Siedziałam na przystanku autobusowym wśród kobiet. Kobiet w wieku, który automatycznie łączony jest z mianem babci, bez względu na to czy rzekoma babcia w ogóle posiada jakiekolwiek potomstwo. A więc, siedziałam na przystanku wśród babć. Kobieta siedząca po mojej lewej stronie rzeczywiście wyglądała jak przykładna babcia, taka co dzierga wnuczkom kolorowe szaliki i gotuje najlepszą zupę pomidorową na świecie. Miała biało-białe, romantycznie skręcone loki i przyjazną twarz o delikatnym wyrazie. Pani z prawej, w swoim cętkowanym futrze i kapturze chroniącym jej twarz przed mrozem świata zewnętrznego, sprawiała wrażenie damy ceniącej sobie przepych i ekstrawagancje. Jej twarz pozostawała poza zasięgiem mojego wzroku. Chciałam zobaczyć tę twarz. Kultura nakazywała mi jednak opanować wytworzone ze znudzenia wścibstwo i z zaciekawieniem zapatrzeć się w przestrzeń. Nietrudno było jednak dostrzec, że moje sąsiadki są do siebie zupełnie nie podobne. Panie jak swoje wzajemne antonimy, usadowiły się dla przeciwwagi po obu stronach ławki, zamykając mnie w środku.
Dama w futrze była niespokojna. Pomysł oczekiwania na upragniony autobus w milczeniu prawdopodobnie wydawał się jej absurdalny. Dla niektórych milczenie nie ma nic wspólnego ze złotem. No cóż.
Siedzenie na przystanku w środku grudnia nie jest najprzyjemniejszym sposobem na spędzanie czasu. Pora dnia spod znaku mrozu i milowych minut. Autobus staje się wtedy symbolem wszelkiego dobra, lecz chociaż jest coraz bliżej i bliżej to nigdy nie na miejscu. Dla zakapturzonej ten nieprzyjemny proces jest jednak czymś więcej. Czymś na kształt spotkania towarzyskiego. Jak widać lubi zostać wysłuchana, nawet kiedy nie ma nic szczególnego do powiedzenia. Futro ma. Ciepło jej. To i pogadać by chciała. Desperacko zagadywała, więc panią po przeciwnej stronie ławki oraz po przeciwnej stronie w każdym innym dostrzegalnym aspekcie.
Mówiła o świętach i wiążących się z nimi przygotowaniach. Nic dziwnego, że do rozpoczęcia tej wymuszonej rozmowy posłużyła się tematem, który cieszył się popularnością mniej więcej już od listopada.
-wie pani co? Te święta to mnie kiedyś wykończą. Okna mam jeszcze nie pomyte. Pani umyła? Ja to na nic nie mam czasu. I jeszcze ta pogoda. Ni to śnieg, ni to deszcz. Nieprzyjemnie. A tak naprawdę to uważam, że w tym wieku to człowiek nie powinien już całej tej wigilii przygotowywać. To dzieci starą matkę powinny zaprosić. A nie. Ja się męczę. A synowie moi to nie pomyślą nic. A te synowe moje, boże broń, nie życzę takich nikomu. Wszystko na mojej głowie. Ale wie pani co, ja to się ostatnio zbuntowałam i powiedziałam, że nie zrobię wigilii. Nie zrobię. Oni mnie powinni zaprosić. Nie wiem co to jest za zwyczaj, że babka zawsze musi.
Druga z nich cierpliwe słuchała monologu, zręcznie wplatając uśmiechy i zdawkowe odpowiedzi, kiedy wymagała tego od niej sytuacja. Po pewnym czasie zaskoczyła nas obie jedną z dłuższych wypowiedzi:
-Oj, ja to zawsze do wnusi na wigilie chodziłam-mówiła powoli i spokojnie- ale wnuczka umarła to teraz moja córka robi.
Powiedziała to niespodziewanie, a jej słowa były niemal zupełnie pozbawione swojego ciężaru.
Nie mówiłam nic, no bo co tu mówić.
Przytłoczył mnie i zadziwił niezobowiązujący charakter tej pogawędki. Rozmowa kręciła się wokół mycia okien i świątecznych potraw, z przerwami na zwyczajowe narzekanie i krytykę wybranych osób i zjawisk, by nagle, ot tak zatrzymać się na śmierci. Taka łatwość mówienia wydawała się nierealna. Najbardziej jednak zdumiewa to, że poczucie straty stało się dla tych pań zjawiskiem tak powszechnym, że nie czują się już zobowiązane do wzajemnego współczucia. Wiedzą, że jest bezcelowe. Rozmawiają dalej.
-O tak, wie pani, najlepiej to jest mieć córki. Córka to zawsze pomoże, wesprze. A taki syn? Znajdzie sobie jakąś lafiryndę i o matce zapomni, jak już odchowany. I żeby to jeszcze była jakaś porządna dziewucha. A gdzie tam – futrzasta kontynuowała swoja opowieść.
W miarę zbliżającej się godziny przyjazdu autobusu, na przystanku zbierało się co raz więcej równolatek moich towarzyszek.
-Dwóch synów mam i dwie synowe. I żadnego pożytku z nich. W tamte święta się zbuntowałam i mówię: nie zrobię wigilii u siebie. Zbuntowałam się i mówię: nie zrobię. I wyobraża sobie pani. Nie wiem czy jedna myślała, ze ta druga mnie zaprosi, a druga myślała, że tamta. Nie wiem. Wyszło tak, że w zeszłym roku sama wigilie spędziłam. Żadna mnie nie zaprosiła. Ani syn żaden nie zadzwonił, nie zapytał. Taką wigilie miałam. Tylko sobie tabletki nasenne wzięłam, coby długo nie płakać i poszłam spać.
Nie jestem pewna czy powiedziała to wszystko, bo poczuła się ośmielona poprzez wcześniejsze wyznanie swojej rozmówczyni i nabrała ochotę na zwierzenia, czy też po prostu chciała się jej zrewanżować w niekończącym się ludzkim konkursie o to kto ma w życiu gorzej. Nie wiem.
Niemniej jednak była to smutna historia. Znowu.
Dokładnie zapadła mi w pamięć.
Kobieta miała ciężki charakter, była przemądrzała i cyniczna, ale jednak w pewien sposób budziła sympatię. Wiele z jej zgorzknienia wynikało przecież z tej samej samotności, która zmuszała ją do wypowiadania tych wszystkich słów.
Siedząc obok niej czułam, że nie zasłużyła sobie na to porzucenie. Może też trochę się przeraziłam tym wszystkim co usłyszałam. Chyba każdy musi się tej smutnej historii nabawić, a te panie po prostu poznały już swoje.
Nie mówiłam nic, no bo co tu mówić.
Pani z przeciwnej strony skomentowała to wszystko w nieznaczący sposób, wyrażając bliżej nieokreślone uczucia. Oczywiście nie była nieuprzejma, ale rozmowa wyraźnie stawała się coraz bardziej dla niej uciążliwa. Rozglądała się na boki.
Ku jej radości na przystanku nagle, jakby zesłana z niebios, czy z jakiegoś innego miejsca zjawiła się pani Krysia. Rzeczona pani Krysia niewątpliwie cieszyła się większą sympatią pani starszej, niż pani w futrze. Natychmiast rozpoczęły ożywioną rozmowę, zostawiając tę ostatnią na pastwę milczenia.
Moja sąsiadka została brutalnie porzucona. Pośpieszne odejście tamtej było tak dotkliwie niedyskretne, że sama poczułam się zdradzona. O ile mi zrobiło się nieprzyjemnie, to koleżanka z prawej była wyraźnie zdruzgotana zaistniałą sytuacją. Powietrze zastygło w tłumionej potrzebie wypowiadania słów, która napierała na mnie z jej strony. Słowa musiały się wylać i wylały się, obierając sobie za cel najsłabsze ogniwo wśród przystankowego tłumu. Naprawdę bardzo lubię słuchać rozmów na przystanku, prawie tak bardzo jak nie lubię brać w nich udziału. To była jednak tylko kwestia czasu. Kobieta w futrze, która wciąż pozostawała dla mnie tylko futrem, zwróciła ku mnie spojrzenie, delikatnie wychylając się spod kaptura. Kolce włosów koloru krwistej czerwieni opadały na jej kwadratopodobną buzię. Kontur twarzy utrzymywały zamieszkujące w niej zmarszczki. Były to zmarszczki całkiem niezwykłe. Czarne niteczki splatały się na czole i policzkach tworząc przypadkowe wzory i szlaczki. Osadzone głęboko w skórze przybrały kolor tej szczególnej tajemniczej i nieprzeniknionej czerni. Miały swoje osobliwe piękno. Dodawały twarzy wyrazu, na którego brak kobieta zdawała się cierpieć w młodości.
Nie ukrywam, że wygląd tejże twarzy ciekawił mnie od początku. Pochłonięta obserwacją zgubiłam sens szeregu wyrazów, który powędrował już w moim kierunku. Blady uśmiech skierowany do niej w rekompensacie za brak odpowiedzi nie zniechęcił jej. Palące w gardło pragnienie mówienia zdawało się wciąż jej doskwierać. Postanowiłam więc okazać osamotnionej wiedźmie serdeczność. Następnym z uśmiechów pozwoliłam jej na kontynuacje monologu, zakładając tym samym cichą koalicje przeciwko platynowej zdrajczyni, która nas opuściła.
Komentowała przede wszystkim moje ubranie, które, jak można się było spodziewać było jej zdaniem nieodpowiednie na grudniową pogodę. Zapewniłam ją, że nie marznę, co nie było do końca prawdą. Ostatecznie zdecydowałam się oddać jej pełen autorytet w kwestii odpowiedniego doboru odzieży wierzchniej. Jedno spojrzenie na jej cętkowane futro, bez względu na to czy było prawdziwe, czy syntetyczne, wystarczało, by stwierdzić, że jest ona niekwestionowaną ekspertką na tym polu.
Przez ostatnie pięć minut mówiła jeszcze o globalnym ocieleniu i komplementowała moje buty. Na pożegnanie zdążyła jeszcze szybko podsumować naszą krótką znajomość:
-Lubię panią. Lubię brunetki. Sama byłam brunetką zanim osiwiałam. Blondynek nie znoszę– powiedziała po prostu.
Synowe przypuszczalnie brunetkami nie były.
-Siwych też nie lubię. Ohyda. Dlatego farbuje, żeby jakoś wyglądać – dorzuciła tę niedyskretną uwagę na temat siwych włosów zdrajczyni.
Wsiadłam do autobusu, czując się nadspodziewanie zadowolona z faktu, że dziwna pani polubiła mnie ten swój kąśliwy sposób z radością po raz kolejny dyskryminując blondynki. Mam nadzieję, że w tym roku miała dobre święta. No przynajmniej lepsze, niż ostatnio.