'człowiek nigdy nie pozbędzie się tego, o czym milczy'
#januszleonwiśniewski
("I Odpuść Nam Nasze...")
seen from United States

seen from Russia
seen from China

seen from India
seen from Australia
seen from Vietnam

seen from United States
seen from Australia
seen from United States
seen from United States
seen from United States

seen from Germany
seen from Italy

seen from United Kingdom
seen from United States
seen from Germany
seen from China

seen from Germany

seen from Czechia
seen from United States
'człowiek nigdy nie pozbędzie się tego, o czym milczy'
#januszleonwiśniewski
("I Odpuść Nam Nasze...")
Dźwigam w sobie ciężar przekleństwa
chrobotanie usterki pod powieką
asocjację martwego kanału.
Oczy emitują fluoryzujący blask
mimo świadomości katastrofy
wciąż wyrastają mi na języku krokusy.
Rzucam więc słowami jak kwiatami
w artystów wiszących na pręgierzach
tam, gdzie alchemia przerabia krzywdę w cuda. Olga Rembielińska 2026
Odbicie
Bywa i tak że spojrzę w to lustro
Zakłamane zwierciadło, wyciskacz łez
I czasem widzę przez nie pęknięcia
Takie których nie rozetrę już palcem
Czy to na pewno szkło nosi rysy
Czy też moja twarz pęka
Halina Poświatowska, North Hempstead, 1961.
Halina Poświatowska (Polish: [Pɔɕviatɔvska]; née Halina Myga, entered into church records as Helena Myga;[1] born 9 May 1935 – 11 October 1967) was a Polish poet and writer. Poświatowska is famous for her lyrical poetry, and for her intellectual, passionate yet unsentimental poetry on the themes of death, love, existence, famous historical personages, especially women, as well as her mordant treatment of life, living, being, bees, cats and the sensual qualities of loving, grieving and desiring. via W
Halina[a] Poświatowska z domu Myga (ur. 9 maja[b] 1935[1][2] w Częstochowie, zm. 11 października 1967 w Warszawie) – polska poetka oraz pisarka.
Z powodu wady serca, wówczas nieuleczalnej, większość życia spędziła w szpitalach i sanatoriach.
poetka w wieku 21 lat została wdową[6][7]. W 1958 dzięki zbiórce środków wśród Polonii amerykańskiej, Poświatowska przeszła operację serca w Stanach Zjednoczonych[8]. Zamiast wrócić bezpośrednio do Polski, Poświatowska, nie zgłaszając tego polskim władzom paszportowym, złożyła wniosek o pełne stypendium (tj. z zapłatą czesnego) w prestiżowym college’u dla bogatych dziewcząt, Smith College, w Berkshires w Northampton. Stypendium zostało przyznane pomimo braku odpowiedniej znajomości języka angielskiego przez aplikującą. Poetka ukończyła college po trzech latach, tj. o rok szybciej niż przewidywał to tamtejszy tok studiów. Stopień bachelor of arts otrzymała 11 czerwca 1961[9]. Pomimo otrzymania oferty matrykulacji z pełnym stypendium na studia doktoranckie na Katedrze Filozofii Stanford University w Kalifornii niedaleko San Francisco, Poświatowska, stęskniona za rodziną, powróciła do Polski. Po powrocie zamieszkała w Krakowie. Zdała na IV rok studiów filozoficznych na Uniwersytecie Jagiellońskim i wprowadziła się do Domu Literatów przy ulicy Krupniczej[10]. Z Krakowem związane były ostatnie lata jej życia[5]. via W PL
Czytam i analizuję, każdą wysłaną przez ciebie wiadomość, nawet kilka razy. Ponieważ daje mi to namiastkę ciebie. Dodaje mi to nadziei, doszukując się czegoś, czego nigdy od ciebie nie dostanę- choć garstki miłości.
Miłość jest cudowna pod warunkiem, że jest odwzajemniona i prawdziwa.
Mogę cię opisywać i mówić o tobie bez przerwy. Jesteś dla mnie ulubioną książką, która nigdy się nie znudzi, a za każdym razem w jakiś sposób mnie zaskoczy.
Przeglądam nasze wspólne zdjęcia i nagrania, ponieważ w ten sposób mogę poczuć, że jesteś bliżej mnie.
Mamy za sobą wiele dwuznacznych sytuacji, może tylko dla mnie były dwuznaczne, a ty po prostu żartowałeś lub chciałeś być miły?
Mimo wszystko nadal czuję, że jest coś między nami. Coś pomiędzy miłością, a przyjaźnią. Coś pomiędzy udawaniem, a prawdą. Coś pomiędzy uśmiechem, a smutkiem.
Coś co jest pomiędzy przeciwieństwami zawsze ciężko zdefiniować, dlatego pozostaniesz zagadką w mojej głowie. Zagadką, którą kiedyś rozwiążę.
***
Siedzę na kocu rozłożonym na miękkiej trawie i wdycham zapach lata. Powietrze pachnie rozgrzaną ziemią, kwiatami i jego perfumami, które mieszają się ze słodkim aromatem dojrzałych malin, które Radek właśnie wyciąga z koszyka. Patrzę na niego i wciąż nie mogę uwierzyć, że jest mój. Że siedzi tu obok mnie, że to wszystko jest prawdziwe. Że mam przed sobą kogoś, kto uczynił mnie całością.
Gdy się poznaliśmy, byłam wrakiem człowieka. Przeszłość odcisnęła na mnie swoje piętno, trzymała mnie w swoich lodowatych szponach, nie pozwalała ruszyć naprzód. Były dni, kiedy otaczała mnie jedynie ciemność i nie wierzyłam, że kiedykolwiek znajdę drogę do światła. Że ktokolwiek wyciągnie do mnie rękę. A jednak pojawił się on. Radek. Uśmiechnięty, ciepły, cierpliwy. Wypełnił moje życie swoim spokojem, swoim śmiechem, swoją miłością. Nauczył mnie, że świat nie jest wrogiem. Że życie jest piękne, jeśli tylko damy sobie szansę je dostrzec.
Patrzę na niego teraz, gdy delikatnie kładzie malinę na mojej dłoni i czeka, aż ją zjem. Jest w tym tyle troski, tyle niewypowiedzianych słów. Radek nie musi mówić niczego wielkiego, nie musi składać obietnic – on po prostu jest. A ja chłonę każdą sekundę z nim, każdą chwilę, w której możemy być razem.
Słońce świeci wysoko na niebie, ogrzewając nasze ciała, ale ciepło, które rozchodzi się po mojej duszy, jest o wiele silniejsze. Myślę o tym, jak jeszcze kilka lat temu byłam przekonana, że miłość to tylko iluzja, że nigdy mnie nie spotka. Jak bardzo się myliłam! Radek wszedł do mojego życia i zmienił je nieodwracalnie. Dzięki niemu zobaczyłam kolory tam, gdzie wcześniej widziałam tylko szarość. Dostrzegłam piękno w codzienności. W prostych gestach. W jego dłoni muskającej moją skórę, w czułym spojrzeniu, w cichych westchnieniach, kiedy wieczorem zasypiam w jego objęciach.
Oparłam się na łokciu i przyglądam mu się uważnie. Promienie słońca igrają w jego włosach, nadając im złocisty odcień. Wiem, że zauważył moje spojrzenie, bo na jego twarzy pojawia się ten uśmiech – ciepły, trochę zawadiacki, ale pełen miłości. Wyciąga rękę i odgarnia kosmyk włosów z mojego policzka. Jego dotyk jest jak obietnica. Obietnica, że już nigdy nie będę sama. Że zawsze będzie obok, że nigdy nie pozwoli mi wrócić do tamtych mrocznych dni.
Przymykam oczy i pozwalam, by dźwięki letniego popołudnia wypełniły moją świadomość. Świergot ptaków, szum trawy, cichy śmiech Radka – wszystko to stapia się w jedną melodię szczęścia. Czuję się wolna. Czuję się lekka, jakbym unosiła się nad ziemią, jakbym stała się częścią tego świata, a nie jedynie obserwatorką, ukrytą za murem własnych lęków.
– O czym myślisz? – pyta, kładąc dłoń na mojej.
Otwieram oczy i spoglądam na niego z uśmiechem.
– O tym, jak bardzo cię kocham – odpowiadam szczerze.
Widzę, jak jego spojrzenie mięknie, jak kąciki jego ust unoszą się w uśmiechu, jak moje słowa osiadają w nim, rozgrzewając go od środka. Przyciąga mnie do siebie i całuje – powoli, czule, z całą miłością, którą do mnie czuje. Jestem szczęśliwa. Po raz pierwszy w życiu naprawdę szczęśliwa.
Radek sprawił, że pokochałam życie. Pokazał mi, że warto otworzyć serce, że warto dać sobie szansę. A ja wiem, że od tej chwili wszystko będzie już tylko lepsze. Bo mam jego. I mam siebie – nową, odrodzoną, kochającą życie.
inne rejony ciała
odbudujmy ten niedoskonały raj wskrzeszony dłonią martwego mistrza odrodzony z pasji jątrzy się niby piętno na powiekach
powstanie w nas niecierpliwy koniec rozdziału miał być wstępem do istnienia
został jedynie czas pozbawiony granic poprowadzonych niepewną kreską wieczność zaszczuta wizją rychłego oddalenia
kłębi się w nas ostatnie w tych ustach słowo odrasta nadzieja co miała przynieść sen ukryć formy przed przerostem treści
rozkojarzyła mnie miniona noc runął piedestał gdzie strach szykował się do wędrówki w inne rejony ciała
***
Samotny, starzejący się człowiek spogląda na świat zza oszronionych okien swojego małego mieszkania. Kiedyś pełen planów, marzeń i niewyczerpanej wiary w przyszłość, dziś widzi świat jako chaos nienawiści, złości, frustracji i przemocy. Każdy dzień przynosi nowe wiadomości o morderstwach, wojnach i tragediach, które wydają się bez końca. Jest jak małe ziarenko, porwane przez czarny wiatr, który wiruje nad światem bez ładu i składu. Nie ma siły, by walczyć z tym wiatrem, nie ma gdzie się przed nim schować.
Zastanawia się, dlaczego ludzie się nienawidzą. Dlaczego, zamiast budować, tak chętnie niszczą? Gdzie zniknęła nadzieja, która jeszcze w młodości wydawała się być wieczna? Każdego dnia stawia sobie pytania, na które nie zna odpowiedzi. "Czy to wszystko ma sens?" - pyta w myślach, wpatrując się w migoczące światła miasta, które przypominają mu płomienie gasnących świec.
Czuje się zagubiony w tym świecie, który tak szybko się zmienia. Technologia pędzi naprzód, ale ludzkie serca wydają się coraz bardziej puste. Pragnie zrozumieć, dlaczego życie jest tak kruche, dlaczego ludzie przychodzą na świat tylko po to, by odejść w końcu w ciemność. "Dlaczego musimy umrzeć? Dlaczego nie możemy istnieć wiecznie?" - to pytanie powraca do niego jak echo. Odpowiedzią, którą sobie czasem daje, jest idea, że wieczność byłaby dla człowieka przekleństwem. Bez końca nie ma początku. Bez śmierci nie ma życia. Być może właśnie w tej ulotności tkwi piękno egzystencji.
A jednak, nawet w tym przekonaniu kryje się gorycz. Życie, które jest tak krótkie, często mija w bólu i strachu. Człowiek szuka sensu, pragnie pozostawić po sobie coś trwałego, a jednocześnie wie, że wszystko, co zbuduje, kiedyś obróci się w proch. Historia uczy, że największe imperia upadają, a największe dzieła sztuki bledną w obliczu czasu.
Może sens istnienia nie leży w wielkich czynach, ale w drobnych chwilach? W spojrzeniu pełnym zrozumienia, w uścisku dłoni, w śmiechu dziecka? Może człowiek jest tutaj po to, by choć przez chwilę rozjaśnić ciemność, która nas otacza?
Patrząc na swoje życie, człowiek ten widzi, że największe znaczenie miały dla niego te małe momenty: rozmowy z przyjaciółmi, zachody słońca oglądane w ciszy, książki, które go poruszały. Być może to właśnie jest odpowiedź na jego pytania. Człowiek jest jak płomień świecy - chwilowy, migoczący, ale zdolny rozjaśnić mrok. I choć wiatr może go zdmuchnąć, to światło, które rzucił, pozostaje w pamięci innych.
Musimy umrzeć, ponieważ wszystko na tym świecie jest cykliczne. Śmierć jest początkiem nowego życia. Człowiek umiera, ale jego energia, jego czyny, jego wspomnienia w innych - to trwa dalej. A sens egzystencji? Być może sens tkwi w samej wędrówce, w stawianiu pytań, w próbie zrozumienia, choćby częściowej. Może sens tkwi w próbie kochania, nawet w świecie pełnym nienawiści.
Zasypiając, człowiek ten wciąż nie zna wszystkich odpowiedzi. Ale jedno wie na pewno: jest ziarenkiem porwanym przez czarny wiatr, ale to ziarenko, choć małe i kruche, ma w sobie nieskończony potencjał, by wzbudzić życie, by przynieść zmianę, choćby najmniejszą.