Miasteczko nazywa się Old Meadow. Raptem dwie ulice na krzyż. Dookoła płasko, w oddali góry. Też płaskie. Teksas.
Dean uzupełnia poziom paliwa, co znaczy, że najpierw napełni bak impali benzyną, a potem napełni własny bak piwem i whisky. Sam snuje się po ulicy (jednej z dwóch ulic w Old Meadow) w poszukiwaniu zasięgu, z kciukiem zawieszonym nad ekranem smartfonu, gotowym wznowić przerzucanie stron, gdy tylko uda mu się dopaść sieć. Wszystko wskazuje jednak na to, że o Old Meadow internet zapomniał. Sam, zirytowany, wzdycha głęboko i odrywa wzrok od komórki.
Gdzieś spoza miasta nadlatuje pustynny wiatr i rozrzuca mu włosy. Sam podnosi rękę i zatyka pasma za ucho. Wiatr natychmiast wyciąga je zza ucha i, z dziecięcą przekorą, rzuca je Samowi na twarz. Sam, wciąż nieprzytomnie, odgarnia włosy z twarzy i odlepia je z warg. Wiatr ponawia atak. Sam ponawia obronę. Wiatr nie daje za wygraną i atakując od tyłu, oraz od dołu, podrzuca całą czuprynę Sama, kompletnie przesłaniając mu pole widzenia.
Dość! Wystarczy! Naprawdę, są ważniejsze problemy niż walka z własnymi włosami! Piętno Kaina na ten przykład! Dean, powoli tracący panowanie nad jego zgubnym wpływem. Jak Sam ma pomóc mu odzyskać kontrolę, skoro nie kontroluje własnej fryzury?
Po drugiej stronie ulicy, przy stareńkim sklepowym froncie, powoli obraca się czerwono-granatowo-biała reklama fryzjera, wywodzący się jeszcze ze średniowiecza znak golibrodów – słupek pomalowany w spiralne pasy. Świetnie. Prychając ironicznie Sam wtyka telefon do kieszeni i zdecydowanym krokiem pokonuje pustą ulicę. Dzwonek niemal odpada z uchwytu na ścianie, kiedy Sam gniewnie popycha drzwi wejściowe. Fryzjer, drzemiący w fotelu, zrywa się na równe nogi.
Pierwsze wątpliwości przypuszczają atak na determinację Sama. Fryzjer ma jakieś 180 lat, 150 centymetrów wzrostu wliczając w to kapelusz i obcasy kowbojek, artretyczne korale zdobią stawy jego palców, a z kieszonki koszuli wystają rogowe oprawki grubych okularów. Zakład fryzjerski zaś wydaje się pachnieć tytoniem i końskim łajnem jeszcze z czasów Dzikiego Zachodu.
Jakie to ma znaczenie? Nie potrzeba specjalisty, żeby zgolić człowieka na zero!
– Uhm – mruczy Sam, rozglądając się po mrocznym wnętrzu zakładu. Na podłodze w kątach leżą kłaczki włosów, które wylądowały tam, kiedy jeszcze Kennedy miał się dobrze i dopiero planował podróż do Dallas. Wielkie, zaśniedziałe nożyce leżą obok wyliniałego pędzla do namydlania twarzy. Jest nawet skórzany pas, na jakim ostrzy się brzytwę. Mimowolnie Sam obraca się i zerka przez szkło witryny na zewnętrzny świat, przeświadczony, że musiał przenieść się w czasie do zupełnie innej epoki. Ulicą na zewnątrz przejeżdża pick up; stary, ale nie dość stary, by sugerował temporalną pułapkę.
– To czym mogę służyć? – pyta maleńki fryzjer.
– Chcę... – Sam przełyka ślinę. – Chcę ściąć... włosy...
– Da się. – Fryzjer kiwa głową, osadzoną na cienkiej, indyczej szyi. – Niech siada.
Sam siada na fotelu z popękaną i złuszczoną tapicerką. Stękając, fryzjer maca stopą w poszukiwaniu regulującego pedału. Fotel zjeżdża w dół, kolana Sama podjeżdżają ku górze. Siedzi już niemal tyłkiem na podłodze, ale fryzjer udaje się na poszukiwanie drewnianego stopnia, na który zamierza się wspiąć.
– Z przedziałkiem? – pyta fryzjer, wspinając się na podwyższenie. W zmatowiałym lustrze Sam widzi za sobą jego odbicie – w jednej ręce nożyce, w drugiej grzebień, kowbojski kapelusz przesunięty na tył łysiny, wielkie okulary na czubku nosa.
– Ja... eee... tak? – odpowiada Sam. – Krótko. Wie pan. Po prostu na krótko.
– Trza tak było od razu – burczy fryzjer. Złazi z podwyższenia i zaczyna podłączać do prądu antyczną, elektryczną maszynkę do włosów. – Po żołnierskiemu, znaczy?
– Po żołnierskiemu – potwierdza Sam. Łowi w lustrze odbicie własnych oczu, ciemnych i smutnych, zdeterminowanych, ale przygotowanych na porażkę. Nie, nie zaakceptuje porażki. Jest gotów walczyć do końca. Jest gotów ponieść wszelkie konsekwencje. Tym razem się nie podda. Choćby miał całkiem zrezygnować z...
Maszynka włącza się z nieprzyjemnym, klekotliwym burczeniem.
– Przy skórze, czy zostawić dłużej na czubku? – pyta fryzjer.
– Jak pan uważa. – Sam osuwa się nieco w fotelu, odruchowo wyciągając z kieszeni telefon. Kiedy z jakiegoś powodu nie może kontynuować poszukiwań, czuje się jak nałogowiec pozbawiony narkotyku. Bokiem kciuka dotyka ekranu. Maszynka zbliża się do jego głowy, brzęcząc jak wkurzony, elektryczny szerszeń. Telefon pod palcem Sama drga nagle, ożywa wibracją.
– Moment. – Unosi rękę, zatrzymując rękę fryzjera i maszynkę o włos od, cóż, od włosów. – Dean? – rzuca do telefonu. – Mam zasięg.
– Cud, nie? – odzywa się niewyraźny głos brata. – Musiałem wejść na maskę. A ciebie gdzie poniosło, co? Tu jest jedna ulica i jedna przecznica, Sam, nie mów, że się zgubiłeś.
– Nie zgubiłem się, jestem...
– Gdzie?
– Niedługo wracam. – Po wszystkich latach docinków i przekomarzania się, słowo “fryzjer” jakoś nie chce przejść Samowi przez usta. – Myślałem, że pójdziesz się napić.
– Jest zamknięte. – W głosie Deana wyraźnie słychać zniechęcenie. – Sam, jedźmy już stąd, co? Ten wiatr gra mi na nerwach.
Chwila wahania.
– Pewnie – mówi Sam. – Zaraz tam będę.
Podnosi się z fotela, co wcale nie jest takie łatwe, kiedy został opuszczony prawie do podłogi. Fryzjer patrzy na niego surowo zza grubych szkieł.
– Eeeeh... – Fryzjer odkłada maszynkę i macha ręką. Na moment uchyla kapelusza, pokazując niemal idealną łysinę, okoloną kilkoma pasemkami siwych i cienkich jak puch włosków. – Leć.
Sam leci. Niesie go pustynny wiatr, czochrający mu czuprynę.
***
– Mogę krócej – mówi Dean, ciągnąc ku górze wilgotne pasmo samowych włosów. Włosy układają się pomiędzy ściśniętym pacem wskazującym, a środkowym. Dean przysuwa do nich nożyczki. – Pewien jesteś?
– Tak – odpowiada Sam. – Tnij.
Dean tnie, ale nie tak krótko, jak życzyłby sobie Sam. Lepiej pozostawić sobie margines błędu. Obcięte końcówki opadają Samowi na kark.
– Wziąłbym maszynkę i byłoby po krzyku – mruczy Dean.
Sam podnosi wzrok znad książki, którą właśnie studiuje i rzuca Deanowi spojrzenie odbite w ustawionym na stole lustrze. Jego mroczne oczy jaśnieją na moment w uśmiechu.
– Nie odważyłbyś się – mówi.
– Baba – rzuca Dean.
Uśmiech Sama nie gaśnie nawet, kiedy wraca do lektury apokryfów.