Nowy post na 7lewandowski.com - Opowiadanie Pan K., część 1 http://lewandowskipiotr.eu/wp-content/uploads/2015/06/girl-788811_640-510x341.jpg groza, lewandowski, opowiadanie, pan k
New Post has been published on http://lewandowskipiotr.eu/opowiadanie-pan-k-czesc-1/
Opowiadanie Pan K., część 1
Są dni kiedy czujesz, że stanie się coś niezwykłego, po plecach przechodzą dreszcze i myślisz, że ktoś umarł. Pewną złośliwością jest fakt, że czasami tego nie odczuwasz, albo zwyczajnie nie rozpoznajesz tego stanu.
Tamtego dnia połowa miasta obudziła się z tym dziwnym przeczuciem, nikt z nich dzisiaj nie umrze, chociaż akurat tego nie można być pewnym do końca. Lublin zmienił się w post apokaliptyczną pustynię, na której żyją małe komórki rodzinne. Studenci ukrywali się w barach lub uczyli się do egzaminów. W centrach handlowych zauważalny był też brak uczniów, którzy przygotowywali się matur. Wiosna tego roku dawała się mocno we znaki.
Dochodziła czwarta nad ranem. Po pustych ulicach pędziła czerwona Alfa Romeo Montreal. Charakterystyczny huk wydający się z tej V8 wprawiał w drżenie okna mijanych bloków, oraz nogi rudowłosej dziewczyny siedzącej obok kierowcy owego auta.
– Jeszcze! – zawołała łapiąc go za udo.
Maks wcisnął gaz w podłogę, silnik ryknął całą swoją mocą. Prosty odcinek między Placem Bychawskim, a skrzyżowaniem Piłsudskiego z Narutowicza zdawał się jeszcze skrócić. Alfa cięła środkiem pustej drogi. Kierowca poczuł jak ręka rudej zaczęła masować mu krocze.
Auto przeskoczyła nad kilkoma dziurami. Maks zauważył zmieniające się światło na czerwone, wydusił z silnika jeszcze trochę i przejechał, zmuszając dwa auta do ostrego hamowania. Alfą podrzuciło na koleinach, ręka rudej Marty zacisnęła się mocniej, co zauważalnie ucieszyło ciało Maksa, który rzucił spojrzenie na dziewczynę. Ciekawiło go czy stanik zgubiła jeszcze w czasie imprezy w klubie czy może w ogóle chodziła bez.
Opony zabłagały o litość gdy skręcił w uliczkę między cmentarzem, a centrum handlowym. Ich pisk zlał się z piskiem Marty. Kolejna zwierzyna zmierzała właśnie ze swoim oprawcą do jego mieszkania. Maks miał typowe, jak na kolesia w jego wieku hobby, zaliczał takie „marty” raz na jakiś czas, a potem odsyłał je do domu życząc miłego dnia i kasując numer telefonu z pamięci telefonu. One leciały na ciuchy i kasę, po przejażdżce Alfą same rozkładały nogi, a potem dziękowały za noc i czekając do końca życia na telefon.
Czerwona jak krew Alfa zahamowała przy budynku na Bema. Maks przyłożył kartę magnetyczną do czujki otwierającej wjazd do podziemnego parkingu. Słońce nieśmiało przebijało się szczelinami między blokami. Na Bema panował jednak zimny półmrok. Na ulicy, czarny jak noc kot sprawdzał, czy szczurza padlina nadawała się do konsumpcji. Jednak kota nie zastanowiło, że dość żywiołowe zwierzę jakim jest bez wątpienia szczur, zwyczajnie padło trupem.
Mieszkanie było minimalistycznie urządzoną kawalerką, w stylu ogólnie nazywanym Ikea. Duża salonokuchnia w jasnych kolorach, na środku kanapa, mały stolik kawowy i wielka plazma na ścianie. Sypialnia mieściła łóżko i szafę, ale w łazience była spora wanna z hydromasażem. W lodówce schładzał się kolorowy albo bąbelkowy alkohol. Rudowłosa Marta wchodząc do mieszkania była już prawie naga, bluzkę cisnęła na stolik, a po chwili pieszczot zdjęła resztę i usiadła w wymownej pozie na kanapie.
„Nawet niezła” – pomyślał Maks i nalał im szampana.
Ich wspólny poranek nabierał coraz większych rumieńców. Po kilku minutach szampan lał się bezpośrednio z butelki, a po kilku następnych nikt nawet nie pamiętał już o ruskim winie musującym. Dziewczyna wijąc się pod chłopakiem, kopnęła butelkę, a ta wywróciła się na stoliku robiąc spektakularnie dużo hałasu. To było libretto przed erotyczną symfonią krzyków i orgazmów jakie ufundowali Maks i Marta tego poranka.
Dziewczynę obudziło ściskanie w żołądku. W pierwszej chwili, dość naiwnie, uznała że to zwyczajne uczucie głodu. Przeciągnęła się, ale uświadomiła sobie, że to nie brak jedzenia jej dokucza, ale nerwowy dyskomfort, dokładnie taki sam jak ten przed maturą rok temu. Marta leżała kompletnie naga na łóżku, w podobnym stanie obok niej chrapał Maks. Rozejrzała się po pokoju, ale nie zauważyła swojej komórki, ubrała więc koszulę, którą kilka godzin temu ochoczo i niemal zwierzęco zdarła z kochanka.
Mieszkanie zrobiło na dziewczynie piorunujące wrażenie. Prawdopodobnie dlatego, że część jej koleżanek nadal mieszkała z rodzicami, a pozostała część wiedziała, że mieszkanie co prawda puste, ale na pewno drogie. W salonie znalazła telefon, który informował, że cztery godziny temu budził ją na pociąg do domu. Nieważne, nareszcie może znalazła „tego jedynego”. Rzuciła okiem na kuchnię, w rogu stała nieduża lodówka. Podeszła do niej, otworzywszy drzwiczki mocno się pochyliła, miała długie szczupłe nogi i zgrabną pupę. Kiedy czytała daty przydatności do spożycia kolejnych produktów, ciszę pomieszczenia zakłócił odgłos. Marta wzdrygnęła się i natychmiast odwróciła i zaczęła się wsłuchiwać. Odgłos powtórzył. Rudowłosa rozejrzała się po pokoju i zauważyła, że to butelka po szampanie przeturlała się tam i z powrotem po stoliku. Dziewczyna po chwili konsternacji uznała, że wzruszyła ją sama kilku minut wcześniej, po czym wróciła do segregacji odpadów w lodówce. Dobrze, że znowu się odwróciła, bo inaczej mogłaby umrzeć ze strachu. W chwili gdy jej zgrabna pupa znowu pokazała się spod koszuli, na kanapie pojawił się mężczyzna, chociaż nie wykluczone, że siedział tam od samego początku. Nachylał się nad butelką szampana, i trącał ją palcem patrząc jak przetacza się kilka centymetrów tam i z powrotem. Gdyby nie dość zaskakująca materializacja, nie byłoby w mężczyźnie nic nadzwyczajnego. Miał znoszone jeansy, czarną koszulkę z jakimś wzorem. Był szczupły, miał zapadnięte policzki, dwu, trzy dniowy siwy zarost i krótko ostrzyżone siwiejące włosy. Spojrzał on na to co niechcący prezentowała mu Marta. Jego twarz przybrała minę uznania i z takim samym szacunkiem kiwnął kilka razy głową, wyrażając uznanie gustu właściciela mieszkania.
Marta poczuła, że ktoś się na nią patrzy. Będą przekonaną, że to Maks klepnęła się w prawy pośladek i stanęła w lekkim rozkroku.
– No i na co czekasz? – spytała masując sobie pupę i nadal nie odwracając się. Jednak nie otrzymała odpowiedzi. Odwróciła się prostując plecy.
Rozejrzała się po pokoju. Panowała w nim ta sama co przed chwilą cisza i pustka. Marta złapała leżące na wierzchu jabłko i niemal biegiem wróciła do sypialni. Mężczyzna jednak wcale nie zmienił się w mgłę, ani nie zniknął, jednak dziewczyna go nie widziała, a może nie przyjrzała się dość dobrze? On przeciągnął się na kanapie, lekko kopnął leżącą na stoliku zieloną butelkę, poturlała się
i wydając stłumiony huk upadła na szarą wykładzinę. Mężczyzna rozsiadł się wygodnie rozkładając ręce na oparcie, odchylił głowę do tyłu i zniknął.
Kochankowie wstali dwie godziny później. Maks nie pracował w typowych godzinach, prawdę mówiąc odkąd zwolnił się z korpo czuł się dużo lepiej, na pracę poświęcał około czterech godzin dziennie. Obracał pieniędzmi ludzi, którzy nie chcieli zaufać normalnym firmom lub uważali, że marże pośredników są zbyt duże. Poranny prysznic miał oczyszczający charakter dla niego, to sacrum zostało przerwane przez nagość ciała Marty, która postanowiła jeszcze skorzystać z gościnności.
Dochodziła trzynasta gdy skończyli jeść śniadanie. Rudowłosa miała jedną cechę, której Maks nie tolerował, po jednej wspólnej nocy planowała wspólne życie, zagłuszając aktualne komentarze do notowań giełdowych.
Na stole zawarczał telefon. „ANNA” – pokazał wyświetlacz, Maks przeciągnął czerwoną słuchawkę.
– Żona? – spytała rozczarowana dziewczyna.
– Co?! Nie, tego szczęścia jeszcze nie doświadczyłem! – prychnął.
– To dlaczego nie odbierzesz?
– Za dużo byś chciała wiedzieć.
– Co robisz wieczorem? – spytała.
– A mam takie rodzinne bzdury. – odpowiedział mając na myśli przyjęcie urodzinowe swojej kobiety. Anna by mu nie darowała gdyby tym raz się nie zjawił. Przeciągnął się ospale.
– Może weźmiesz mnie ze sobą?
– Ekhm – prawie spadł z krzesła.
– Dobra, nie to nie! – Wzięła łyk soku – Ale wiesz, że… – przerwał jej telefon. – Halo? Gdzie?… O matko, żartujesz?!… Dobra będę za kwadrans! Paaaaa! Muszę lecieć, wiesz. – Powiedziała wstając od stołu i zbierając swoje rzeczy.
Marta dość szybko była gotowa do wyjścia, równie szybko ubierała się co i rozbierała kilka godzin wcześniej. Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi Maks odetchnął, wiedział że to ostatni raz kiedy widział tę rudowłosą biuściastą dziewczynę. Zasiadł przed telewizorem i zaczął wsłuchiwać się w monotonny głos gadających głów. Z tego giełdowego letargu wyrwało go stukanie do drzwi.
– Zapomniałaś majtek? – krzyknął w stronę drzwi, po czym wstał w ich stronę. Otworzył zamaszystym krokiem. Nie stała tam jednak Marta, ale skromnie ubrany, niewysoki mężczyzna. Maks skrzywił się i przymknął drzwi, ale nie mógł go rozpoznać, przecież on akurat widział go pierwszy raz.
– Serdecznie dziękuję za troskę, ale o ile mnie pamięć nie myli to ubierałem…
– O co chodzi? – spytał sucho Maks.
– Chciałbym chwilę z panem porozmawiać. – odpowiedział spokojnie gość.
– Coś czuję, że ja nie mam ochoty na rozmowy.
– Ale temat jest bardzo istotny w życiu każdego człowieka. Chodzi o śmierć.
– A! Pan ten jehowy! – odetchnął z ulgą Maks. – Wie pan ja was naprawdę szanuję, wierzcie sobie w co tam chcecie, za gazetkę dziękuję. – zatrzasnął drzwi.
– Ten temat jednak pana nie ominie – dał się słyszeć głos zza drzwi.
Maks spojrzał w judasza, ale mężczyzna już prawdopodobnie odszedł.