, a Harry wiedział, że ten kłamie. Horan ciągle na coś liczył i obaj doskonale to wiedzieli, a pytaniem jedynie pozostawało, jak w tej sytuacji zachowa się Styles. Prawdopodobnie miał nadzieję na to, że Harry jest już całkowicie wolny od wszelkich zobowiązań i…
Harry zaczął rozmyślać nad tą propozycją.
— Czemu nie? — Uśmiechnął się lekko świadom tego co mówi, choć już czuł, że będzie tego żałował. Miał chyba dość tej ogarniającej go zewsząd stagnacji i pragnął jakiegoś kroku do przodu, chociażby i w takiej postaci. Zanim kompletnie dopadnie go ta nastoletnia depresja, a Arielle pośle go na terapię albo, co gorsza, sama się nią zajmie. Postanowił dać Niallowi szansę i miał nadzieję, iż nie skrzywdzi przez to nikogo. Horan nie wyglądał na takiego, który długo rozpamiętuje miłosne niepowodzenia. Harry szczerze uważał, że Niall mógłby mieć kogokolwiek.
No, prawie.
— Nie spodziewałem się, szczerze mówiąc — mruknął blondyn z widocznym rozbawieniem kreującym się na jego po stokroć czarującej facjacie. Jeszcze kilka takich zagrywek, a Harry zgodzi się na rzeczy, od których tak wytrwale się wzbraniał.
— Co masz na myśli?...
— Myślałem, że będziesz grał bardziej nieprzystępnego.
Styles wywrócił oczami.
— Bo się rozmyślę.
— Wolałbym nie, bo już rozmawiałem z Liamem i z moim przyjacielem. Trochę głupio by wyszło, gdybyś teraz odmówił.
— Jesteś… naprawdę jesteś… — Harry urwał nie potrafiąc dobrać odpowiednich słów. Niall wyszczerzył się z satysfakcją widząc reakcję chłopaka. — Po prostu jesteś.
— Jestem, jestem. W końcu za to mnie lubisz, prawda?
Harry znieruchomiał. Ta rozmowa szła w stanowczo złym kierunku, bo nie czuł się na tyle wyluzowany w towarzystwie Nialla, żeby żartować z nim w taki sposób. Chłopak mógłby potem czegoś oczekiwać więcej po takich luźnych, względnie niewinny flirtach, a na to Harry pozwolić nie mógł. Nie chciał wyjść na tego spiętego, ale jednak musiał naprostować parę rzeczy.
— Ale to tylko piwo.
— Tylko piwo — potwierdził radośnie Niall, co Stylesa zbiło nieco z tropu, ale pokiwał głową.
To tylko piwo. I nic więcej.
~~~
Harry nie umiał się tak dobrze okłamywać, by nie wiedzieć, że to cholerne „tylko piwo” zwiastuje tak naprawdę o wiele więcej, ale zdał sobie z tego sprawę za późno. Teraz pozostawało jedynie zacisnąć zęby, znosić głupie spojrzenia Liama i co najważniejsze — wzbraniać się przed Niallem i jakąkolwiek nadwyżką przelanego alkoholu. Dzisiaj był w końcu cholerny piątek i z pewnością na jednym piwie się nie skończy. Ani na piwie w ogóle.
Na samą myśl Harry’ego rozbolał brzuch. Na Boga, on naprawdę denerwował się tym głupim spotkaniem i wyrzucał sobie, że wcale nie musiał zatrzymywać się przed automatem i zwracać na siebie niepotrzebną uwagę. W gruncie rzeczy, sam do końca nie wiedział do czego dąży, bo idea spotkania została uznana przez Harry’ego za coś bardzo nierozsądnego w bardzo szybkim czasie, choć starał się przekonywać siebie, że jak zwykle panikuje i to nic takiego…
Jednak z każdą minutą było coraz gorzej.
Grzebał w swoich rzeczach próbując znaleźć najbardziej niewyzywający ciuch, ale w gruncie rzeczy zawsze ubierał się tak samo, więc wybór padł na białą koszulę z kołnierzykiem, u której podwinął rękawy oraz zwyczajne, dżinsowe spodnie w niebieskim kolorze. Napisał do Liama wiadomość z zapytaniem czy taki strój nie jest zbytnio wyzywający, ale ten odpisał jedynie: „sam bym cię wygrzmocił, gdybym mógł”, co znaczyło mniej więcej tyle, że na wsparcie kumpla nie miał co liczyć.
Najchętniej odwołałby to wszystko, ale posunięcie się do takiego oszustwa byłoby po prostu nie fair w stosunku do Nialla; pal licho z Liamem, ten miał świetną zabawę z tej całej sytuacji, bo widocznie myślał, że Harry przekonuje się do Horana… ale Harry był po prostu Harrym, czyli wiecznie niezdecydowanym chłopakiem niechcącym robić przykrości nikomu. I jak mógł wyjaśnić takie pokrętne zachowanie? Napięciem przedmiesiączkowym?
Gdy wybiła godzina zero, z miną zbitego psa zarzucił na siebie brązową kurtkę, obwiązał się szalikiem i włożywszy w końcu buty poinformował babcię, że wróci w miarę szybko, na co ta zareagowała tylko zdawkowym uśmieszkiem. Ostatnimi czasy wszystko tak kwitowała i Harry odnosił wrażenie, iż staruszka w ten sposób ciągle odnosi się do ich ostatniej „poważnej” rozmowy. Pragnął jednocześnie by go jakoś zatrzymała, bo wtedy posiadałby jakąś wymówkę, która chociaż po części zniwelowałaby jego wyrzuty sumienia, lecz nic takiego nie nastąpiło.
Doczłapał się do przystanku i wsiadł do autobusu faszerując na siłę pozytywami, które z każdą upływającą sekundą dołowały go coraz bardziej, a zwłaszcza wtedy, gdy doszedł do wniosku, że ten wieczór wolałby spędzić z Zaynem; nie było to zbyt rozsądne, lecz uczepił się tej myśli i zaraz wyklął się w duchu. W świecie Zayna ktoś taki jak Harry Styles nie istnieje i w świecie Harry’ego powinno być tak samo względem osoby Zayna. Tak byłoby najlepiej, a sam Liam by aprobował tak dojrzałe zachowanie, ale tylko Harry wiedział, jak bardzo trudne stanowiło to zadanie.
Przez całą podróż do centrum miasta — gdzie potem miał już na piechotę dojść do wyznaczonego miejsca spotkania — walczył z własną moralnością. Teraz zdecydowanie nastroił się na ten cholerny wieczór, nie ma co. Ciekawe jakby to było, gdyby jego życiowe rozterki wykraczały spoza granice jego wyobraźni? Ledwo radził sobie z teorią, a co dopiero mówić o praktyce. Choć Liam i tak nazwałby to „przesadzaniem” oraz dodał „zluzuj portki, za młody jesteś”. Ale Harry wszystko to doskonale wiedział i ta wiedza nawet w minimalnym stopniu nie pomogła mu w poprawie samopoczucia. Był zbyt zdołowany na jakąkolwiek terapię.
Wysiadł z autobusu witając się ponownie z mroźnym powietrzem i wyjął telefon, by jeszcze raz sprawdzić podany przez Nialla adres — zdążył wymienić się z nim numerami telefonów — i stwierdziwszy, iż najlepszą trasą będzie droga przez park, ruszył przed siebie. Chłodny wiatr wiejący w oczy dodatkowo go zniechęcał, lecz czy miał jakiś wybór? Nie mógł do końca życia unikać Nialla i może… może jednak wyniknie z tego coś dobrego? Może uda mi się w delikatny sposób przekazać blondynowi, iż nie ma na co liczyć? Bardzo tego pragnął; Niall Horan był naprawdę fajnym gościem. Nawet jeśli powodował w Harrym palpitacje serca swoim nie do końca „poprawnym” zachowaniem.
Podniósł wzrok z nad butów budując się tą myślą i swoimi szczerymi intencjami, lecz wtedy zauważył postać na parkowej ławce i zatrzymał się nagle całkowicie sparaliżowany tak niespodziewanym spotkaniem.
Dosłownie pięć kroków od Harry’ego siedział Zayn z czerwonym nosem, czarnym, rozpiętym płaszczu i z papierosem w dłoni, którą trzymał w pobliżu swoich ust; patrzył się gdzieś przed siebie, więc nie zauważył porażonego własnym odkryciem Stylesa. Dopiero moment później zwrócił uwagę na zbyt długo czającą się przy nim postać i po chwili wytrzeszczył oczy, będąc najwyraźniej równie mocno zszokowany jak Harry.
— Harry — wychrypiał zaskoczony, a chłopak zadrżał na dźwięk swojego imienia z ust bruneta.
Powinien brać nogi za pas. Musi uciekać stąd jak najszybciej. Nie może tu zostać ani chwili dłużej.
— Cześć — odparł Harry, wciąż gapiąc się na mężczyznę.
Sytuacja była dziwna, ale Zayn zdawał się tym nie przejmować. Opuścił papierosa z rąk na śnieg i przydeptał go butem. Harry nadal tkwił w tym samym miejscu niezdolny do ruchu, a Zayn wciąż siedział na ławeczce. Styles zastanawiał się nad swoim kolejnym ruchem, mimo że miał za niedługo spotkanie. Niezbyt upragnione, ale jednak był zobowiązany.
— Cześć. Chyba dawno się nie widzieliśmy — rzucił Zayn kontynuując zaczętą rozmowę, unosząc kąciki ust do góry. — Dobrze wyglądasz.
Och, na litość czyjąkolwiek, najwyżej trochę się spóźni, to nic takiego.
— Trochę czasu minęło. — Harry wahał się nad postawieniem następnego kroku i bezpieczniejszym wydawało się w tym momencie zachowanie odpowiedniej odległości pomiędzy nim, a mężczyzną. — Za to ty nie wyglądasz… najlepiej — dodał nieco ciszej, ale wystarczająco głośno, by Zayn go usłyszał i się roześmiał. Ugryzł się w język odrobinę za późno, ale zmęczone spojrzenie mężczyzny mówiło samo za siebie.
— Trudne czasy — skwitował krótko Zayn i wzruszył ramionami z bladym uśmieszkiem czającym się na jego wargach. Harry zmarszczył brwi nie bardzo wiedząc, jak ma interpretować tę wiadomość.
— Zawsze musi być gorzej, żeby potem było lepiej, prawda? — Harry przechylił lekko głowę wpatrując się w bruneta, a jego twarz przyozdobił pokrzepiający uśmiech.
— Tsa. Ładnie to brzmi, ale w praktyce jest chujowe, wierz mi. — Zayn pokręcił rozbawiony głową, a Harry zaczerwienił się, pierwszy raz dziękując za mróz szczypiący w policzki. — Czasami nie widzisz żadnego światełka w tunelu i po prostu siedzisz po pracy jak idiota na ławce w parku i czekasz na cud… albo na odmrożenie, zważywszy na panujące warunki pogodowe — dodał z rozbawieniem, a Harry nie wiedział, co ma powiedzieć. Co licealista mógł powiedzieć starszemu, żonatemu mężczyźnie z depresją, w którym się podkochuje? Z tego, co pamiętał to nie pisali o tym w żadnych, pieprzonych poradnikach. Inaczej przeczytałby wszystkie od deski do deski.
Styles przebrał nogami, ale nie przerwał kontaktu wzrokowego z Zaynem.
— Ja…
— Chyba gdzieś szedłeś, co? — przerwał mu mężczyzna, a Harry zamrugał zaskoczony oczami. Kompletnie już zapomniał o tym felernym spotkaniu, pseudo-randce, sam nie wiedział jak ma to nazywać. Zayn jednak pokiwał głową moment później, gdy nie doczekał się odpowiedzi. — Ach. Rozumiem. W takim razie nie będę ci przeszkadzał.
— Nie przeszkadzasz mi — zaprzeczył stanowczo Harry, będąc oburzonym takim tokiem rozumowania ze strony mężczyzny, co tego rozbawiło niezmiernie i wcale nie starał się tego ukryć.
Zayn zamknął oczy i westchnął z wyraźną wesołością, a potem otworzył jedno oko i zerknął na Harry’ego.
— Jeśli ci nie przeszkadzam to znaczy, że masz czas?
Zbił Harry’ego z pantałyku tym pytaniem. Przez dłuższy moment Styles nie umiał wydusić z siebie ani słowa i dopiero później odchrząknął, przypominając sobie, iż zbyt długo zwleka z odpowiedzią.
— Mniej więcej tak to wygląda. Czemu… czemu pytasz?
A czemu ty kłamiesz w tak głupi, żałosny sposób?, przemknęło mu przez głowę, ale zignorował to i przyciszył własne sumienie skupiając się na oczach Zayna. Pomagało za każdym pieprzonym razem.
— Zastanawiam się czy twoja propozycja jest nadal aktualna.
Harry został dosłownie zmiażdżony, a jedyną myślą dryfującą w jego czaszce było: „Jak się do cholery oddycha?”.
— Podobno masz żonę — wychrypiał w końcu, jednocześnie będąc zaskoczonym swoją odpowiedzią i tym, że wypowiedział ją tak… zadziornie. Brzmiało to jak próba flirtu, za co zaraz skarcił się w myślach oraz wyrzucał sobie własną nietaktowność. Na szczęście Zayn wcale nie wyglądał na złego czy zniesmaczonego takim zagraniem ze strony Stylesa. Tylko odrobinę spochmurniał i zagryzł policzek od środka, jednakże na jego ustach nadal czaił się uśmiech.
— Każdy facet, a szczególnie ten, który ma żonę potrzebuje wyjść na piwo. I się wygadać. Rozumiem jednak, jeśli nie chcesz, w końcu nie znamy się zbyt dobrze. Prawie w ogóle. Ale może właśnie dlatego…
— Jeśli chcesz porozmawiać, to właśnie tu stoję. I czekam — wtrącił się Harry przerywając monolog Zayna.
— Jesteś pewien?
Nie wolno ci. Nawet jeśli to nic nie znaczy. Nie wolno ci.
Harry uśmiechnął się w odpowiedzi i ścisnął mocniej telefon trzymany w kieszeni kurtki.
~~~
Siedzieli w jakimś pubie niedaleko parku sącząc piwa i rozmawiając. Przeważnie mówił Zayn, a Harry tylko kiwał głową i przytakiwał starając się nie krzywić za bardzo od naprawdę mocnego, gorzkiego trunku. Być może nie dowiedział się zbyt wiele, bo mimo wszystko ich rozmowa zahaczała o inne tematy, lecz Harry dowiedział się, że Zayn ma dwadzieścia siedem lat, ożenił się w wieku dwudziestu z powodu klasycznego powodu zwanego szumnie „wpadką” i przeprowadził się do Chester całkiem niedawno z powodu pracy w straży pożarnej. Harry łykał każde słowo mężczyzny. A potem Zayn poszedł po kolejne piwa, nieco się chwiejąc, ale Harry to zignorował.
Korzystając z nieobecności mężczyzny wysłał w końcu wiadomość do Liama, że nie pojawi się w pubie i bardzo przeprasza, ale wypadło mu coś naprawdę poważnego. Odczuwał cholerne wyrzuty sumienia, gdy wyciszył swój telefon, ale te szybko zostały przewiane przez postać Zayna, która pojawiła się przed nim z dwoma kolejnymi kuflami piwa. Był tak zaabsorbowany towarzystwem starszego mężczyzny, że zawartość jego mózgu zamieniła się w jedną wielką papkę krzyczącą „Zayn, Zayn, Zayn!”. Ów uczucie było porażające, gdyż Harry nie odczuwał takiego potężnego otumanienia przy nikim, a co ciekawsze — nigdy go nawet nie doznał, więc zdawało się, że działa to z podwojoną siłą. Doświadczanie tego, będąc tak blisko obiektu swoich westchnień zabijało Harry’ego ze szczęścia. I to dosłownie, ponieważ szaleńczo dudniące serce chłopaka zdawało się eksplodować w klatce piersiowej.
Liam próbował dodzwonić się do Harry’ego z pewnością zmartwiony takim sms-em, ale Harry uporczywie ignorował wibrujący w jego kieszeni telefon, słuchając uważnie Zayna i Payne w końcu zrezygnował po dwóch długich próbach. Trochę gryzło to Harry’ego, ale potem wyobraził sobie reakcję kumpla na prawdę i…
— Przynudzam, co? — Głos Zayna wyrwał Harry’ego z myśli o swoim marnym końcu i chłopak odchrząknął od razu, zaraz się reflektując:
— Nie! Po prostu się zamyśliłem… Kontynuuj, proszę.
Zayn roześmiał się.
— Więc, jak mówiłem… — Westchnął wpatrując się w złocisty trunek. — Doszedłem z Avą do momentu, w którym… nie mam ochoty wracać do domu. Siedzenie tutaj jest lepsze od jej ciągłych pretensji. Wiem, że nie jestem święty, ale… Na Boga, nie mam pojęcia, co z tym zrobić. Po prostu muszę odpocząć od niej… od tego wszystkiego. Przemyśleć to.
Harry nie zamierzał bronić żony Zayna, choć wiedział, że powinien, ale przytakiwał na każdy zarzut, jaki Zayn miał wobec swojej małżonki. A miał ich tyle, że postać Avy stała się dla Harry’ego nacechowana tak negatywnie, iż w pewnym momencie był skory sądzić, że wszelkie problemy w ich małżeństwie to całkowicie jej wina. Czego na szczęście głośno nie powiedział, starając się zachować odrobinę obiektywizmu i opanować swoje zapały. Lecz z każdą minutą było coraz trudniej.
— Nie staraliście się porozmawiać na spokojnie? — mruknął Harry wpatrując się w Zayna i po chwili odwrócił niby przypadkowo wzrok, gdy spojrzenie starszego mężczyzny zdawało się przeglądać go dosłownie na wylot.
— Rozmawianie jest trudne, im jesteś starszy. Czasem rozmowa nie załatwi niczego. I jest tak bardzo często, niezależnie od tego, co mówią te wszystkie pieprzone książki. — Zayn opuszkami palców błądził po szklanej krawędzi swojego kufla, a Harry wodził wzrokiem za tymi okrężnymi ruchami, podczas gdy jego głowa zaczęła tworzyć bardzo, bardzo dziwne obrazy. — Czasami myślę, że to wszystko faktycznie jest moją winą.
— Nie obwiniaj się, wina zawsze leży po środku. Znam to z autopsji… w sensie, moi rodzice często mieli takie problemy.
— I co?
Harry spochmurniał; ten przykład nie był akurat najlepszy i nie chciał o nim wcale wspominać.
— Hm. Rozwiedli się.
Zayn gruchnął śmiechem i minęła dłuższa chwila zanim przywołał się do porządku.
— Przepraszam, to wcale nie było śmieszne — mruknął przepraszającym tonem, mimo że na jego twarzy wciąż majaczył się uśmieszek, którego najwyraźniej nie potrafił się pozbyć. Harry jednak wcale nie był na niego zły, bo owa sytuacja sama w sobie była właściwie niesłychanie komiczna; co Harry Styles mógł wiedzieć o małżeństwie oraz problemach dorosłych ludzi? Zawsze miał zdanie na jakiś temat, lecz w praktyce jego rady stały się zwyczajnie bezużyteczne.
— Ale mój sposób na pocieszenie cię był komiczny. To ja powinienem przeprosić… wpędzam cię w jeszcze bardziej podły nastrój. I wcale nie pomagam. Jestem beznadziejny w udzielaniu rad i tym podobnych rzeczy — westchnął Styles, czując się jak ostatnia ofiara losu. Naprawdę chciał pomóc i w tym momencie zdał sobie sprawę, iż naprawdę niewiele może. Sam również był bezużyteczny.
— Jesteś genialnym słuchaczem, a tego właśnie potrzebowałem – wygadać się — sprzeciwił się niespodziewanie Zayn, kręcąc stanowczo głową, natomiast Harry stał się oszołomiony od tych, bądź co bądź, komplementów. — Wyrzucić z siebie ten cały burdel i posiedzieć z kimś bez tych całych „rad”. Kumple z bazy też dają mi rady i co z tego? Potem wracają do swojego idealnego domu i idealnych żon, i tego idealnego wszystkiego.
— Nadal uważam, że to nie jest tylko i wyłącznie twoja wina — wtrącił Harry marszcząc brwi i skarcił go spojrzeniem.
— Proszę cię, jestem klasycznym przykładem badassa — prychnął Zayn rozbawiony reakcją Harry’ego i opróżniał niemalże do końca swoje piwo. — Wkurzam żonę, psuję samochód, zarabiam niewystarczająco. O, młodzież upijam… — Wskazał podbródkiem na Harry’ego i uśmiechnął się ponuro, na co chłopak wywrócił oczami. — Definitywnie jestem typem spod ciemnej gwiazdy.
— Nie myśl, że jest to pierwsze piwo, które wypiłem.
— Więc też jesteś niegrzeczny? — Zayn poruszył zabawnie brwiami, a Harry zarumienił się lekko patrząc gdziekolwiek, byle nie na mężczyznę. Ta rozmowa powoli zaczęła przekraczać pewne granice, o których masz pojęcie dopiero, gdy zostaną delikatnie naruszone. I Harry czuł, iż coś zostaje naruszone. Coś niewyraźnego, lecz namacalnego.
— Czy ty coś piłeś zanim tutaj przyszliśmy? — mruknął Harry z ironią doskonale zdając sobie sprawę z odpowiedzi.
— Nie pytaj, proszę. Wyjdę na jeszcze bardziej żałosnego, niż jestem.
— Nie jesteś żałosny, jesteś… — Harry’emu zabrakło słów. Co zabawniejsze, zawsze w wyobraźni wiedział jakich słów użyć oraz jak się zachować, jednakże rzeczywistość po raz kolejny dała po sobie poznać swoją nieprzewidywalnością i odmiennością od oczekiwań.
— Pijany — podsunął w końcu dobrodusznie Zayn, podśmiewając się pod nosem, ale nie w sposób złośliwy.
— Nie aż tak. I chciałem powiedzieć coś innego.
— Tak? A co?
— Jesteś… dobrym gościem, okej? — zakończył w końcu i wzruszył ramionami; żałował, że nie ma lepszej odpowiedzi na pytania Zayna ani nie posiada pełnego arsenału użytecznych porad, ale teraz chociaż upewnił się, iż profesję psychologa może już śmiało wykreślić z listy przyszłych karier.
— Harry, to ty jesteś dobrym gościem — rzekł moment później Zayn, opierając się łokciem o blat stołu i zlustrował Harry’ego wzrokiem. — Fajny z ciebie facet, masz perspektywy, jesteś przystojny i laski pewnie na ciebie lecą.
Gdybyś tylko znał prawdę, przemknęło chłopakowi przez myśl i po raz wtóry wzruszył ramionami.
— Mhm.
— Nie mów, że się mylę. — Zayn uniósł brew i zerknął na Harry’ego pytająco, uprzednio wyprostowując się na krześle. Chyba odpowiedź Stylesa zbiła go z tropu, lecz nie dał po sobie tego tak poznać.
— To dość… skomplikowane.
Dlaczego nie potrafię go okłamać?, myślał i gorączkowo wpatrywał się w kufel piwa.
— Lecisz na facetów?
Harry wytrzeszczył szeroko oczy na Zayna, kompletnie zapominając jak się mówi. Zaschło mu w gardle i jedyne, co był w stanie zrobić to siedzieć i nie być w stanie zaprzeczyć w jakikolwiek sposób. Zresztą, po tak długiej ciszy, jaka się wytworzyła odpowiedzi stały się już zbędne.
Bezpośredniość Zayna była naprawdę porażająca.
— Teraz zrobiło się dziwnie. — Zayn marszczył i gładził czoło na przemian jakby nad czymś intensywnie myślał i Styles posiadał szczerą nadzieję, iż właśnie nie odtwarza w myślach ich wszystkich spotkań oraz rozmów, ponieważ odpowiedź nasuwała się właściwie sama. — I wyszedłem na jeszcze gorszego zboka, niż śmiałbym przypuszczać.
Korzystając z okazji, Harry postanowił porządnie opróżnić swój kufel z jakiejkolwiek zawartości.
Jednakże Zayn miał zgoła odmienne plany.
— Ej, uważasz, że jestem przystojny?
Styles wypluł gwałtownie napój z ust, omal się przy tym nie zakrztuszając. I nie był już pewien czy Zayn jest bezpośredni, czy po prostu szalony.
Trochę piwa wleciało z powrotem do naczynia, a resztą pooblewał siebie i stół robiąc przy tym odrobinę zamieszania przy ich stoliku. Podczas gdy Zayn zwyczajnie sobie chichotał zadowolony z siebie. Jednak nie smuciło to Harry’ego ani trochę, a co więcej — nawet cieszyło. Odstawił powoli trunek.
— Nie masz… nie masz nic przeciwko temu? — wychrypiał Styles w końcu, chcąc się upewnić czy odebrał reakcję Zayna prawidłowo. Zebrał sporą garść chusteczek ze stojaczka i zaczął wycierać blat stołu.
— A czemu miałbym mieć? — Zayn wzruszył tylko ramionami i nadal obserwując Harry’ego pociągnął zdrowego łyka. Chwilę później postawił puste naczynie, oblizując wargi. — Jestem przystojny, pogodziłem się już dawno z tym ciężkim brzmieniem.
Harry ostentacyjnie wywrócił oczami, a Zayn roześmiał wesoło.
— Cieszę się, że twój nastrój jest już lepszy — mruknął po chwili Harry kąśliwie i Zayn pokiwał głową, już całkiem poważnie. Podobało mu się to z jaką lekkością przeszli na porządek dzienny z informacją o jego orientacji, a jeszcze bardziej podobała mu się postawa Zayna. Był całkiem inny prywatnie niż w wyobrażeniach Harry’ego, ale przez to pociągał chłopaka jeszcze bardziej. I w jego odczuciu stał się bardziej… osiągalny.
— Tak. Przez ciebie. Dzięki. — Mężczyzna posłał Stylesowi lekki uśmiech i westchnął spoglądając na pusty kufel. Między nimi wytworzył się pewien dziwny rodzaj ciszy i Harry nie przerywał go, zbyt przejęty tym, co Zayn właśnie mu przekazał. Mógłby się równie dobrze rozpłynąć od nadmiaru szczęścia. Być może było to niedojrzałe oraz naiwne, lecz Styles poczuł, iż on i Zayn są sobie teraz bliżsi bardziej niż kiedykolwiek.
Przy stoliku zapadało milczenie i choć Harry wpatrywał się w swój kufel, czuł następujące po sobie fale dreszczy, które oznaczały, że Zayn mu się przygląda. Nie zamierzał przerywać tej czynności mężczyzny swoim głosem czy jakimkolwiek ruchem; czekał, aż sam zainteresowany coś powie i mimo że z każdą chwilą atmosfera coraz bardziej się zagęszczała, żaden z nich nie przerwał tej ciszy ukradkowych spojrzeń.
W końcu Zayn poruszył się niespokojnie na swoim siedzeniu po czym odchrząknął. Harry zerknął na niego.
— To pójdę jeszcze po piwo, nie? — mruknął Zayn i nie czekając na odpowiedź chłopaka oparł rękę o stół, gotowy by wstać, lecz zachwiał się i opadł lekko z powrotem na krzesełko. Harry zwrócił uwagę na to podejrzane zachowanie i Zayn uśmiechnął się w jego kierunku z zamiarem ponownego stania na nogi.
A potem rzeczy działy się bardzo szybko.
Zayn zachwiał się, ale tym razem niebezpiecznie i Harry instynktownie wstał łapiąc go w pasie, i była to dobra decyzja, bo mężczyzna nie był w stanie utrzymać pion dzięki własnym nogom — trzymając go w objęciach, Harry doskonale wyczuł jak bardzo wiotki i bezwładny jest, a to znaczyło tylko jedno.
Zayn był totalnie zalany.
— Cholera jasna — wymamrotał Zayn podnosząc głowę i wpatrując się ze zdziwieniem w Harry’ego, który wciąż trzymał go od tyłu w pasie. — Mój wybawco! — dodał już głośniej; na tyle, by parę osób w pobliżu zwróciło na nich uwagę. Harry z lekkim trudem zmienił tę niewygodną pozycję i usadził bruneta z powrotem na krzesło, jednocześnie nie mogąc uwierzyć w to, czego właśnie doświadcza.
— Zayn, ty jesteś pijany! — wyszeptał rozgorączkowany Harry, zastanawiając się co teraz, do cholery, ma zrobić. Niektórzy ludzie wciąż zerkali w ich kierunku, a takie zachowanie w tej sytuacji było co najmniej niebezpieczne — Harry był nieletni, a dorosły Zayn na tyle pijany, iż nie był w stanie podnieść tyłka i opuścić lokalu.
— Po prostu zgubiłem równowagę, daj mi wstać… — Zayn ponownie próbował się wyprostować i ponownie ta próba zakończyła się kompletnym fiaskiem i gdyby Harry nie zainterweniował, prawdopodobnie piękna facjata mężczyzny miałaby niemiłe spotkanie z podłogą. — Może schowała się pod stołem?... Hmmm…
Styles musiał ponownie powstrzymać Zayna przed bolesnym pocałowaniem podłoża, gdyż poszukiwania zaginionej równowagi pod stołem zaszły zdecydowanie za daleko. Po raz kolejny uratował mężczyzny przed uszkodzeniem lekko go odpychając, tak aby oparł się plecami o oparcie krzesła.
— Co mam teraz zrobić? — mruknął Harry do siebie niemalże płaczliwym tonem, a Zayn odchylił lekko głowę, siedząc na swoim krześle. Jeśli się nie pospieszy mężczyzna zaraz zaśnie i wyniesienie go z lokalu będzie już bardziej niż niemożliwe. — Hej, nie śpij! Chodź, idziemy!
— Nie, daj mi chwilę, zaraz wstanę i… i pójdziemy jeszcze na piwo, drinka… czy tam coś…
Harry nie odpowiedział, ale zdawał sobie z sprawę z jednej rzeczy.
Zayn zdecydowanie nie mógł pokazać się w domu w takim stanie.
~~~
Wcześniejszy Harry nazwałby niedorzecznością to, co robił obecny Harry, ale „wcześniejszy Harry” odszedł w zapomnienie z powodu buzujących hormonów. I gdyby obecny Harry miał chociaż moment, by nad tym pomyśleć, to z pewnością nie spojrzałby w lustro przez następną... resztą życia. I o ile Harry przez poprzednie dwie godziny rozmyślał, jak powie Liamowi, że wystawił go na rzecz Zayna, to teraz nie zastanawiał się nad tym wcale.
Teraz kombinował, jak powie Liamowi o tym, że zaciągnął Zayna do domu.
Podróż taksówką nie była taką męczarnią, jak można by się było spodziewać, bo Zayn odleciał zaraz potem, gdy Harry’emu jakimś cudem udało się przemycić go z pubu na ulicę. Oprócz rozweselonego spojrzenia taksówkarza, Harry’ego nie spotkało już nic, oprócz majaczenia Zayna, który, na szczęście był zbyt bezwładny i senny, by uczynić cokolwiek. A Harry musiał coś zrobić, mimo że teraz czuł się z tym źle; tłumaczył sobie, że nie ma wyboru i przecież nie zaplanował tego wszystkiego celowo, a Zayn jest zbyt skłócony z żoną, by wracać tam w takim stanie, lecz za każdym razem, gdy zerknął na Zayna przelotnie czuł to specyficzne ukłucie i wtedy przełykał ślinę, odpędzał dziwne obrazy, jakie powstawały w jego głowie oraz wlepiał nos w szybę. Odnosił wrażenie, że to wszystko z pewnością zaszło za daleko, zwłaszcza, gdy uwzględni się punkt widzenia z nieobiektywnymi uczuciami Harry’ego wobec mężczyzny, ale… z tym nie było mu źle.
Źle było mu dopiero z tym, że tak mało go to obchodzi.
Harry był tak zajęty swoim sumieniem, iż nie zarejestrował nawet momentu, gdy pozbył się prawie całej pieniężnej zawartości portfela na rzecz kursu taksówką. Myślał jedynie o tym, że ma mało czasu przed pojawieniem się Liama i na stworzenie wytłumaczenia, które sprawiłoby, iż Payne nie wpadłby w furię. A przynajmniej nie aż taką, jaką Harry wyobrażał sobie w pierwotnym zamyśle. Ta byłaby najprawdopodobniej najgorsza.
— Harry? Co ty tu robisz? — Zaspana pani Payne patrzyła na Harry’ego z lekkim niedowierzaniem, ale później na jej twarzy pojawiła się pierwsza fala szoku, gdy ujrzała Zayna trzymanego przez chłopaka.
Od początku planował taki obrót spraw; nie mógł przyprowadzić Zayna do siebie, to nie wchodziło w grę. Natomiast dom Liama stał się najlepszym z możliwych wyborów, bo jedynym. Harry nie panował natomiast obudzenia pani Payne, choć przewidywał, iż plątanie się na werandzie przed domem — w poszukiwaniu doniczki, gdzie Liam zawsze wrzucał swoje klucze — może to spowodować.
— Dobry wieczór, pani Payne, przepraszam za obudzenie — zaczął Harry, mówiąc szybko i nie dając dojść jej do głosu, a co dopiero zastanawianiu się nad jego słowami. Musiał działać prędko i zgrabnie, tak by nie wzbudzić podejrzeń kobiety. Było to banalnie proste z uwagi na fakt, że Harry był tym dobrym dzieckiem. Jak mogłaby go podejrzewać o cokolwiek? — Wyszedłem dzisiaj z Liamem, no i nasz znajomy niezbyt dobrze na tym skończył... w sumie, nie tylko on, ale Liam powiedział, żebym zawiózł go tutaj, bo jest spoza miasta, a on zajął się tym drugim. Niedługo sam powinien przyjechać.
Mama Liama patrzyła się na Harry’ego przez krótki moment, a potem wywróciła oczami.
— Czasami mam wyrzuty sumienia, że pozwalam na to, byś miał do czynienia z moim synem, ale czego Arielle nie wie, tego jej sercu nie żal — mruknęła żartobliwie, po czym przeszła w głąb mieszkania dając w ten sposób do zrozumienia, że Harry może robić, co chce, byleby nie był za głośno.
Naprawdę był w szoku nad tym, jak bardzo przebiegły potrafił być
O ile można było to nazwać przebiegłością.
Trochę trwało, zanim Harry zebrał siły ponownie, by wciągnąć Zayna do środka, ale ostatecznie udało mu się dotrzeć do salonu i położyć mężczyznę na kanapie — Harry właściwie go rzucił, pełen ulgi z tego, że pozbył się ciężaru. Powoli zaczynały go boleć plecy, spocił się, a teraz usiadł obok Zayna przesuwając jego nogi i dyszał ciężko. Pani Payne już dawno zdążyła pójść na piętro do swojej sypialni i ponownie zasnąć, tego był pewien. Nie wiedział, ile ma czasu przed przyjazdem Liama, ale wiadomość z dramatyczną prośbą o pomoc wysłał, gdy wsiadał do taksówki, także Payne powinien być już blisko.
— Harry… — wymamrotał nagle Zayn, a kędzierzawy niemalże podskoczył w miejscu. Zerknął na mężczyznę i zorientował się, iż ten ma otwarte oczy patrzące prosto na niego. — Muszę już iść.
— Nigdzie nie idziesz… ej! — syknął Harry, patrząc jak Zayn niezdarnie podnosi się do pozycji siedzącej, a potem przestawia nogi na podłoże. Styles przez chwilę myślał, że może faktycznie z nim lepiej, ale chwilę później Zayn zaczął się lekko kołysać na boki, co definitywnie znaczyło, iż nie trafi do własnego lokum nawet na czworakach.
Jednak mimo to, Zayn podniósł się na równe nogi i z konsternacją rozejrzał wokół siebie; zmarszczył brwi, a potem spojrzał w końcu na Harry’ego z wyraźnym zapytaniem w oczach.
— Nie jesteśmy w barze?
— Brawo, Sherlocku. Prześpisz się tutaj, a rano wrócisz do domu, okej? — Harry wpatrywał się z Zayna z troską oraz strachem, napędzanym głównie myślami, iż Zayn weźmie ów troskę za coś nieodpowiedniego. Głównie z uwagi na to, że Styles przyznał mu się, mniej lub bardziej bezpośrednio, do własnej orientacji. A Harry nie chciał, by Zayn odebrał tę sytuację źle z uwagi na preferencje Harry’ego, nawet jeśli wielce prawdopodobnym było, że Zayn wcale tego nie pamiętał.
— Cwanie to wymyśliłeś, hm. — Zayn zabawnie poruszył brwiami, a Harry tylko przewrócił oczami, na co mężczyzna zareagował chichotem.
— Nic nie wymyślałem.
— Doceniam ten podryw, tylko… Ava mnie zabije.
— Zabije cię, jeśli pojawisz się w takim stanie. Po prostu idź spać, Zayn.
Zayn wygiął usta w delikatnym, niemalże niezauważalnym uśmiechu.
— Mówiłem ci, że dobry z ciebie gość?
— Chyba ci się zdarzyło…hej, uważaj!
Zayn zareagował zbyt późno — potknął się o nóżkę stolika kawowego znajdującego się naprzeciw kanapy i po chwili stracił równowagę… wpadając na Harry’ego, który już wstawał, by po raz wtóry uratować Zayna. Wylądowali na miękkiej kanapie, a mężczyzna przygniótł chłopaka własnym ciałem, na co Harry jęknął z bólu. Zayn nie wyglądał, ale był cholernie ciężki, czego Styles już zdążył doświadczyć.
Harry w przerażeniu obserwował twarz Zayna, który z błogim wyrazem twarzy uśmiechał się do niego, za nic robiąc sobie fakt ich nagłej, nieodpowiedniej bliskości.
— Zastanawiałem się, jak to jest — mruknął nagle Zayn, a Harry przestał przejmować się bólem i niespodziewanie odkrył, iż twarz jego raz mężczyzny dzieli właściwie bardzo mała odległość, co automatycznie go sparaliżowało; tak samo jak to, że Zayn wciąż napiera na jego ciało swoim. Zmarszczył brwi, nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje. — Ciekawe, jak to jest…
Harry nie zdążył zareagować i Zayn pochylił się nad nim jeszcze bardziej, aż chłopak w końcu poczuł jego wargi na swoich; elektryzujące uczucie z jego ust rozeszło się do każdej komórki ciała chłopaka, paraliżując całe ciało jeszcze bardziej. Wystarczyło parę ciepłych, delikatnych muśnięć, a krew niemalże wrzała od endorfiny z ust mężczyzny smakującej papierosami oraz gorzkim alkoholem.
I paradoksalnie była to najsłodsza rzecz jakiej kiedykolwiek Harry doświadczył.
— Teraz Ava na pewno mnie zabije — wyszeptał Zayn chichocząc prosto w wargi chłopaka, a ten mrugał oczami, nie potrafiąc uwierzyć w to, co właśnie się wydarzyło.
Moment otępienia nie trwał jednak długo, bo chrzęst zamka dochodzący z frontowych drzwi przywrócił Harry’ego na ziemię momentalnie — przewrócił Zayna na plecy i podniósł się na równe nogi niemalże z podskokiem, zaraz kierując swoje kroki do przedsionka. O tym, co zaszło przed chwilą z Zaynem i jego ustami nie myślał wcale, bo każdy nawet przebłysk powodował jeszcze większe ogłupienie oraz radość, na domiar wszystkiego zmieszaną ze wstydem. Bał się odwrócić i zerknąć na Zayna, i bał się tego, że Liam na niego spojrzy i będzie wiedział już wszystko, bez żadnych zbędnych słów.
Harry Styles całował się z żonatym mężczyzną.
— Harry? — wyszeptał Liam w mrok, na co chłopak zatrzymał się w miejscu, dostrzegając sylwetkę kumpla, który właśnie ściągał buty ze stóp.
— Tutaj jestem — wychrypiał Styles podchodząc bliżej i odchrząknął zaraz, chcąc przeczyścić gardło.
— Co się dzieje, stary? — Liam od razu przeszedł do rzeczy, widząc dość niezidentyfikowany grymas na twarzy Harry’ego jak i całe jego dzisiejsze zachowanie. — Najpierw się umawiasz z Niallem, następnie go wystawiasz, a potem piszesz po dwunastej, że mam wracać do własnego domu. O co tutaj chodzi?
— Zabijesz mnie — odparł Harry i wzruszył ramionami. Zamiast mętliku w głowie miał kompletną pustkę i sam nie wiedział, co gorsze.
— Świetnie. Ulżyło mi — sarknął Liam i choć starał się udawać bardziej rozbawionego, niźli przestraszonego, to emocje wzięły górę. Harry nie mógł mu się dziwić, sytuacja stała się dość specyficzna.
— Chodź do kuchni.
Liam chciał coś powiedzieć, ale wstrzymał się i w końcu tylko pokręcił głową, kierując swoje kroki do kuchni, a Harry ruszył za nim, z każdą sekundą będąc coraz bardziej spiętym. O ile w ogóle jeszcze mógł być bardziej spięty.
~~~
Zanim Payne zdążył obrócić się do Harry’ego, chłopak zaczął mówić — szybko, zwięźle i nie dając ani przez moment dojść do głosu Liamowi, na którego twarzy z każdym słowem chłopaka malował się skrajny szok. A może to wcale nie był skrajny szok, tylko twarz kumpla zamarła z przerażenia, zaatakowana tyloma z pozoru absurdalnymi informacjami? Nawet jeśli Harry był dobrym mówcą, to żadne słowa nie ubiorą jego czynów w sposób, który uchroniłby go przed wybuchem Liama. Mimo że Styles w swej powieści odpuścił „podejrzane” momenty oraz końcową scenę przed przybyciem Liama, bo w końcu nic nie znaczyła. Zayn jest pijany, a nazajutrz nie będzie nawet tego pamiętać — Harry postanowił trzymać się tej myśli, bo tylko ona oczyszczała jego sumienie z wyrzutów. W końcu nie zrobił nic złego, nie planował tego i nie chciał w taki sposób wykorzystywać Zayna, prawda?
Prawda?...
Liam przez prawie cały monolog Harry’ego wystawiał głowę zza drzwi kuchni, by spojrzeć na swoją kanapę w salonie. A gdy Harry zamilknął, Liam wciąż patrzył na Zayna i chłopak nawet nie był pewien czy kumpel mruga oczami. Jakby się zawiesił nadal trawiąc te wszystkie informacje.
— Kurwa mać, nie wierzę. Po prostu, kurwa, nie wierzę.
Payne wciąż patrzył na śpiącego Zayna, aż w końcu odwrócił się do Stylesa, głęboko westchnął i zamknął oczy. Najprawdopodobniej nie istniała sytuacja gorsza od tej, gdy Liamowi Payne’owi zwyczajnie brakuje słów. Zawsze wiedział, co ma powiedzieć, nawet jeśli miałby mówić kompletnie nie na temat. Co zdarzało mu się zresztą notorycznie.
— Nie przesadzaj. To tylko… przypadek — wymamrotał cicho Harry, bardziej już do siebie niż szatyna.
— Ten przypadek chodzi za tobą już od ponad dwóch miesięcy! — warknął Liam patrząc na Harry’ego z wyraźnym szokiem; jak gdyby nie potrafił uwierzyć, że Styles wypowiada takie słowa. — Co ty w ogóle sobie myślisz?!
— Ciszej, obudzisz go! — syknął Harry, próbując jakoś uspokoić Payne’a, ale ten zdawał się być oporny na jakiekolwiek sugestie i mimo że nie skomentował prośby Harry’ego, to jednak się do niej dostosował, zdecydowanie schodząc z tonu:
— Gdyby ktoś miesiąc temu mi powiedział, że zrobisz to, co zrobiłeś dzisiaj kazałbym mu wyskoczyć przez okno. — Pokręcił głową z rozbawieniem, krzyżując ręce na piersi i oparł się plecami o framugę drzwi. — Teraz sam mam ochotę to zrobić.
Harry westchnął.
— Dramatyzujesz.
— Nie, Harry — to ty dramatyzujesz. Chcesz wiedzieć, czemu odnośnie tego człowieka nigdy nie mówisz mi prawdy?
— Jesteś…
— Nie jestem uprzedzony. — Przerwał mu Liam, trafiając w sedno. — Po prostu nie jestem zaślepiony tak jak ty. I nie chodzi też o to, że boisz się powiedzieć mi o nim z uwagi na moją reakcję, dobrze o tym wiesz. Boisz się, bo wiesz, że im dłużej to ciągniesz, to tym bardziej wymyka ci spod kontroli. Nie potrafisz mu odmówić. Nawet nie próbujesz. Może nie chcesz? I ja za każdym razem ci to wszystko uświadamiam. Od dwóch pieprzonych miesięcy, a teraz… a teraz to. Uważasz, że to całkowicie normalne? Harry, jesteśmy przyjaciółmi. I wypowiem się w tej sprawie tylko raz, bo nie mogę patrzeć, jak angażujesz się w coś… takiego. To jest złe. Wpadasz w to. Ten gość ma problemy, a tobie one nie są potrzebne. Po prostu zapomnij o nim, znajdź sobie kogoś w twoim wieku. A jeśli nie w twoim, to nie z dwójką dzieci i wiedźmą za żonę.
Harry nie odpowiedział od razu ani też nie pozwolił, by Liam spostrzegł, jak bardzo ukuła go aluzja przyjaciela; po prostu wciągnął powietrze, a potem powoli wypuścił je z płuc. Czuł w tamtym momencie takie rozgoryczenie, że równie dobrze mógłby się rozpłakać. Nie patrzył Liamowi w oczy, bo wiedział, iż ma rację, ale Harry nie chciał owej racji do siebie przyjąć. Liam swoimi słowami niszczył coś, do czego Harry, mimo że absurdalnie, zdążył się przyzwyczaić.
W końcu coś w jego życiu się działo i naprawdę to lubił — lubił te uczucie towarzyszące mu za każdym razem, gdy widział Zayna lub z nim zwyczajnie rozmawiał. Zdał sobie sprawę, że tak naprawdę funkcjonował tylko dlatego, aby iść do pracy i go zobaczyć, zamienić parę słów, podziwiać jego uśmiech. To miało sens, nawet jeśli było złe, lecz Harry spostrzegł, iż tak naprawdę obchodzi go to coraz mniej. Mógł próbować wyrzucić sobie Zayna z głowy, ale wtedy co by go czekało? Nie pragnął jeszcze większej pustki od tej, którą już miał, a Zayn nieświadomie wypełniał tę pustkę.
I Harry tego potrzebował.
— To wszystko przypadek. Naprawdę przypadek — powiedział w końcu, podnosząc wzrok na twarz Liama i z wesołym uśmiechem poklepał go po ramieniu. — Dzięki za przenocowanie Zayna i za wyrozumiałość. Wracam do siebie, cześć.
Odwrócił się do Liama i ruszył przez korytarz w kierunku drzwi. Pragnął po prostu jak najszybciej opuścić ten dom, ponieważ nie chciał kolejnych potyczek słownych. Następnych niepotrzebnych słów, mających mu coś uświadomić. Nie chciał tych wszystkich, bzdurnych komplikacji.
Jego ręka zamarła na klamce, gdy ponownie usłyszał głos przyjaciela.
— Coś się stało, prawda?...
Liamowi odpowiedział jedynie głuchy trzask drzwi.
~~~
Minęły trzy tygodnie.
Podczas tych trzech tygodni Liam zdążył przeprowadzić z Harrym dwie poważne rozmowy, spadł śnieg, Liam uwierzył, że Harry odpuścił, a potem było jeszcze więcej śniegu. Oraz nauki. Chłopak ledwo co wyrabiał się z materiałem i nie pomagało mu w tym krzątanie się po domu razem z bezsennością. Bywały dni, w których nie chciał opuszczać łóżka, jednak ani razu nie spóźnił się na zajęcia, ani ich nie przegapił. Wolał stany depresyjne w szkole, niż czułe i niespokojnie spojrzenia własnej babki. Nie przerażała go nawet wizja spotkania Nialla, bo wcale nie poczuwał się do tego, aby cokolwiek mu tłumaczyć; gdy spotkali się w końcu po tamtej sobocie, Harry powiedział mu, że jego babcia ma problemy ze zdrowiem, a on sam nie ma czasu na żadne wspólne wypady, bo zależy mu na szkole. Nie starał się wtedy nawet udawać, że nie kłamie i Horan musiał to spostrzec, gdyż od tamtej pory nie zamienili ze sobą ani słowa, oprócz zwykłego „cześć”. Wciąż żył tak, jak wcześniej.
I właśnie to było najgorsze.
Liam zbyt wiele nie mówił o tamtym niedzielnym poranku, bo jak twierdził — nie było o czym. Zayn po prostu wyszedł, uprzednio dziękując za przenocowanie, po czym poszedł na przystanek. To wszystko. Harry nie czuł się specjalnie zdziwiony, mimo że fakt ten był wyjątkowo bolesny.
Zayn nie odzywał się do Harry’ego, nie pojawiał się znienacka w jego życiu i było właściwie tak, jakby nigdy nie istniał. Ale Harry pamiętał zbyt dobrze smak jego ust, fakturę jego warg i unoszący się za mężczyzną zapach papierosów. Te trzy tygodnie braku jakiegokolwiek odzewu ze strony Zayna były wystarczającą aluzją do tego, iż tamto spotkanie mężczyzna uważał za błąd. Harry musiał się z tym pogodzić, albowiem nie posiadał innego wyjścia; właśnie wtedy przekonał się, iż gorsza od prawdy może być tylko niewiedza.
Nie miał pojęcia jak powinien to intepretować czy zrobił coś źle, czy może Zayn uznał, że tak będzie lepiej. Powód oczywiście nasuwał się tylko jeden, ale wciąż był czymś nie do końca wyjaśnionym. Chłopakowi pozostało tylko gdybanie, ale po pewnym czasie zamieniło się ono w irytację. Niezależnie od tego, co zrobił nie zasługiwał na takie traktowanie, bo w zasadzie stał się ofiarą, nic ponadto. Co więcej, nazywanie tak samego siebie brzmiało bardzo ironicznie, zwłaszcza wtedy, gdy przypominał sobie o Avie.
Harry musiał się z tym pogodzić; nie trafił w sam środek historii miłosnej, świat nie oszalał, wszechświat nie wybuchł z rozpaczy czy z nadmiaru namiętności. Nadal był tym samym Harrym Stylesem, pragnącym wyrwać się do Londynu i zasmakować czegoś więcej. Wyobrażenia przysłoniły mu właściwy pogląd na sprawę.
— Musisz przestać.
Po raz kolejny zapomniał o towarzystwie Liama, ale nie potrafił opanować pewnych myśli, zwłaszcza wtedy, gdy przypominał sobie, że siedzi w tym cholernym salonie Payne’a i na tej cholernej kanapie, na której zdarzyło się wszystko i nic. I przez to właśnie, ciągle wisiał gdzieś pomiędzy tymi wydarzeniami, nie mogąc znaleźć ani drogi ucieczki, ani lekarstwa, które pozwoliłoby mu zapomnieć. Rutynowe oglądanie meczy u Liama nie stanowiło długoterminowej pomocy.
— Z czym?
— Z tą depresją!
Harry czuł zdziwienie – od dłuższego czasu uważał, iż Liam całe to wyłączenie się Harry’ego ze świata bardziej bierze za brak czasu i poświęcenie się szkole, niżli faktycznemu stanu otępienia spowodowanego o wiele starszym mężczyzną. Wniosek ten uderzył go dwukrotnie mocniej, ale wyłącznie dlatego, że zdał sobie sprawę z prawdziwego znaczenia takiego zachowania Liama.
Było z nim gorzej, niż przypuszczał.
Odchrząknął, przypominając sobie, że zbyt długo zwleka z odpowiedzią. Przywołał na twarz pełen ironii uśmiech, po czym mruknął:
— Nie mam depresji, idioto.
— Wiem, że cię to boli, ale niezależnie od tego, co zaszło – tak będzie lepiej.
Liam nigdy nie nazwał tego po imieniu, jakby się bał, iż w ten sposób zniszczy swój obraz Harry’ego. Z pewnością domyślał się, co mogło zajść i gdy mówił o tym, nie mówił wprost – jedynie krążyli wokół tematu za pomocą właśnie zdawkowych, pośrednich wypowiedzi, dokładnie takich jak ta. Styles również tego nie znosił w zachowaniu szatyna, ale wiedział, że lepsze to, niż rozdrapywanie ran oraz pełne dezaprobaty spojrzenia Liama. Powinien się wstydzić tego incydentu, lecz problem polegał na tym… że tego problemu nie było. Gdyby, jakimś cudem, posiadał ponowną możliwość powtórzenia tych wydarzeń – zawahałby się. Tak czy inaczej, nie miał wpływu na przeszłość, więc nie zamierzał tego żałować, nawet jeśli było złe. Ekstremalnie złe.
— Nie mogę mieć nawet złamanego serca, chamstwo w państwie — zamruczał Styles z rozbawieniem niepozbawionym sarkazmu i zerknął na Liama. — Masz wyrzuty sumienia, czy co?
— Chcę cię przywrócić do życia!
Harry uniósł brew.
— Czyli masz wyrzuty sumienia. Niepotrzebnie. Trzymam się świetnie. Nie planuję nawet samobójstwa. — Harry wyszczerzył się szeroko do przyjaciela, nie szczędząc sobie przy tym ani krzty sztuczności. Liam wywrócił oczami, nie zamierzając ukrywać jak bardzo Harry jest zły robiąc sobie z niego żarty, podczas gdy on naprawdę się o niego martwi i przecież to kompletnie nie ma żadnego związku z jakimiś wyrzutami sumienia. — Zresztą, Niall już sobie mnie odpuścił, więc licealny romans ze starszakiem na ponoć złamane serce nie wchodzi w grę, przykro mi.
— Wcale nie — burknął Liam. Harry zerknął na niego podejrzliwie, nie bardzo wiedząc do czego mężczyzna konkretnie pije, ale miał nadzieję, iż ma to mało wspólnego z przypuszczeniami, które właśnie zasiał w głowie chłopak.
Widząc jednak spojrzenie Liama, zrozumiał, że zrobił komuś właśnie bardzo wielką krzywdę.
— Nie mów. Niall dalej się we mnie buja?
Liam nie wyglądał na zadowolonego z tego, iż musi to potwierdzić, więc niemrawo wzruszył ramionami. To jednak było wystarczającym gestem w tej sytuacji, więc Harry przestał się głupio uśmiechać, teatralnie westchnął i pokręcił głową; chyba odrobinę zirytował taką reakcją Payne’a, ale cóż mógł innego zrobić? Fakt, było to trochę przykre, lecz nie planował w najbliższej przyszłości odstawić wielkiego dramatu oraz pluć sobie w brodę. Przecież nie było tak, iż był z tego faktu zadowolony, choć na pewno w jakimś stopniu było miłe, że Niall ma do niego aż tak wielką słabość. Ciekawe jednak, czym tak bardzo Harry na to zasłużył?...
Harry czekał, aż Liam zacznie go znowu przekonywać do blondyna, ale nic takiego nie nastąpiło. Nastała po prostu cisza przerywana jedynie odgłosami meczu włączonego w telewizorze. Zbyt nienaturalna i zbyt sztywna, by Harry mógł spokojnie usiedzieć na miejscu dłużej niż parę sekund. Jakby Liam miał do niego jakieś wyrzuty dotyczące odrzucenia Nialla! To Styles powinien mieć pretensje o to, jak kumpel próbował go urobić w tę całą znajomość różnymi sztuczkami, ze zdradzeniem jego orientacji na czele.
Prychnął pod nosem.
— Nie dasz mu szansy. — Liam bardziej stwierdził, niż zapytał, a Harry pokiwał tylko głową w odpowiedzi.
— Nie.
Korciło go, by zapytać o konkrety, lecz z drugiej strony bał się zagłębienia w temat – wystarczającym dowodem na to, że Niall nie posiadał do Harry’ego żadnych intencji wydawał się fakt, iż nie zaczepiał go. Kiwał tylko w jego stronę głową, mruczał „cześć” i w zasadzie tyle, więc dziwnym nie było, że Styles czuł się po prostu zaskoczony wyzwaniem Liama. Jego wyrzutami już mniej, bo przyjaciel zawsze znalazł jakiś irracjonalny powód, do którego potrafił pić miesiącami, nawet jeśli Harry był bardziej niż niewinny.
— I nawet o tym nie pomyślisz — dodał jeszcze Liam i tym razem Harry zerknął na niego.
Nie odpowiedział jednak już nic.
~~~
Harry nie chciał znowu zrobić czego, co mógł żałować, dlatego patrzył się na swoją komórkę leżącą na biurku, obok niego. Próbował się skupić na treści podręcznika, lecz za każdym razem jego oczy podążały w kierunku telefonu komórkowego i obgryzał nerwowo wargi. W końcu sięgnął za róg książki i zamknął ją zamaszystym ruchem, by w końcu sięgnąć po sprzęt, lecz w ostatniej chwili się zawahał i cofnął rękę, jakby dotykał rozżarzonego węgla, a nie niemalże zimnego plastiku.
Ta sytuacja ciągnęła się od około godziny, gdy powrócił od Liama i próbował zając się przydatnymi rzeczami, byleby nie tylko kwestią sercowych porachunków. Harry’emu szło jednak tak tragicznie, że w ciągu tych parudziesięciu minut zdążył się tak zdołować, iż wizja zakopania się w łóżku i pozostania tam na zawsze wydawała się perfekcyjnym planem na życie. A przynajmniej lepszym od jakiejkolwiek decyzji, którą musiał w końcu podjąć. Bo w końcu jakąś musiał; nie potrafił wisieć pomiędzy wydarzeniami i czekać. Wewnętrzny głos podpowiadał mu, że powinien zadzwonić do Nialla, w tej pieprzonej chwili i poprosić go o spotkanie. Nie rozumiał czemu ta myśl do niego tak mocno się przyczepiła, gdy jeszcze prawie dwie godziny temu wzbraniał się w ogóle przed tym pomysłem, dając Liamowi jasno do zrozumienia, że cała jego bliższa relacja z Horanem nie miałaby sensu. Może po prostu chciał spojrzeć Niallowi w oczy i usłyszeć od niego coś, co zmieniłoby jego podejście. Coś, co sprawiłoby aby zapomniał całkowicie o Zaynie i dał sobie w końcu spokój z czymś tak nierealnym. Tego właśnie oczekiwał – chciał, by ktoś w jednej chwili zatrząsnął jego światem tak, jak zrobił to Zayn.
Być może podobała mu się ta determinacja Nialla, bo z pewnością jakoś na Liama wpłynąć musiał by ten zahaczył o temat blondyna jeszcze raz z Harrym. Nie ulegało wątpliwościom, iż wciąż musiało mu zależeć, choćby minimalnie – normalny człowiek w takiej sytuacji, w jakiej Harry postawił Nialla parę tygodni temu, w ogóle nie odzywałby się do Stylesa. Nie patrzyłby na niego. Traktował jak powietrze. Z pewnością sprawił mu zawód, a mimo to Niall nie umiał się do niego nie odzywać. Styles przejrzał na oczy.
To było takie oczywiste.
Spojrzał na telefon pewniej, a potem biorąc go w ręce, szybko odnalazł numer Nialla. Chwilę się wahał, aż w końcu zdecydował się na wysłanie wiadomości od rozmowy – z jednej strony bał się usłyszeć głos blondyna, a z drugiej wolał po prostu się… upewnić. W czymkolwiek. Chociażby i w tym, że Niall ma ochotę z nim rozmawiać, a Liam nie wymyślił sobie przypadkiem tego wszystkiego. Istniała również taka możliwość, choć Harry miał to dziwne przeczucie, iż chyba jednak nie.
Kolejne wątpliwości dopadły Harry’ego, gdy zdał sobie sprawę, iż jest grubo po dwudziestej drugiej. Niall pewnie świetnie bawił się o tej porze w gronie znajomych, walcząc z grawitacją. Taki ktoś jak Horan nie spędzał piątkowych wieczorów w domu, nad pieprzonym podręcznikiem. Harry potrzebował kogoś takiego. Kogoś, kto nie będzie Liamem zdradzającym dziewczynę, którą ponoć kocha, a potem biadolącym, że to był wypadek, a potem starającym się odkupić swoje winy, co ostatnio skończyło się zalaniem w trupa.
Harry błądził myślami jeszcze ponad dziesięć minut, zanim w końcu wysłał krótkiego smsa o treści: „Jesteś zajęty?”. Wiedział, iż mógł postarać się bardziej i wykazać elokwencją, ale w tym momencie jedyne, co chciał wiedzieć to czy Niall naprawdę chce z nim jeszcze rozmawiać.
Westchnął z lekką ulgą, gdy w końcu wcisnął odpowiedni klawisz i wiadomość została wysłana. Odchylił się na krześle i skrzyżował ręce na piersi, marszcząc brwi za każdym razem, gdy zerknął na telefon odłożony z powrotem na biurko. Harry wykonał ruch, bo miał dość czekania, ale wychodziło na to, że teraz ponownie jest na nie skazany. Nieważne, co zrobi. W każdym razie, ten rodzaj czekania wydawał mu się o wiele lepszy od czekania na dosłownie nic. Tutaj miał chociaż pewność, iż coś zrobił, wykonał swój ruch i nie było już nic, co powinien jeszcze uczynić. Wbrew wszystkiemu, nie zamierzał się płaszczyć przed Horanem. To nie leżało w naturze Harry’ego.
Obrócił się w stronę okna. Deszcz siekał w szklaną taflę wydając przy tym charakterystyczne odgłosy i Styles od razu poczuł lekką senność. Przesunął się na fotelu i przyłożył głowę o oparcie mebla, przymykając powoli powieki i wsłuchując się w odgłosy pogody. Wraz z sennością przybyło też poczucie spokoju, rozluźniając wszystkie nieświadomie spięte do tej pory mięśnie.
Cokolwiek miało się wydarzyć…
Głos dzwonka zerwał Harry’ego prawie że na równe nogi – gwałtowny ruch spowodowany niespodziewanym odgłosem sprawił, iż Styles o mało nie wywrócił się z wygodnego fotela. Nie był nawet do końca pewny czy udało mu się zasnąć, aczkolwiek posiadał to dziwne wrażenie jakby został obudzony z głębokiego snu, choć przelotne spojrzenie na zegarek sugerowało, iż minęło może piętnaście czy dwadzieścia minut.
Nie miał pojęcia, kto mógł przybyć o tej porze – gdy wyszedł na korytarz z łazienki wychodziło żółte, ciepłe światło sugerujące, iż Arielle tam przybywa w ramach wieczornej toalety, co znaczyło mniej więcej tyle, że na pewno nikogo się nie spodziewała.
— Harry, spodziewasz się kogoś? — zawołała staruszka, słysząc skrzypiące deski na korytarzu i Styles upewnił się tylko we własnym przekonaniu, ale potem zamarł na moment, gdy zdał sobie sprawę, że może Nial… to byłoby cholernie w jego stylu.
Harry’emu zaimponowało to. I choć czuł strach, to wiedział, iż takie zachowanie ze strony blondyna była najlepszą odpowiedzią na jego sms.
— Tak! To znajomy, tylko na chwilę. Nie przejmuj się — odparł prędko, starając się aby jego głos brzmiał naturalnie i osiągnął efekt; Arielle wydawała się być przekonana, gdy stwierdziła, że mają nie być zbyt głośno, a Harry w końcu ruszył w kierunku schodów, szybko zbiegając po stopniach i z zawrotną prędkością znalazł się w holu; zwolnił znacznie, by Niall nie pomyślał, iż jest powodem zadyszki Harry’ego. W ciągu paru sekund unormował swój oddech, a przynajmniej tak wyglądał, więc ruszył w kierunku drzwi i chwycił za klamkę.
Wciągnął powietrze nosem, a wypuścił ustami po czym pewnym ruchem otworzył drzwi.
To nie był Niall.
Harry musiał wyglądać tak, jak gdyby dojrzał ducha. Był pewien, że znacznie pobladł, a jego serce przez moment się zatrzymało; Styles czuł, że się zatrzymało, tak samo jak krople deszczu zawisnęły w powietrzu i ze zwolnionym tempem obserwował, jak zmoczony od stóp do głów Zayn przestępuje z nogi na nogę, oczekując jakiekolwiek odpowiedzi ze strony chłopaka. Jednak Harry’ego nie było stać w tej chwili na żadną odpowiedź. A przynajmniej nie na żadną logiczną, która nie postawiłaby go w świetle wariata i żałosnego szczeniaka, który właśnie przeżywał najszczęśliwszą chwilę w swoim życiu.
Było mroźnie, a mimo to Zayn miał rozpięty swój długi, gruby płaszcz, przez co cała jego niebieska koszula od wody kleiła się teraz do ciała. Nie zadbał nawet o szalik, trzęsąc się spazmatycznie z dorodnymi rumieńcami od zimna na twarzy. Z pobladłych ust wydobywała się para ciepłego oddechu, a czarne włosy mokre wpadały do magnetyzujących oczu błyszczących barwą ciepłej czekolady. Stali tak w półmroku, bo Styles nie zadbał w swoim uprzednim stanie podniecenia o to, aby zapalić włącznik. Teraz jednak cieszył się z tego posunięcia – przynajmniej doszedł do jednego takiego wniosku, bo umysł był zbyt zajęty mętlikiem jaki zapanował w jego myślach. Miał tyle pytań, że nie wiedział od czego zacząć. Zapomniał już nawet o istnieniu babci, która mogła w każdej chwili zejść i zobaczyć o wiele starszego mężczyznę.
Chciał już otworzyć usta i coś powiedzieć, ale Harry mu przerwał, jakby właśnie wrócił na ziemię:
— Co ty tu robisz?
Pytanie z pozoru proste, jednakże po minie Zayna Styles zrozumiał, jak bardzo trudne dla mężczyzny. Wyglądał tak, jakby po części sam nie wiedział, jak się tutaj znalazł, ale mimo to nie ruszył się nawet o milimetr, wciąż stojąc przed Harrym w zatrważająco bliskiej odległości.
— Nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie potrafię normalnie funkcjonować. Nie potrafię przestać o tobie myśleć. Nie zniosę tego dłużej.
Harry’ego sparaliżowało; otworzył szerzej oczy oraz rozchylił wargi, jednak z jego ust nie wydostał się żaden dźwięk. Zayn wykorzystał ten moment ciszy i kontynuował:
— Moja żona… ja… kurwa mać — syknął przez zęby i zacisnął na moment powieki. Gdy je otworzył, jego wzrok pokierował od razu na twarz Harry’ego, który po prostu stał w przejściu i kompletnie nie wiedział, co ma, do cholery, teraz zrobić. — Nie wiem… Po prostu tutaj przyszedłem….
— Czego ode mnie oczekujesz? — wychrypiał szeptem Harry, a Zayn spojrzał na niego zaskoczony – w przeciwieństwie do niego Harry starał się zachować spokój, choć wewnętrznie szalał od emocji.
Nie spodziewał się wyrzutu, jaki przybrał głos mężczyzny przy kolejnym zdaniu.
— Niektórzy mówią, że musisz leczyć się tym, co ci zaszkodziło.
Harry omal się nie zachłystnął się powietrzem.
Oddychał niespokojnie i nozdrza delikatnie mu falowały za każdym razem, gdy głębszym wdechem próbował się uspokoić. Nie miał pojęcia, jak zinterpretować słowa Zayna czy mężczyzna jest na niego wściekły i w zasadzie nie wiedział już, o co mu chodzi. Więc stał patrząc na Zayna swoim przepraszającym wzrokiem, próbując odczytać cokolwiek z jego oczu. Walczył z chęcią trzaśnięcia drzwiami oraz pragnieniem pozostania tu, dopóki Zayn nie wyduka o co właściwie mu chodzi. Nawet jeśli miałby zacząć krzyczeć.
Po chwili jednak wszystko zrozumiał.
Serce kołatało w klatce żeber tak niespokojnie, że Harry był gotów uwierzyć w możliwość opuszczenia przez ten szalony organ jego ciała. Zimny pot oblał czoło chłopaka, podczas gdy Zayn postawił krok na przód. A potem kolejny. Harry cofnął się machinalnie, czym zaprzestał ruch u mężczyzny.
Zayn lustrował wzrokiem jego sylwetkę, jakby była najpiękniejszą rzeczą, którą mógł kiedykolwiek podziwiać. Wyglądał w tym momencie jak ktoś na skraju wytrzymałości, walczący sam ze sobą, a przede wszystkim z Harrym. Nieświadomie bądź nie.
Zayn czekał na ruch Harry’ego. Na jedno jego słowo, które miało rozwiązać wszystko. Kędzierzawy chłopak zrozumiał to paręnaście sekund wcześniej i drżał na myśl o swojej decyzji.
A przede wszystkim nienawidził się tak mocno, że niemalże czuł żar w przełyku za każdym razem, gdy przełknął ślinę i patrzył na starszego mężczyznę.
— Więc… wylecz się. Zrób to. — Harry zamruczał drżącym głosem od zimna oraz emocji.
Zayn sięgnął ręką i szarpnął gwałtownie Harry’ego za włosy; ten syknął z bólu, lecz dźwięk ten został zagłuszony przez wargi mężczyzny, który przyciągnął chłopaka do siebie niczym marionetkę i oplótł ciasno wolną dłoń na jego talii, jakby się bał, że w każdej chwili może uciec razem z przyjemnością i ulgą, jakie dawały Zaynowi jego usta. Harry’ego zaczęły boleć wargi od spazmatycznych i mało delikatnych pocałunków mężczyzny, ale pragnął tej ulgi również dla siebie. Pragnął namiętności, którą dawał mu w tej chwili Zayn, którego obie ręce powędrowały w końcu pod koszulkę chłopaka, palcami mocno zarysowując skórę. Ledwo zaczerpywał oddechu przyjmując kolejne mokre ataki mężczyzny na swoje wargi. Harry czuł dotyk mężczyzny niemalże wszędzie, w wielu miejscach jednocześnie przechodził go dreszcz podniecenia, gdy zimne opuszki palców sunęły po żebrach, przesuwały się po biodrze i dosięgały pośladków przez luźne dresy. Jęknął z zadowoleniem, gdy dłonie Zayna zatrzymały się w końcu na pośladkach zaciskając na nich mocno palce. Mężczyzna pchnął go w kierunku przeciwległej ściany i Harry z niemałym hałasem obił się plecami o mur za sobą.
Harry oderwał się od Zayna; cieniutka niteczka śliny pomiędzy ich ustami pękła w powietrzu. Usta piekły go niemiłosiernie, a wierzchem dłoni sięgnął i przetarł je, o mało nie sycząc. Zabrał powoli ręce zdezorientowanego mężczyzny ze swojej pupy, poprawił koszulkę i zaczerpnął powietrza.
— Moja babcia jest w domu, my… — wyszeptał Harry drżącym od podniecenia głosem.
— Chcesz jechać do motelu?
Zamrugał kilkakrotnie oczami i potem machinalnie pokiwał głową. Nie myśląc o babci, znajdującej się tuż nad ich głowami. Nie myśląc o Niallu. O Liamie. O żonie Zayna. O dzieciach.
Tej nocy pragnął po prostu wszystkiego, co mógł dać mu Zayn. Skomentuj → Część druga ← Powrót do spisu treści
Sunday Morning | Harry Styles
Tytuł: Sunday Morning
Długość: 1738 słów
Opis: „Watch out, the world's behind you, there's always someone around you who will call. It's nothing at all...”
~~~
— Sunday morning, praise the daaaaawning!...
Harry Styles to najlepsza i jednocześnie najgorsza istota jaka mi się przydarzyła w życiu. Mówię mu to na głos, a ten ryczy tym swoim kosmicznym śmiechem umierającej antylopy. O tym również go informuję. Kolejna salwa morderczego chichotu – wciąż usilnie staram się ignorować jego wesołe pomruki pod nosem, gdy nuci piosenkę razem z wykonawcą radia i do tego wszystkiego krząta się po mieszkaniu, ani trochę nie respektując ciszy, jakiej potrzebuję do prawidłowego wypoczynku w ciepłym łóżku. Przy okazji, moje nozdrza nie potrafią już dłużej udawać, iż nie czują smakowitego zapachu naleśników, lecz mimo to walczę i chowam głowę pod poduszkę, choć ledwo mogę pod nią oddychać.
Niestety, Harry nie pozwala mi w ciszy kontemplować mojej nienawiści do niego, bo rzuca się na materac, przygniatając i mnie przy okazji, gdyż źle wycelował to swoje nieforemne cielsko, przez co na moment zatrzymał mi akcję serca. I to bynajmniej nie z powodu oszałamiającego zapachu nowego żelu pod prysznic, jak sam zainteresowany śmie twierdzić, kiedy rzucam mu następne oskarżenie tego ranka. Gdy próbuję się wyszamotać z pościeli dostaję mokrymi strąkami po twarzy, po czym jego wargi odnajdują moje, zanim zdołam otworzyć oczy. Chłopak częstuje mnie smakiem pasty do zębów, syropu klonowego oraz własnych, miękkich ust. Chyba to podziałało, bo ból jego nieprzemyślanego ataku tak jakby maleje.
Oblizuję się, a on odgarnia mi lekko włosy z twarzy za pomocą małego pstryczka. Chichocze zadowolony, kiedy to ja po raz kolejny zdaję sobie sprawę, iż dzielę prawie co noc łoże z niepoprawnym chochlikiem.
— Ja cię nie budzę rano, gdy śpisz — mamroczę i w końcu podnoszę powieki. Wilgotne włosy opadają mu na czoło i praktycznie wchodzą do dużych, migdałowych oczu, gdy pochyla się nade mną. W tym momencie wygląda jak niepokorny szczeniaczek, a ja nie posiadam aż tyle asertywności, by być w stanie odeprzeć ten wizualny atak. Nie mogę zaprzeczyć, że Styles niezwykle dobrze prezentuje się w świetle porannego słońca z lekko rumianą twarzą, chuchając mi zniewalająco świeżym oddechem miętowej pasty.
Dobrze wiemy, czemu go nie budzę – po trasie jest zbyt zmęczony, by zrobić cokolwiek, więc zasypia na kanapie w salonie, a ja nie mam serca go budzić. Po prostu wystarczy mi, że jest obok śliniąc poduszkę. Z kolei on nie znosi, gdy ja śpię w jego obecności, gdyż czas jakim dysponuje dla mojej osoby jest dla niego bardziej nie wystarczający, niż nawet dla mnie. Jednak nie sposób nie kochać egoizmu Harry’ego Stylesa, zwłaszcza serwowanego z takim uśmiechem.
Patrzymy sobie przez moment w oczy, a delikatnie zarysowane dołki w policzkach zwiastują już szeroki uśmiech i nie mylę się wcale – po chwili ukazują mi się królicze jedynki i nie umiem nie odwzajemnić tego gestu. Wie, że bardziej śmieję się do jego uzębienia niż do niego samego, więc szczypie mnie w biodro, a gdy odpowiadam mu na to kopniakiem wycelowanym blisko jego krocza, powoli się wycofuje.
— Nie będziesz spała na mojej zmianie — odpowiada pewnie, po czym przelotnie całuje mnie jeszcze w czoło i podnosi się na rękach, by w końcu opuścić materac i zwolnić mi trochę przestrzeni. Lecz nie na długo, bo odwraca się zaraz rzucając mi jednoznaczne spojrzenie. Wzruszam tylko ramionami, mrużąc oczy przez promienie niedzielnego słońca.
Harry szybko wymyka się z sypialni i z ledwością zauważam, iż ma na sobie tylko slipki. Jego poszarpane spodnie wciąż wiszą na klamce drzwi i jeśli coś zmusza mnie do powstania z posłania, to właśnie wizja porwania tego ohydnego ciuchu oraz wyrzucenia go do śmieci, po uprzednim spaleniu. Jak Boga kocham, kiedy ten dzieciak się na coś uprze – nic nie jest w stanie go powstrzymać. Nie wiem czemu, ale jestem wręcz przekonana, że nosi je celowo. Aby testować cierpliwość wszystkich wokół.
Podnoszę się do pozycji siedzącej, poprawiając na sobie koszulkę należącą do Harry’ego. W zasadzie, jest to koszulka, którą nosił wczoraj dość krótko, lecz na tyle długo, by zachował się zapach jego oraz jego perfum. A także odrobina ciężkiego smrodu od papierosów Zayna, który towarzyszył nam wczoraj ze swoją dziewczyną. Zawsze uważałam, że noszenie ubrań własnego chłopaka jest głupie, ale za którymś razem zmieniłam zdanie, gdy po raz kolejny wyjechał w trasę i nie było go długi czas; potrafię przechowywać wszystkie jego koszulki, które tylko u mnie zostawi. Zerkam na wyświetlacz telefonu pozostawionego przez Harry’ego na szafce nocnej i z trwogą uświadamiam sobie, że zostałam perfidnie obudzona o szóstej rano.
— Ta-da! – Ni stąd ni zowąd Harry ponownie pojawia się w przejściu, tym razem z tacką pełną puszystych naleśników i z mojej pozycji już widzę, iż połowa z nich gdzieniegdzie jest zarumieniona na czarno. Chłopak ostrożnie stawia kroki, bo oprócz arsenału placków na tacy stoją jeszcze dwa przezroczyste kubki parującego kakao. Klaszczę w dłonie na ten obrazek i pokazuję mojemu facetowi dwa uniesione do góry kciuki.
Rozsiadamy się wspólnie do śniadaniowej uczty i wiele minut nie mija zanim Harry nie wywraca placka na białe prześcieradło, a potem je całuje – nie do końca wiem czy po to, aby uratować materiał, czy aby wessać resztki wsiąkającego w nie syropu. Patrzę na niego i wznoszę oczy ku górze. Ponownie mnie podszczypuje, widząc moją reakcję i po raz kolejny o mało nie wywracamy tacy, bo w końcu muszę bronić się przed jego nieprawością skupioną w zbyt ciekawskich palcach.
— Jesteś idiotą — mówię, gdy znów wpycha mi do ust widelec z naleśnikiem, lecz w końcu zjadam posłusznie odkrojony dla mnie kawałek. — To miało być serce? — Mając wciąż zapchane usta wskazuję palcem na pojedynczy naleśnik leżący na talerzu.
— Przecież to jest serce — mruczy groźnie Styles, po czym unosi brew. — Jakieś wątpliwości, panno Starling?
— Gdzie tam… — bąkam pod nosem szybko zajmując usta kubkiem ciepłego już kakao. Harry wciąż uważnie mnie obserwuje, po czym ponownie serwuje mi kolejny kawałek naleśnika. — Dopiero co zja…! — Zaczynam protestować, ale mi brutalnie przerywa:
— Jedz, pójdzie w cycki.
Mówi to z takim przekonaniem i zaparciem, iż ledwo powstrzymuję się od oplucia napojem wszystkiego wokół, włącznie z nim. Udaje mi się w ostatniej chwili opanować atak chichotu i przełykam prędko kakao i głęboko wzdycham, podczas gdy Harry szczerzy się szeroko w moją stronę. Zerkam na niego z pobłażaniem, po czym przysuwam się do niego i muskam przelotnie w usta. Jest zaskoczony tym nagłym gestem, ale jednocześnie bardzo zadowolony. Pochełpiłam jego ego i z pewnością sądzi, iż jest najlepszym chłopakiem na świecie kiedykolwiek.
I szczerze, w swym osądzie się zbyt wiele nie myli, ale o tym nie muszę go już informować.
Moje cycki nie mieszczą już więcej naleśnikowej miłości Harry’ego, więc rozkładamy się na łóżku – Harry chyba nie ma zamiaru już nigdzie odchodzić, a ja z kolei nie jestem skłonna do żadnego ruchu po tak obfitym śniadaniu. Cieszę się z tego słodkiego lenistwa, gdyż jedyne o czym marzę niedzielnego ranka, to ja i mój facet w jednym łóżku. Chłopak odstawia tacę z resztą śniadania obok łóżka na podłodze i kładzie mi głowę na udach, jednocześnie sięgając po moją dłoń i umieszczając ją na swojej, jeszcze nieco wilgotnej, czuprynie. Prycham głośno, niby z oburzeniem doskonale rozumiejąc intencje tego pieszczocha, ale zaczynam powoli bawić się jego włosami. Harry wzdycha i widzę, że zamyka oczy.
Ostatnim razem leżeliśmy w ten sposób, gdy miał przeziębienie i myślał, że umiera – spisywał wtedy testament, który zresztą musiałam zapisywać w notatniku opartym o jego głowę. Mruczał niemożliwą ilość razy jak bardzo mnie kocha i że ten ponad rok razem był zwyczajnie niewystarczający, aby wyrazić wszystko, co do mnie czuje. Kiwałam wtedy głową próbując powstrzymać co i rusz drżące w uśmiechu kąciki ust, ale przede wszystkim próbowałam pokazać jak bardzo nie wzruszyły mnie jego słowa. Często plecie takie rzeczy tylko po to, aby patrzeć na emocje tańczące na mojej twarzy i czerpać z tego jeszcze więcej własnej radości, a na to pozwolić mu nie mogę. Po prostu nie lubię, gdy wie, że ma rację.
Wystarczający z niego kędzierzawy chochlik, ot.
Może też trochę boję się zaangażowania i lekko przeraża mnie to, jakim zaangażowaniem darzy mnie Harry. Sprawia, że człowiek całkowicie zajmuje się jego osobą zapominając o bożym świecie i czasem ciężko uwierzyć w to, iż on robi wobec mnie dokładnie to samo. Mogę wątpić w wiele rzeczy, poczynając od jego poczytalności, lecz nigdy nie zwątpiłam w jego uczucie; nie podarował mi ani razu żadnego powodu do tego rodzaju wątpliwości. Przez to czuję się przy nim jednocześnie bezpiecznie, a z drugiej strony przeraża mnie to – przeraża mnie fakt, że ktoś mógłby otoczyć mnie opieką i miłością tak mocno.
Jednak było już za późno, ponieważ Harry stał się nieodwracalnie częścią chaosu, w którym żyję. Gdyby go zabrakło, byłoby tak, jakby ktoś wyrwał mi jedno płuco.
Trudno żyć bez płuca. O ile w ogóle to możliwe.
— Lubię cię — odzywa się nagle, ale nie odwraca głowy. Zaczyna za to sunąć opuszkami palców po moim udzie, sprawiając, iż na skórze pojawia się legion drobnych wypustek. Przez moment przerywam zabawę jego włosami. — Nie zmieniaj się.
Uśmiecham się.
— Też cię lubię.
Wciąż opuszkami drażni moje ciało w sposób, iż czuję się jak najcenniejsza rzecz jaką kiedykolwiek dane było mu dotykać.
Drżę, nadal z uśmiechem na ustach, nadal głaszcząc jego głowę.
Czuję się jak wtedy, gdy po raz pierwszy na siebie spojrzeliśmy. Nie byliśmy skazani na romans, nie czuliśmy tego wtedy, lecz z każdym kolejnym spotkaniem świat obok przestawał istnieć – pokój wypełniał się wyłącznie zapachem jego skóry, kolorem jego myśli i fantazją o smaku jego ust. A gdy fantazja stała się rzeczywistością, osiągnęłam apogeum szczęścia. On szeptał, że jestem prawdziwym kunsztem, dziełem, że jestem poza skalą. Sprawił, że w jednym momencie poczułam się ponad bohaterki wszystkich romansów. Miałam swój własny, lepszy, jedyny i najbardziej słuszny. Zwyczajnym przytuleniem się naprawił mój pogląd patrzenia na samą siebie. Z każdym kolejnym czułym uściskiem zaczęłam czuć się jeszcze bardziej naprawiona. I teraz czuję się dokładnie tak samo.
A to tylko Harry Styles.
— Nie zmieniaj się — powtarza. — Nigdy. — Podnosi głowę, odwraca się w moim kierunku i teraz leży przodem do mnie, a ja mogę szeroko się uśmiechać, udając, że jego słowa wcale na mnie nie działają. W ogóle. Nigdy. — Zawsze chcę mieć z tobą niedzielne poranki, wkurzać cię, fałszować do Velvet Underground…
— Psychicznie się nade mną znęcać — dopowiadam dobrodusznie, a Harry uśmiecha się złowieszczo.
— To przede wszystkim, słońce.
Podnosi się na łokciach, szybko przysuwa bliżej zanim zdążę uciec i przywłaszcza sobie moje wargi – chwyta mnie bezczelnie za pośladki i moment później obracamy się tak, że siedzę na nim okrakiem, z rękoma opartymi o jego tors. Zamykam oczy.
Pocałunek jak woda uderzające o brzeg. Jak tysiąc motyli o delikatnych skrzydłach. Jak cytrusowe wino o trzeciej nad ranem. Jak rzecz, która sprawia, że czujesz się w końcu kompletnym człowiekiem.
Jak słoneczny, niedzielny poranek.
Skomentuj
← Powrót do jednopartów
sileny shiyan
aka crazy scientist
Presente X Passado
Devido ao fato da minha ignorância no quesito, a única maneira que consegui pensar para me fazer entender com mais clareza, foi dividindo a narrativa entre passado e presente, alternando os períodos conforme a relevância dos acontecimentos. Bem primário, reconheço, todavia, farei o possível em treinar meu poder de síntese (que no momento, claramente, é nulo) para que haja fácil entendimento. Tratando-se do período passado, minha cronologia inicial é falha, devido à falta de aceitação e ao "efeito-surpresa" da traição. Apesar de termos conhecimento de estarmos passíveis à uma traição, a realidade de tal, para nosso subconsciente, sempre terá a não-aceitação inicial. Acho que é isso. Boa sorte pra mim e para quem me acompanhar... Sileny
Antes de começar...
...sem querer ser repetitiva, cíclica e redundante (mas já sendo), desculpo-me antecipadamente. Não sei o que sairá daqui, ou de que maneira... Não sou escritora e nem possuo a pretensão de tornar-me; se minhas escritas se tornarem incompreensíveis e houver (com certeza haverá) um "embolamento" de palavras, me desculpem, pois como "escritora", sou uma ótima Analista de Sistemas... (risos). Tentarei ser concisa nas idéias, só acho que pecarei na maneira de expressá-las. Novamente devo ressaltar que tornar este pedaço da minha vida público, não é voltado ao entretenimento, inclusive sei que será difícil (doloroso) recordar-me de certos momentos desta experiência que estou prestes a narrar, e justamente por ter sido o período mais complicado e desesperado da minha vida, é que estou por fazê-lo. Meu desejo nesta narrativa é ajudar as pessoas que, acaso estejam passando pela fase da traição em seu relacionamento. Outro intuito, reafirmo, é alertar, pois a pessoa pelo qual meu marido se envolveu possui um passado, e talvez até presente de envolvimentos com homens casados, e oferece perigo para quem na sua estratégia é capturado. Alguns fatos terei que ocultar, pois acionamos autoridades, e sou obrigada a manter o sigilo de determinadas ocorrências, mas farei o máximo por tornar compreensível o "enredo" desta novela real. Desde já agradeço a compreensão e espero poder ajudar direta ou indiretamente, quem porventura esteja atravessando pelo infeliz momento de uma traição. Um sincero abraço, Sil.
Descrição (por Sileny)
Uma traição, uma reconciliação… A partir daí inicia-se uma trama verídica de perseguições, invasão de privacidade, jogadas desleais, ameaças e intrigas criadas e, sendo mal sucedidas, a cada minuto cria-se uma ira sem sustentação, já que eu, sendo oficialmente esposa e ela, declaradamente “a outra”, achava-se - e pasmem- ainda acha-se A TRAÍDA ! Relataremos neste espaço o processo passado durante a traição, e o processo da reconciliação, na esperança de obtermos a tão sonhada paz. Sei que isso será encarado como uma afronta, e já esperamos represálias sujas, baixas e mentirosas, já que é o método desta pessoa covarde e inescrupulosa… Depois de mais de um ano, vamos pagar pra ver ! QUE SE INICIEM OS JOGOS ! ( pois a guerra foi declarada ).
I’m very excited to show you guys what Sileny and I have been working on for Cinema!
Svelte is a sleek rigged mesh dress in 7 lush dark colours, available this month at Cinema.
Payback Time tattoo makeup comes in multiple combinations of lipstick, eyeliner and scar. It’s absolutely perfect for that extra ‘edge’.
Capitol Couture makeup’s saccharine sweetness is perfect for the unconventional villainesse… or villain!
This Jessica skin perfect for your inner voluptuous vixen. Yowza!
All of these are available at Cinema, in the Action / Adventure section. http://maps.secondlife.com/secondlife/Somewhere%20in%20Time/129/12/23
I was invited to have a small gallery show at Atelier Kreslo! I made a number of new pieces special for it, and updated a few of my newer pieces, stuck ‘em in frames and put them out to purchase.
http://atelierkreslo.tumblr.com/post/33904853030/were-happy-to-announce-that-previously-mentioned
http://slurl.com/secondlife/Imogen/100/64/30
