Taka tam... spontaniczna śmierć.
Miejsce: beskidy, wynajęty domek letniskowy na odludziu
Ekipa: ja, Stach, Robert, Kuzyn, Czochracz, Mirek
Substancje: 5-EAPB, 4-FMA, Marichuanina
To będzie po części opis tripa po różnych substancjach, a po części opis przeżycia mistycznego. Jednak gdy patrzę na to z perspektywy czasu to całe doświadczenie mogło być zwykłymi urojeniami.... ale czy jedno wyklucza drugie?
A więc po kolei. Jedziemy sobie wesoło audicą do Kaufa, w celu zakupu wszystkich niezbędnych rzeczy na imprezę. Towarzysze z racji tego, że chcieli polatać sobie na dragach, aby się dobrze bawić potrzebowali tylko po 4 radlerki, kilka bananów oraz wodę. Oczywiście nie mówię tu o sobie gdyż kupiłem sobie dodatkowo 2 wina, w końcu mieliśmy tam spędzić całe 24 godziny. Jesteśmy bardzo podekscytowani, gdyż całe wydarzenie było bardzo długo wyczekiwane przez nas wszystkich. W sklepie wariujemy, śmiejemy się i próbujemy jeszcze ogarnąć Czochracza gdyż ma jeszcze jakąś sprawę do załatwienia i się spóźni, więc postanawiamy jechać bez niego odebrać domek. Udało się! mamy klucze do naszej tripowej chatki położonej całkiem wysoko w górach na odludziu, jutro o tej samej godzinie ma przyjechać odebrać klucze właścicielka...
Robert pojechał po Czochracza do miasta, a mi powierzono zadanie przygotowania roztworu 5-eapb (substancja podobna w działaniu do MDMA), w dodatku bez strzykawki lub jakiegokolwiek przyrządu który umożliwiłby mi bezproblemowe odmierzenie odpowiednich proporcji. Byłem strasznie zdenerwowany, bo musiałem podzielić wszystkim substancję przy której 20mg więcej lub mniej może dać za słabą lub za mocną banię, w dodatku w mojej głowie pojawiła się myśl, że jeżeli się pomylę to ktoś może wylądować w szpitalu i wszyscy będziemy mieli przypał. Zacisnąłem jednak zęby i trzęsącymi się rękoma za pomocą kieliszka odmierzyłem wszystkim odpowiednie dawki. W międzyczasie reszta ekipy spaliła blanta, którego znalazłem pod drzwiami domu xD (serio). Dziwna sytuacja może kiedyś ją opowiem. Po zakończeniu swojej roboty poszedłem do reszty poczekać aż wróci Robert z kumplem. Nie musieliśmy długo czekać bo po kilku minutach pojawili się na miejscu. Nie marnując ani chwili wszyscy pośpiesznie ruszyli do kuchni, by spożyć przyrządzoną miksturę. Ja, z racji tego, że nie chciałem na tej imprezie ruszać serotoników nie waliłem z nimi 5-eapb, lecz zapodałem sobie niewielką ilość 4FMA (stymulant).
Rozpoczęła się ta właściwa część imprezy. Co tu dużo pisać... impreza jak impreza. Kumple cieszą się serotoninowym rozpierdolem i syntetycznym szczęściem, a ja latam i wszędzie mnie pełno. Bawimy się, wydurniamy, rozmawiamy - norma.
Nadeszła ta noc. Stymulant który przyjąłem jakąś chwilę temu mi zszedł i rozpoczął się zjazd, ale z racji tego że przyjąłem go niewiele był wyjątkowo łagodny. Reszta ekipy dalej była rozwalona po ekstazy, ale też widać było że to już końcówka ich fazy bo mieli coraz słabiej. Z racji tego poprosili mnie żebym przygotował im dorzutkę eksty. Zrobiłem to a następnie wszyscy kumple dorzucili sobie w nadziei przedłużenia sobie fazowania. Ja oczywiście odpuściłem i zacząłem sobie pić wino. Po pewnym czasie byłem lekko wstawiony a kumplom zaczynała wchodzić dorzutka. Zaczęliśmy słuchać trapów z mojego telefonu, bo tak się złożyło, że nie było tam dostępnego internetu, a jako jedyny miałem pakiet neta na telefonie. Bawiliśmy się długo, aż w pewnym momencie zaczęło się robić bardzo dziwnie.
Bo przetrzeźwiałem i zobaczyłem co tu się odkurwia. Kumple po dorzutce zaczęli bredzić totalne głupoty i zachowywać się dziwnie- i to wszyscy. Dla przykładu rozmowa pomiędzy nimi wyglądała tak:
R: Widziałeś belkę na oku podnośnika obrazu?
T: Jadłem go bażancie. Królestwo ma glinę.
WSZYSCY rozmawiali ze sobą w tym właśnie stylu, i wyglądali na mocno przećpanych ale jednocześnie sprawiali wrażenie, że doskonale rozumieją to co do siebie mówią. Więc moja główka wyciągnęła zły wniosek, mianowicie, że to ze mną jest coś nie tak. Przestraszyłem się. Próbowałem z nimi rozmawiać, ale nie potrafiłem ich zrozumieć, a te próby jedynie pogarszały napięcie i strach. Myślałem że zwariuje, że oszalałem. Strach urósł do takich gigantycznych rozmiarów że zabrałem mój telefon i uciekłem z naszego domku. Nigdy w życiu się tak nie bałem. Na dworze było kompletnie ciemno, a z racji tego że byliśmy w górach kompletnie nie znałem drogi. Widziałem na odległość ok 2m przed siebie, a uciekałem stamtąd jakbym dobrze znał tą drogę. Ale pomimo tego że oddalałem się coraz bardziej od miejsca imprezy mój strach ciągle narastał i narastał. Przestraszony wyciągnąłem telefon i chciałem zadzwonić po mamę żeby mnie stąd zabrała, ale nie miałem w swoim telefonie numeru do niej! Przewijałem listę kontaktów, smsów a nigdzie jej nie było. W dodatku miałem ok 1% baterii przez puszczanie muzyki z mojego fona, więc opcja aby wrócić do domu z nawigacją odpadała, dodatkowo zorientowałem się że skończył mi się net na telefonie. Zostałem sam ze sobą i swoim panicznym strachem który ciągle rósł. Nawet się nie zorientowałem że jestem w środku lasu, nie mogąc już wytrzymać uciekania przed czymś i tego napięcia, usiadłem po turecku pod jednym drzewem i powiedziałem sobie w myślach “niech się dzieje co się ma dziać”.
Tego co tutaj się stało nie da się opisać za pomocą słów. Nawet gdybym próbował opisać to co się tam wtedy wydarzyło, to bym skłamał.
Osiągnąłem transcendencję, wyszedłem poza swój umysł i pierwszy raz od chwili narodzin zobaczyłem świat bez iluzji ego. Coś pięknego! Pierwszy raz cały przebywałem w chwili obecnej. Zobaczyłem wszystkie iluzje jakie sobie zakładałem na siebie aby potwierdzić że Ja istnieje. Były dla mnie śmieszne, w sumie to wyglądałem jak nadęty balon..
Kiedy umierają wyobrażenia, człowiek czuje, że dzieje się coś strasznego. Jakby walił się cały świat
Ta cala ucieczka z miejsca imprezy przed nie wiadomo czym to była ucieczka przed samym sobą. A jak się później dowiedziałem strach jest czymś naturalnym przy tego typu doświadczeniu bo EGO bardziej boi się swojej śmierci niż śmierci fizycznej.
Bo prawda jest taka, że Ja nie istnieje. Ja Jest iluzją.
Wszystkie cele, które sobie postawiłeś są wymyślone. Wszystko, co dokonałeś w życiu, wszystko, czego dokonasz – jest tylko subiektywnym celem, który w odniesieniu do czystości istnienia jest nieważny. Wszystkie cele są wymyślone. Jeśli nie przez Ciebie to przez innych.
Każdy cel jest iluzją. Każde samookreślenie się względem innych jest wymysłem. Nie istnieje w obiektywnej rzeczywistości. Nie jesteś lepszy ani gorszy. Po prostu jesteś.
Dostrzegłem piękno świata realnego i podziękowałem że mogę być obserwatorem wielkiego wybuchu który WCIĄŻ TRWA!
Poczułem łączność z wszechświatem. Dostrzegłem, że jestem trybikiem w wielkiej machinie. W końcu odnalazłem to czego szukałem, a okazało się że zawsze to miałem tylko nie chciałem tego widzieć. Bo każdy patrzy na świat zniekształcając go w swojej głowie- tak myślą robią wszyscy (w końcu tak działa ludzka psychika). Dopiero gdy w pewnym momencie wyłączy się te iluzje dostrzega się cud i piękno chwili obecnej.
Twoje imię, nazwisko, pozycja społeczna, historia życia ciała, wszystko to jest wyobrażeniem unoszącym się w polu mentalnym. Wyobrażenie to jest narzucone na całą Twoją istotę, dzięki czemu Twoja rzeczywistość wygląda tak, a nie inaczej. Wszystkie określenia Twojego istnienia są wymysłem. Jesteś częścią wszechświata. Nagle nie ma już nic do spełnienia. Cokolwiek pomyślisz, będzie to ruchem myśli. Możesz myśleć cokolwiek, możesz tworzyć jakiekolwiek cele, jakiekolwiek misje. Nie ma to obiektywnego znaczenia. Istniejesz i doświadczasz cudowności stworzenia. Gdy to zauważysz, zaczniesz wychodzić na wolność.
Nic już nie jest takie jak przedtem. To doświadczenie bardzo mnie zmieniło.