27.05.2026.
Nie odzywałam się przez długi czas. Podejrzewam, że wielu z was uznało tę ciszę za mały prywatny nekrolog; pomyśleliście pewnie, że umarłam gdzieś pomiędzy jednym zachodem słońca a drugim, pomiędzy niedopitą kawą a niedokończonym zdaniem. Cóż. Niestety żyję.
Choć nie wiem, czy można jeszcze nazwać życiem stan, w którym obecnie przebywam. Życie zawsze wydawało mi się czymś ruchliwym, czymś przypominającym świetliste ryby przesuwające się pod taflą wody — czymś, co drży i migocze. Ja natomiast od dawna nie drżę. Jestem raczej rośliną pozostawioną w ciemnym pokoju; bladym pędem, który zapomniał już, w którą stronę znajduje się słońce. Wegetuję. Tkwię. Trwam jak kurz osiadający na grzbietach książek, których nikt od miesięcy nie otwierał.
Całkowita anhedonia. Utrata siebie we własnym wnętrzu. To osobliwe uczucie, kiedy stajesz się własnym pustym mieszkaniem — chodzisz po sobie i słyszysz jedynie echo.
Co się u mnie dzieje? Nic wartego wspomnienia. Nic, co zasługiwałoby na dramatyczne skrzypnięcie skrzypiec w tle albo choćby przypis na marginesie życia. Nie umiem trzymać diety, więc się nie odzywam. W mojej głowie istnieje jakieś absurdalne prawo, według którego człowiek, który nie potrafi odmówić sobie jedzenia, traci prawo do wypowiadania słów. Jakby obżarstwo odbierało licencję na istnienie. Jakby każdy dodatkowy kęs wymazywał po jednym zdaniu.
Objadam się bez końca. Waga stoi nieruchomo niczym złośliwy zegar z uszkodzonymi wskazówkami — nie cofa się, nie rusza naprzód. Kiedy zaczynam dietę, przez kilka dni jestem niemal cnotliwa, niemal święta, niemal nowa. A potem przychodzi to. Binge. Nie pojawia się gwałtownie; ono skrada się jak znajomy krok na schodach, który rozpoznajesz jeszcze zanim usłyszysz pukanie. Siada obok mnie, kładzie chłodną dłoń na karku i mówi: „Już dobrze. Już nic nie musisz”.
Bo w moim przypadku nieszczęście jest stworzeniem ogromnym. Leży na klatce piersiowej ciężkie i senne jak stare zwierzę, a kiedy próbuje się oddychać, otwiera jedno oko i przygniata jeszcze mocniej. I czasem nie pozostaje nic poza jedzeniem; beznadziejną próbą wypełnienia pustki czymś cięższym od pustki samej.
Jest mi źle.
Cholernie źle.
Tak źle, że nie chcę o tym mówić. Bo wypowiedzieć ból oznacza nadać mu kształt, obrysować go atramentem i przyznać: tak, istniejesz. Tak, jesteś częścią mnie. A ja nie jestem jeszcze gotowa na takie spotkanie.
Pozwólcie mi więc tonąć dalej w świecie fikcji. Pozwólcie mi udawać, że w gruncie rzeczy już mnie tutaj nie ma. Że istnieję jedynie między stronami książek, w kadrach filmów i opowieściach, które piszę nocą, kiedy mieszkania stają się ciche, a ludzie zamieniają się w odległe światła za oknami.
Świat rzeczywisty przestał do mnie mówić.
A ja przestałam odpowiadać.








