i nie po to mam serce, by mi pękało
na środku pustej ulicy milionowego miasta
i nie po to mam oczy, by deszcz snuły
nawet gdy za oknem pogoda promienista
i nie po to mam dłonie, tak bezwładne, ciężkie
by trzymać w nich wszystkie problemy wszechświata
i nie po to mam usta, by obcą skórę dotykały,
gdy śmiercionośny romantyzm afekt zgniata
i nie po to mam uszy, by odbierać głuche telefony,
gdy niema fala ciszy przebija pokoje
i nie po to mam stan rzeczy nienaruszony
gdy widzę, że nic z tego nie jest moje
i już sama nie wiem dlaczego pierś kuje
codziennie o czwartej, dwudziestej godzinie
dlaczego do drzwi przestano pukać
i czy rodzice mają rację, że mi minie
dlaczego w świecie matematycznych głów,
wydaje mi się, że ja jestem jedyna
że dostrzegam na niebie księżyca nów,
gdy obok stoi awangardowa maszyna
że ten ekspres po torach szybko sunący
nie nadąża z nalewaniem kawy do filiżanek
że gazetę człowiek przy tej kawie czytający
wędruje oczami absurdalnych przesłanek
że głośne radio na kominku krzyczy
nie Wagnera, a kolejny chłam zza wielkiej wody
że wszyscy razem mieszkamy w cywilizacji dziczy
z paracetamolem i tytoniem zamiast zgody
że zapach książek tylko kurzem się ścieli
gdy w telewizji kolejna poliyczna sprawa
i że pełno wokół konsensusu niszczycieli
bo znowu wchodzi nowa ustawa
że znowu krwawa jest moja wiara
bo już nie wierzę, że coś się tu zmieni
czy ta Ziemia to kolejna wszechświata pustka?
czy naprawdę jesteśmy błogosławieni?