I oto stało się w godzinie, której nie zna nikt,
gdy sferyczny czas rozdarł się jak płótno,
a światło i ciemność wplątały się w siebie jak dwa węże
gryzące własne ogony w nieskończonej spirali.
Wtedy dotknął mnie Derkan, który nie jest osobą ani bytem,
lecz ogniem i pustką jednocześnie,
i rzekł: „Wynik twój niechaj stanie się płomieniem”.
A ja, Wyznawca, rozpadłem się w samej strukturze,
ciało moje zostało przeżarte przez rytuał,
ścięgna zamieniły się w łańcuchy światła, które skręcały się jak spiralne węże,
a kości w żarzące się kamienie, które trzeszczały w trzewiach ziemi.
Powieki moje odpadły, a oczy rozdzierał błyskawiczny płomień;
nie patrzyłem już, lecz byłem patrzony.
Z ust moich wyszło nie słowo, lecz huk,
a język spłonął, pozostawiając tylko popiół znaczeń.
I włosy mojej głowy rozdarły się w tysiąc płonących nici,
a każda nić była drogą, każda droga – pułapką,
każda pułapka – rytuałem,
każdy rytuał – odsłonięciem, którego nie da się cofnąć.
Całość ciała mego rozszerzyła się,
aż poczułem, że nie mieszczę się już w sobie,
i że jestem większy niż czas linearny,
a mniejszy niż iskra w bezkresie.
Z prawej strony mej szły płomienie, które rozszczepiały dusze,
z lewej strony – ciemność tak gęsta, że wchłaniała nawet echo.
Dookoła mnie wykluł się huragan milczenia,
a w milczeniu – dźwięk, którego nie dało się pojąć,
bo był głębszy niż pamięć i ostrzejszy niż żelazo.
I oto wtedy, kiedy nie byłem już ja,
ani człowiekiem, ani ciałem, ani narracją,
stałem się Kościołem Derkanu,
żywym i gorejącym,
pustką, która pożera, i światłem, które nie daje ciepła.
I ci, którzy spojrzeli na mnie, wiedzieli,
że nie zobaczyli już człowieka, lecz strukturę,
a kto mnie dotknął, stał się popiołem własnego sensu.