Sebastian Biel – Warszawska Syrenka (feat. Shadow Veil) https://www.youtube.com/watch?v=GVdAnOLIN0M Warszawa nigdy nie zasypiała. Z perspektywy nurtu Wisły miasto przypominało gigantyczny, pulsujący organizm, który oddychał neonami i wył w rytmie Slap House’u dobiegającego z nadbrzeżnych klubów. Ale dla niej, zanurzonej w mętnej, chłodnej wodzie, ten hałas był tylko tłem. Wynurzyła się powoli, pozwalając, by krople wody spłynęły po jej policzkach jak nienaturalnie zimne łzy. Spojrzała na betonowe bulwary. To tutaj, na granicy dwóch światów, ich drogi skrzyżowały się po raz pierwszy. – Moje miejsce jest w wodzie... – szepnęła, a jej głos natychmiast porwał wiatr, niosąc go w stronę świateł Pragi. Pamiętała każdy szczegół. Polne kwiaty, które jej podarował – gest tak absurdalny dla kogoś, kto żyje w rzece, a jednak tak wzruszający. Plotła z nich wianki, wplatając słońce w swoje mokre włosy, zanim płatki zwiędły, przegrywając z wilgocią. Sebastian był inny. Nie bał się jej chłodu. Kochał pranki, ten jego głośny, zaraźliwy śmiech, który zagłuszał nawet szum warszawskiego ruchu. Ale światy nie mogą się przenikać bez kary. On należał do lądu, do betonu i pośpiechu. Ona była uwięziona w falach, w nurcie, który każdego dnia przypominał jej o tym, co prysło. Oparła się o filar mostu i sięgnęła po swój najcenniejszy skarb. Harfa. Sebastian wystrugał ją dla niej własnymi rękami z kawałka jasnego, twardego drewna. Nie była ciężka ani toporna. Była nieduża, lekka i idealnie wyprofilowana, tak by mogła ją wygodnie trzymać w dłoniach, wynurzona ponad lustro wody. To nie był instrument koncertowy, ale rzemieślnicze dzieło miłości, stworzone specjalnie dla niej. Zaczęła grać. Dźwięk drewnianej harfy był czysty, krystaliczny, ale podbity potężnym, niskim dudnieniem rzeki – jak agresywny bas, który wstrząsał dnem Wisły. Szarpała struny tak mocno, że opuszki jej palców piekły od soli i wysiłku. Każdy dźwięk był wezwaniem. „Liczę, że usłyszysz mnie w zgiełku Warszawy...” – myślała rytmicznie, rapując w duchusłowa skargi, których nigdy nie odważyła się wykrzyczeć mu w twarz. Góra-dół. Nurt rzeki rzucał nią o filary mostów, ale nie przestawała. Trzymając mocno drewniany instrument, grała dla tysięcy twarzy, które mijały barierki mostu Świętokrzyskiego, szukając tej jednej jedynej. Wiedziała, że on tam jest. Czuła jego zapach – mieszankę miejskiego smogu i tych polnych kwiatów, które kiedyś jej przyniósł. Nagle muzyka osiągnęła apogeum. Bas Slap House’u z pobliskiej barki zlał się z drżeniem strun harfy w jeden potężny drop. Woda wokół niej zawirowała. Syrena wydała z siebie długie, melodyjne nucenie, które niosło się nisko nad lustrem wody, przenikając przez szyby samochodów i serca przechodniów. – Obiecałeś... – mruknęła pod nosem, rytmicznie uderzając ogonem o wodę, tworząc własną, perkusyjną linię życia. Potem nastała cisza. Tylko echo harfy niosło się pod przęsłami. Warszawa pulsowała dalej, niewzruszona tragedią ukrytą pod powierzchnią. Syrena odpłynęła wolno w dół rzeki, tuląc do siebie niedużą, drewnianą harfę. Wiedziała, że jutro znów wypłynie. Znów będzie tkać wianki z wspomnień i szarpać struny, dopóki ten jeden, konkretny dźwięk nie wyciągnie go z miejskiej zabawy prosto w jej zimne, tęskniące ramiona. Uwięziona w falach, ale złączona z nim na wieki – w każdym uderzeniu basu, w każdym szarpnięciu srebrnej struny na drewnie wystruganym przez jego dłonie.











