Krem z białej czekolady
Niektóre desery bywają bardzo eleganckie i zmysłowe zarazem. To znaczy, że są takie jak ten: kwaśne owoce flirtują z szalenie słodką i charakterną białą czekoladą. Charakterną, bo z dodatkiem pieprzu i soli, które doskonale wydobywają z niej głębsze nuty. Całość zwieńczona jest skruszonymi niedbale migdałowymi ciasteczkami. A co jest w tym deserze najlepsze? To, że jest banalnie prosty, szybki i wymaga niewielu składników, chociaż sprawia wrażenie wysublimowanego. To taki deser na każdą okazję, chociaż mi najbardziej smakuje w ogrodzie, kiedy późnym popołudniem piję powolną kawę, patrząc jak złocą się promienie letniego słońca.
Krem z białej czekolady z ciasteczkami Amaretti
200 g białej czekolady - najlepiej z wanilią 200 g śmietanki 30% 250 g sera mascarpone 100 g ciasteczek Amaretti (lub więcej) Kilka garści malin, jeżyn i porzeczek Szczypta soli i pieprzu (opcjonalnie)
Czekoladę łamię na mniejsze kawałki i wrzucam do małego garnuszka lub rondelka. Zalewam śmietanką i całość gotuję przez kilka minut aż czekolada się rozpuści. Ciągle mieszam trzepaczką, żeby czekolada się nie przypaliła. Dodaję szczyptę soli i pieprzu - jest to opcjonalne, ale naprawdę robi robotę!
Kiedy czekolada całkowicie rozpuści się w śmietance, zdejmuję rondelek z ognia i odstawiam na bok na około 20-30 min, żeby mieszanka nieco przestygła. Co jakiś czas mieszam ją, żeby pozostała jednolita i płynna.
Kiedy czekolada ze śmietanką już są ostudzone, przekładam mascarpone do dużej miski. Blenduję go przez naprawdę krótką chwilę, aby nadać mu puszystości.
Do mascarpone przelewam rozpuszczoną czekoladę i mieszam trzepaczką aż uzyskam kremową, gęstą masę.
Owoce myję i wykładam na spód naczynia lub pucharków. Zostawiam garść do dekoracji. Na owoce przekładam krem, a następnie kruszę na niego ciasteczka.
Podpowiedzi:
Gotowy krem jest gęsty i można go jeść od razu. Aby miał jeszcze bardziej zbitą konsystencję, należy wstawić go do lodówki na około godzinę - wtedy zostawiamy go bez ciasteczek i posypujemy nimi deser tuż przed jedzeniem, aby nadal pozostały chrupiące. Zamiast soli i pieprzu można dodać odrobinę chilli - biała czekolada naprawdę się z nią lubi!
Pomysł na splot mojego deseru z obrazami abstrakcyjnymi może z pozoru sprawiać wrażenie nietrafionego. Ja jednak dostrzegam tu wiele paraleli, szczególnie jeśli chodzi o ten przypadkowy-nieprzypadkowy miraż kolorów (oraz o zamiłowanie ich autorki do gotowania). I myślę, że to dobra okazja, aby przedstawić kolejną artystkę.
Helen Frankenthaler (1928-2011) uznawana jest za jedną z najwybitniejszych amerykańskich artystek XX wieku, która nieustannie wywiera wpływ na współczesnych artystów. Jako przedstawicielka abstrakcyjnego ekspresjonizmu eksperymentowała z plamą barwną, zwracając uwagę na samą naturę farby na płótnie.
Zainspirowana malarstwem Pollocka stworzyła w 1952 roku swoje pierwsze przełomowe dzieło ,,Góry i morze’’ (Mountains and Sea), w którym zastosowała autorską technikę wsiąkającej plamy (soak-stain). Jej oryginalność polegała na wylaniu rozcieńczonej farby olejnej bezpośrednio na surowe, niezagruntowane płótno rozłożone na podłodze swojego studia. Farba o konsystencji akwareli, zamiast gromadzić się na powierzchni płótna, była przez nie absorbowana. Delikatna równowaga pomiędzy rysunkiem a obrazem, świeże odcienie kolorów oraz przełomowa technika sprawiły, że jest to jedno z jej najbardziej znanych dzieł. Jej pozostałe prace można podziwiać tutaj: klik i klik.
Frankenthaler niestrudzenie eksperymentowała. Poza tworzeniem unikatowych obrazów na płótnie i papierze, zajmowała się także ceramiką, rzeźbą, projektowaniem tkanin i grafiką. Helen uwielbiała przyjmować gości - wspominała artystkę Marszandka i kolekcjonerka Ann Freedman - Uwielbiała karmić ludzi i prowadzić z nimi ożywione rozmowy. Lubiła tańczyć i przede wszystkim uwidaczniało się to w jej ruchach podczas pracy nad obrazami’’. Pasja do tańca przyniosła jej spełnienie w 1985 roku, kiedy została zaproszona na zorganizowaną na część księcia i księżnej Walii kolację w Białym Domu. Do tańca bowiem wziął ją partner taneczny księżnej Diany. Całe życie czekałam na taki taniec - wspominała - On był wspaniały! Jego nazwisko nic jej wtedy nie mówiło. Dopiero po powrocie do nowojorskiego studia pokazała asystentce jego wizytówkę, a na niej - John Travolta.












