Bitwa pod Gridelwaldem
Wiele relacji z biegów pojawia się na drugi, trzeci, czwarty dzień po zawodach. Wiele osób pisze na gorąco. Żeby nie zapomnieć, nie pominąć niczego ważnego. Regenerują się i piszą. U mnie jest inaczej. Zbyt duże, zbyt ważne to jest dla mnie, zbyt dużo wysiłku w to wkładam (fizycznego ale przede wszystkim psychicznego) żeby pisać o tym od razu. Muszę przetrawić to całe wydarzenie. Przemyśleć to, co się stało. Jest tak szczególnie w tym przypadku - Eiger Ultra Trail 101 km. To był dla mnie jeden z dwóch najważniejszych startów w tym roku. Budził niezwykle wiele obaw. O przewyższenia, o moje przygotowanie, o limity czasowe, w końcu o pogodę. I to ta ostatnia okazałą się najważniejsza.
101.
Ale od początku. Mój pierwszy raz w Alpach, światowym epicentrum biegania po górach.
Od startu trasa prowadziła po asfalcie co oczywiście zachęcało do szarży. Mi udało się jednak opanować i wszystko szło... świetnie! W obliczu moich rozlicznych obaw, tempo było wręcz wyśmienite! Dość powiedzieć, że na pierwszym odcięciu czasowym, po ok 25 kilometrach, byłem 1.5h przed czasem. Na kolejnych punktach, zarabiałem kolejne minuty. Nie było lekko ale, co ważniejsze, nie było też zbyt szybko. Czułem, że jest w sam raz, że mam siłę.
Pierwsze 20 kilometrów to również ciągły bieg w mniejszej lub większej grupie - “peleton” nie zdążył się jeszcze rozbić. Już na pierwszym zbiegu zaskoczyło mnie jak wielu zawodników i zawodniczek nie potrafi... zbiegać. Ścieżki jak z marzeń wyjęte a tu nóżka za nóżką, powolutku, ostrożnie.. Co więcej, w takich sytuacjach standardem jest (wydawać by się mogło) przepuszczanie szybszych zawodników. Tutaj wiele osób po prostu olewało karkołomne próby wyprzedzenia.
Skoro już o innych zawodnikach mowa - biegł ze mną cały świat! Brazylijczycy, Australijczycy, Polaków też trochę się zebrało. Za Faulhorn, zamieniłem kilka zdań z uśmiechniętym Amerykaninem. Stawkę “pozaszwajcarską” zdominowali jednak Holendrzy. Jeden z najbardziej płaskich krajów świata, wysłał w Alpy kilkudziesięcioosobową reprezentację :D
Na szczycie Faulhorn (przed 35km) zaczęła się psuć pogoda, mocno się ochłodziło i zaczęło siąpić. Wbiegliśmy w skały, zrobiło się przepaściście i kamieniście. Ktoś się potknął, rozbił głowę. Śmigłowiec co jakiś czas krążył gdzieś nad naszymi głowami.
Jak zawsze, w okolicach 40. kilometra, dogonił mnie potwór (kryzys) i znów był to potwór żołądkowy. Po, bez mała, 10 kilometrach walki z samym sobą, wylałem sobie kubeł zimnej wody na łeb, od Mony dotarł sms’owy kopniak w dupę i wszystko się jakoś naprostowało. Kuba kontra potwory - 1:0!
Szczęście nie trwało jednak zbyt długo. Okolice 55. kilometra i przepak czyli jeden wielki błąd. Wiedziałem, że potrzebuje soli (na poprzednich punktach było jej stosunkowo mało) więc szaleńczo rzuciłem się na jedzenie. Zbyt szaleńczo. Niepracujący jeszcze żołądek, powiedział stanowcze “NIE!” a na pomoc wezwał nowego potwora, zdecydowanie większego. Tyle mocy we mnie było gdy wbiegałem do strefy. Gdy z niej wychodziłem, chwiałem się na nogach. Kroczek za kroczkiem, w pełnym skupieniu próbowałem ogarnąć sytuację. Wmawiałem sobie:
“Jesteś maszyną do chodzenia. Skup się na muzyce. Kijek noga, kijek noga, kijek noga... To jest asfalt, nie musisz patrzeć przed siebie. Jesteś maszyną do chodzenia...”.
Czułem, że potwór kopie mi dupę w tym starciu. Gdy teraz o tym myślę, szczerzę nie wierzę, że w takim stanie wylazłem te ponad 1400 m w pionie z Burglauenen na Männlichen.
Zawiedzione oczekiwania
Z drugiej strony od powrotu do Polski (ponad miesiąc temu) nie wracałem zbytnio do tego biegu. Ten temat mnie odstręczał. A przecież gdy dziś patrzę na trasę zapisaną przez Suunto, widzę że przez większość trasy wszystko było lepiej niż gorzej. Ba! Ostatecznie wydrapałem się na Männlichen i pokonałem swój bodaj największy kryzys. Na Maderze w tym czasie byłem pewnie pół przytomny a tutaj w pełni świadomie, musiałem zmierzyć się z rozwalonym żołądkiem, strachem, bólem i bezsilnością. Pokonałem to. Dlaczego więc temat EUT 101 tak bardzo mnie odrzuca?
Bo nie skończył się tak jak powinien.
Mimo, że zawody zdominował żołądek a wokół walki z nim, kręciła się większość moich myśli, to właśnie pogoda, dwie z ponad dwudziestu jeden godzin, były najważniejszym elementem tego startu. Po około 75km bieg został przerwany. Na horyzoncie pojawiła się burza. Ogromna. Ktoś powiedział - największa od 20 lat. Zawody zatrzymano, biegacze zostali ściągnięci z trasy. Czekaliśmy.
Przerwanie zawodów było jedyną słuszną decyzją. Pełna zgoda i żadnych, nawet najmniejszych wątpliwości, że poginęlibyśmy tam wśród tych piorunów. Problem zaczął się gdy sędzia, który się nami “opiekował”, nie był w stanie odpowiedzieć na proste a jednocześnie bardzo ważne pytania - czy po restarcie zawodów, klasyfikacja będzie kontynuowana? Na jakich zasadach? Ścigamy się jeszcze?
“Zbiegacie w dół, najkrótszą możliwą drogą do mety.”
Nie jest łatwo zmusić się do wysiłku gdy po kilkunastu godzinach walki, dwie godziny siedzisz w zamkniętym garażu, bez powierza, razem z 20 innymi biegaczami. Dla mnie w bonusie był jeszcze potwór, z którym mimo upływu czasu, nadal sromotnie przegrywałem. To właśnie wtedy całkowicie realnie myślałem o rezygnacji. Może gdybym się wtedy wycofał, nie miałbym aż takiego problemu z tym biegiem?
Ruszyliśmy w dół w przeświadczeniu, że jest po zawodach. Że tylko transportujemy się do mety. Biegniemy tylko po to żeby szybciej znaleźć się na dole. Na granicy Grindelwaldu, “najkrótsza droga” zderzyła się z “W prawo! W prawo!”. Jednak jeszcze się ścigaliśmy choć nikt nic nie wiedział więc przed nami była w zasadzie nieokreślona ilość kilometrów.
I tutaj kończy się dla mnie ten bieg.
Wkurw.
Potem był już tylko wkurw. Realny, z głębi serca i żołądka - wkurw. Cały czas zadawałem sobie w głowie (i nie tylko) pytania - “Po co?!”, “Po jakiego grzyba mamy biec ten kawałek skoro wbiegaliśmy już do miasta?!” i przede wszystkim “Dlaczego nie dostaliśmy tej informacji na górze?!”.
Biegłem jednak, bo co mi pozostało... Wiem, że to może teraz brzmieć bardzo absurdalnie - pojechał na zawody i pluje się, że kazali mu biegać. Pewnie jest w tym zastrzeżeniu mnóstwo prawdy. W lesie nad Grindelwaldem miałem jednak całkowicie inny mindset.
Czemu? Nie ma co pitolić - biegając do miasta, miałem szczerze dość, miałem też wystarczająco dużo czasu żeby zmienić sobie w głowie wyznaczony cel. Dla kogoś kto jeszcze chwilę temu walczył żeby nie wywalić żołądka na podłogę, cel, koniec, wybawienie - ma znaczenie. Ultra biega się głową. Ciało i tak zrobi to co każe mu umysł. Mój umysł był już niedaleko mety, ciału kazano jednak biec w las.
Meta.
Meta na ultra (i nie tylko) jest taką magiczną linią zmieniającą wszystko. Kończysz jakąś niepojętą całości. Nie da się tego opisać ani określić. Jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało, możesz to tylko przeżyć. Dość powiedzieć, że i w Szwajcarii i wcześniej na Maderze w momentach największego kryzysu to właśnie wyobrażenie dotarcia na metę, podnosiło mnie z łopatek, wyciągało z dna. Czasem sobie na taką myśl krzyknę z radości, czasem zapłaczę ze zwykłego wzruszenia. I nie ważne, że do mety zostało jeszcze tak wiele kilometrów.
Niestety pod Eigerem na tym wyobrażeniu się skończyło. To była pewnie moja najgorsza meta w życiu. Zero radości, zero szczęścia, zero uśmiechu. Medal? Ale za co? Nie mam ani jednego zdjęcia z mety - nie chciałem. Chciałem tylko skończyć i wrócić do domu. Odchodząc nie wiedziałem nawet z jakim czasem dobiegłem. Jakkolwiek irracjonalnie to brzmi - czułem się jakby zabrano mi coś bardzo bardzo cennego. Coś o co walczyłem przez ponad 75 km.
Powrót.
Przerwanie zawodów, skrócenie trasy to nigdy nie są proste sytuacje i łatwe decyzje dla organizatorów. Sypie się cała logika kwalifikacji i porównywalność wyników. Po powrocie do Polski nie było więc szczególnie lepiej. Zacząłem szukać odpowiedzi u organizatorów. Co się stało? Dlaczego dostaliśmy błędne informacje? Dlaczego wyszło tak jak wyszło? Nie miałem jednak siły wystarczająco mocno drążyć tematu. Ten bieg rozbił mnie psychicznie. Pomyślałem, że może nie warto tak dużo inwestować, gdy sukces (rozpatrywany na tak wielu różnych poziomach) może zniknąć w tak nieokreślonych i beznadziejnych okolicznościach?
Zrobiłem sobie krzywdę.
EUT zniszczył mnie też fizycznie. Po raz pierwszy miałem uczucie, że zrobiłem sobie krzywdę. Pewnie nie było to tylko uczucie. 1.5 doby po finiszu, stewardessa zapytała mnie w samolocie czy wszystko ze mną w porządku. Nie było. Żołądek nadal nie pracował, jak po każdych zawodach byłem też odwodniony no i chyba po prostu wyczerpany.
Całość skończyła się miesięcznym urlopem od biegania. Między innymi dlatego nie pojechaliśmy w sierpniu do Rumunii na 2x2 Race. Dlatego też nie pobiegnę we wrześniu Biegu 7 Dolin. O innych ku temu powodach trzeba będzie napisać inny, osobny tekst.
Wracam.
Od dwóch tygodni wracam do treningów. W weekend udało mi się pobiec w Szczawnicy Bieg do Źródeł - 15 kilometrów. Mimo wszystko bardzo potrzebowałem powrotu. No bo ileż można się mazać? EUT się nie udało. Rozpatruje je w kategoriach porażki przede wszystkim przez nieopanowane emocje. Ale przecież całe Ultra2015 miało być rokiem nauki, rokiem zbierania doświadczenia, uczenia się. Rokiem porażek, nie sukcesów.
Mimo całego tego bajzlu, pod Eigerem nauczyłem się więcej niż podczas wszystkich innych przebiegniętych ultra. Nie tylko tych praktycznych rzeczy: “nie przesadź z żelami”, “nie jedz jak pojeb na przepaku”, “zabieraj słone ze sobą” “idź do kibla przed startem”, “wcześniej zjedz śniadanie”... Nauczyłem się dużo o samym sobie, o swoim podejściu do całej tej “zabawy”. To wszystko zmusiło mnie do zastanowienia się czy na pewno chcę to robić?
Na koniec cytat z jednego z największych mocarzy ultra-świata - Scotta Jurka. Wydaje mi się bardzo adekwatny do tego co teraz robię i myślę:
"Każdy z nas czasem przegrywa. Nie udaje nam się zdobyć, czego pragniemy. Przyjaciele i osoby, które kochamy odchodzą. Podejmujemy decyzje, których później żałujemy. Staramy się ze wszystkich sił, ale rezultat jest opłakany. To nie przegrana definiuje nas jako ludzi, lecz to jak przegrywamy, i to, co potem robimy."
"Jedz i Biegaj" - Scott Jurek













