Fragment miniaturki blinny "Risotto, kakao i rurki z kremem"
* * *
Kancelaria Malfoy & Zabini tonęła w pergaminach, ale Blaise Zabini od ponad godziny czuł tylko narastającą ciszę w swojej głowie.
Jeszcze ponad półtorej roku temu jego największym problemem było dopasowanie krawatu do koszuli. A dziś? Dziś martwił się, czy jego siostrzenica Margaret odnalazła się w Hogwardzie i nie odtrąciła opiekującej się nią Rose Weasley i czy pięcioletni Leo nie był zbyt męczący dla opiekującej się nim praktycznie codziennie Molly Weasley.
Tamten przeklęty grudniowy wieczór pamiętał, jakby zdarzył się wczoraj. Był wyjątkowo mroźny, ale i niezwykle śnieżny jak na Londyn. Przegrał wtedy pierwszą swoją sprawę w karierze i jedynym o czym marzył było sięgnięcie po ognistą whisky. Ognista whisky jednak tego pamiętnego wieczoru nie trafiła do kryształowej szklanki. Zamiast palącego przełyk trunku, poczuł przerażenie, gdy w progu jego mieszkania w starej kamienicy stanął blady jak ściana Harry Potter w towarzystwie równie bladego Draco i Hermiony, której wzrok mówił, więcej niż jakiekolwiek słowa.
Twoja siostra Bianka i jej mąż nie żyją – słowa, które Hermiona wypowiedziała tak drżącym głosem sprawiły, że szklanka, którą chwycił w dłoń wysunęła się i roztrzaskała się na drewnianej podłodze.
Dźwięk tłuczonego szkła i te oczy Hermiony nawiedzały, każdy jego sen. Przez dwanaście miesięcy nie potrafił zasnąć bez wspomnień siostry trzymającej go za rękę i szwagra błagającego go o zaopiekowanie się ich dziećmi.
Ciche pyknięcie magii wyrwało go z zamyślenia i ze wspomnień torpedujących jego umysł. Mały liścik zmaterializował się chwilę później na stosie dokumentów rozwodowych Ministra Magii, nad którymi od kilku tygodni pieczołowicie pracował.
Blaise zamrugał i wziął głęboki oddech. Przesunął dłonią po twarzy. Poczuł pod palcami brodę i cienki wąs, które zapuścił próbując poskładać rozsypany tamtego grudniowego wieczora świat. Nie tylko dla siebie. Ale przede wszystkim dla dzieci, dla których nagle stał się jedynym oparciem, jedyną stałą i jedyną rodziną, jaka im została. I choć broda i wąs go postarzały, to polubił taką wersję siebie. Trzydziestoośmioletniego mężczyznę, który nagle musiał przewartościować swoje życie.
Spojrzał na zżółknięty pergamin.
Uśmiechnął się dostrzegając pochyłe, pewne i niezwykle dokładne pismo.
Jestem posłańcem dobrych wieści – masz w końcu wolny wieczór, możesz się rozerwać.
Leo został na noc u mojej mamy. Przekupiła go śniadaniem, ale nie ma mu się co dziwić, jej naleśniki z czekoladą i truskawkami są wybitne. O kompocie dyniowo – rabarbarowym nie wspominając.
A i Mionka prosiła, żebyś przekazał Draco, żeny nie zostawał po godzinach. ( Kupiła nową seksi bieliznę i znając ją zbyt długo w sypialni czekać na niego nie będzie) 🤭
A i jeśli będziesz głodny, to właśnie robię risotto z borowikami i wygląda na to, że znowu będzie go sporo. Mogę Cię przygarnąć na kolację. Drzwi naprzeciwko.
Ginny. W.
Kącik ust Blaise’a uniósł się niemal niezauważalnie.
Ginny Weasley miała specyficzny dar – wyprowadzała go z równowagi jedną złośliwą uwagą, i poprawiała mu nawet najgorszy dzień tym swoim cholernie uroczym uśmiechem, który od kilku miesięcy działał na niego zupełnie inaczej, niż powinien.
- Draco … - rzucił wyginając usta w złośliwym uśmiechu, nie odrywając wzroku znad liścika.
Malfoy, który od piętnastu minut kreślił kolejne zdania na liście do sądu drgnął i spojrzał na przyjaciela.
- Co znowu? – mruknął przecierając twarz dłonią. Kilka zmarszczek pojawiło się na jego czole, gdy uniósł brwi. – Tylko mi kurwa nie mów, że jakaś kolejna apelacja.
- W pewnym sensie. – zaśmiał się gardłowo. – Twoja żona najwyraźniej się za Tobą stęskniła. Masz niecałą godzinę zanim jej cierpliwość się skończy i do końca roku będziesz musiał jechać na ręcznym.
Draco łypnął na niego mrocznie. Podniósł się ze swojego skórzanego fotela i wsuwając dłonie do kieszeni garniturowych spodni podszedł do jego biurka. Blaise przesunął pergamin po aktach a wredny uśmieszek błysnął na jego twarzy. Malfoy przebiegł wzrokiem po tekście z prędkością pędzącego znicza, a na jego zmęczonej twarzy pojawił się cień uśmiechu przemieszany z pożądaniem.
- Bezpośredniość Wiewiórki jest porażająca, nie sądzisz? – mruknął pod nosem i spojrzał w kierunku Blaise’a. Wyprostował się i omiótł spojrzeniem po dużym gabinecie szukając wzrokiem swojej skórzanej aktówki. – A Ty? Skorzystasz z sąsiedzkiego zaproszenia, czy zamierzać gnić nad tą sprawą Kingsleyów do rana?
Blaise milczał wpatrując się w skrawek papieru.
Do kamienicy przy Notting Hill Ginewra wprowadziła się pięć lat wcześniej, jeszcze przed rozwodem ze swoim mężem Lucasem Brownem. Z ogromem kartonowych pudeł, walizkami , z czerwonymi od płaczu oczami i z dziewięcioletnią wówczas córką, której idealna, szczęśliwa rodzina, w której żyła nagle stała się wspomnieniem. Szybko znalazł z Rose wspólny język, spędzając wieczory na jego balkonie i oglądając z nim mugolskie bajki przestała myśleć o ojcu, który ją zostawił. Wiedział wtedy, że Ginny nie podzielała entuzjazmu córki na jego widok. W odróżnieniu od dziewczynki była względem nieco szorstka i zimna. Wszystko między nimi zmieniło się diametralnie i nieoczekiwanie po wypadku jego siostry i szwagra, gdy nagle w jego mieszkaniu pojawił się czteroletni wtedy Leo i czternastoletnia Margaret. I to jej wsparcie sprawiło, że nie spadł w przepaść, nad którą wtedy stanął.
Zbyt dużo jej zawdzięczał, żeby zaprzepaścić to dla zaspokojenia własnych fantazji, których od dwóch miesięcy była główną bohaterką.
Wziął głęboki oddech.
- Muszę skończyć ten pozew rozwodowy Kingsleyów.
- Kłócą się o podział majątku od miesięcy. – Draco wywrócił oczami. – Jeden wieczór nie zrobi im żadnej różnicy.
Blaise uniósł wzrok. Choć jego czekoladowe oczy były podkrążone, to tlił się w nich ten upór, który Draco pamiętał z czasów Hogwartu, nawet, jeśli nie był już tak intensywny jak wtedy.
- Weasley z natury jest miła…
- Przestań pieprzyć, Zabini i spójrz prawdzie w oczy. – przerwał mu stanowczo Draco. Nie omieszkał przy tym lekko trącić go w tył głowy. – Od miesięcy, gdy myślisz, że nikt nie widzi patrzysz na nią jak facet, który ma ochotę wziąć ją na kuchennym blacie, na którym siada zawsze, gdy pije to Twoje słynne kakao i uważa, że na nikim nie robią wrażenia te jej satynowe szorty.
Blaise wbił w niego mordercze spojrzenie, które Draco zignorował. Zawsze ignorował. Zwłaszcza wtedy, gdy wytykał Blaise’owi coś oczywistego, do czego ten nie zamierzał się przyznać. Nigdy. Nawet przed własnym lustrzanym odbiciem.
– Zrobisz jak uważasz. – mruknął zrezygnowany. – Nie zapominaj, że jesteście dorośli i nikt nie będzie miał wam za złe jak spróbujecie czegoś więcej, niż sąsiedzkiej uprzejmości.
- Nie wiem, co sobie uroiłeś. – szepnął Blaise składając na dole jednego z dokumentów szybki idealnie precyzyjny podpis.
- Seks z Gryfonkami to więcej, niż winda do nieba. To jazda bez trzymanki. – rzucił odwracając się przez ramię. – Masz szansę się o tym przekonać. Tylko od Ciebie zależy czy skorzystasz.
- Nie zaciągnę jej do łóżka. – powiedział stanowczo.
- I to odróżnia nas, od nas sprzed dwudziestu lat. Choć teraz w średnim wieku mamy zdecydowanie bardziej wyszukane fantazje seksualne. – zaśmiał się Draco. – Po prostu nie siedź tu do rana. Ginny naprawdę robi dobre risotto, a Ty nie jadłeś nic od śniadania. – dodał i wyszedł.
Cisza, która zapadła po zamknięciu przez Draco drzwi gabinetu, była ciężka i ostra jak odłamki szkła na podłodze w tamten grudniowy wieczór. Blaise wpatrywał się w zamknięte drzwi gabinetu, a w jego uszach nadal brzmiały słowa o windzie do nieba i tym przeklętym kuchennym blacie, na którym Ginewra siadała zupełnie nieświadoma tego, jak cholernie seksownie przy tym wygląda.
- Uroiłeś to sobie, Malfoy. – mruknął pod nosem, ale jego dłoń, wciąż trzymająca pióro, lekko drgnęła. – Jest dla mnie tylko sąsiadką i dobrą koleżanką. Musi być.
Próbował skupić się na Kingsleyach i ich niebotycznie drogiej willi w Walii, ale litery zaczęły tańczyć mu na pergaminie. Przed oczami miał obraz Ginny, która kilka tygodnie temu przyszła do niego chwilę po siódmej z talerzykiem maślanych jeszcze gorących ciasteczek w krótkim satynowym szlafroku, którego dokładnie nie wywiązała a fragment jej koszulki nocnej, ten z koronkowymi wstawkami nie umknął jego męskiej uwadze. Albo tej sprzed dwunastu tygodni, gdy Leo dostał czterdziestostopniowej gorączki i przyszła podać mu eliksiry przeciwgorączkowe. Pamiętał jak jej szczupłe palce gładziły czoło śpiącego w łóżeczku pięciolatka i jak niechcący otarła się o jego tors, gdy się prostowała. To wtedy tak brutalnie poczuł ten zapach – laska wanilii, jaśmin i wiśnia wymieszany z antyseptycznym aromatem Munga – który od tamtej pory prześladował go w każdym sennym koszmarze, marzeniu i najbardziej wyuzdanych fantazjach. A nawet pod prysznicem.
Wypuścił głośno powietrze.
Zbyt wiele jej zawdzięczał, żeby zaryzykować wszystko dla chwili zapomnienia i uniesienia.
Ginewra była jego oparciem, kotwicą i wsparciem. Mógł na nią liczyć, w każdej chwili, nawet późną nocą. Gdyby spróbował wziąć ją na kuchennym blacie, jak to ujął Draco i gdyby okazało się, że przestrzelił, to straciłby jedyną osobę, która rozumiała, że pod maską dumnego mecenasa kryje się przerażony facet, który codzienne sprawdza czy śpiący Leo na pewno oddycha i zdesperowany zbyt często wysyła sowy swojej piętnastoletniej siostrzenicy z nadzieją, że odnalazła się w nowej, skomplikowanej rzeczywistości.
Blaise westchnął. Odłożył pióro i kilkukrotnie przetarł dłonią twarz.
- Dlaczego tak cholernie mnie do Ciebie ciągnie, Weasley? – szepnął sam do siebie wpatrując się w liścik, który nadal leżał na jego biurku. – Dlaczego nie mogę przestać o Tobie myśleć? Dlaczego musisz być tak kurewsko pociągająca?
Wziął głęboki oddech.
Złożył liścik i wsunął go do kieszeni wyprasowanych w kant garniturowych spodni. Rozejrzał się po swoim gabinecie w poszukiwaniu krawata, który zdjął przedpołudniem po trudnej rozprawie sądowej, którą choć wygrał, to ten tryumf wiele go kosztował. Podniósł się ze swojego skórzanego fotela, na którym wisiała jego marynarka. Wsunął krawat do skórzanej aktówki razem z dokumentami dotyczącymi rozwodu Kingsleyów. Zarzucił marynarkę na ramiona i sięgnął po płaszcz. Zdjął go z drewnianego wieszaka i jeszcze raz rozejrzał się po swoim gabinecie.
Lubił tu przesiadywać. Urządzone w staroangielskim stylu pomieszczenie było jego azylem, odkąd jego życie tak diametralnie się zmieniło. To tu, choć w niewielkim stopniu nie był ojcem zastępczym dla dzieci swojej zmarłej siostry i jej męża.
Zgasił światło i zamknął drzwi. W holu budynku skinął na pożegnanie stróżowi, który posłał mu szeroki przyjazny uśmiech. Gdy wyszedł na zewnątrz uderzyło w niego mroźne powietrze. Kilka płatków śniegu spadło na jego płaszcz, który właśnie zapinał. Spojrzał na świąteczne witryny sklepów, na miejską iluminację.
Nie teleportował się. Postawił na spacer, aby uspokoić myśli dudniące w jego głowie.
# # #
Na pełny tekst zapraszam na wattpad
Ginny Weasley chciała tylko zrobić risotto. Naprawdę. Nie planowała zapraszać do siebie zmęczonego życiem Blaise'a Zabiniego. Nie na początk









