Zasady nie pozostają takie same w każdej sytuacji.
Mo dao zu shi
seen from Thailand
seen from Bulgaria
seen from Ukraine
seen from China
seen from Japan

seen from United States
seen from Japan

seen from United States
seen from China
seen from Türkiye
seen from Australia
seen from Russia
seen from Japan
seen from China

seen from Japan
seen from Belgium
seen from Poland

seen from United States
seen from Italy
seen from Hong Kong SAR China
Zasady nie pozostają takie same w każdej sytuacji.
Mo dao zu shi
oczy pełne niedowidzenia - smutne piosenki (on Wattpad) https://www.wattpad.com/1067318241-oczy-pe%C5%82ne-niedowidzenia-smutne-piosenki?utm_source=web&utm_medium=tumblr&utm_content=share_reading&wp_uname=Ocktavvia&wp_originator=UHHOH5KvXZD3S%2FSLkzXWMDubpMXAhh0AD7kHPM1zaaB%2FP57Xt3CpwhR2q2aSHgSZY2gprOJkKagKcRptlV9wqNcl7YzFe5gD%2BEZkL%2FRx8%2F7KNR0iOOEJid%2B639UlI2c9 ~najboleśniejsze w życiu jest czekanie, czekanie na kogoś kto nie wróci, i patrzenie, patrzenie na kogoś kogo nie ma~ Wiersze stworzone w chwilach gwałtownych emocji.
Ofiary wojny
Nowela A. Bitter
Był to szczyt lata roku 1866, a cienie już zaczynały rzucać się na słonecznych użytkowników Loary. Była to jedna z tych pięknych magicznych nocy, tak często występujących w pięknej pogodnej Francji. Za wschodnim grzbietem górującym nad schludną, czystą wioską F., żółty dysk księżyca właśnie rozrósł się do swojego pełnego okrągłego rozmiaru, oświetlając niemal dziennym blaskiem spokojny krajobraz i białe domy spokojnych i wesołych mieszkańców otoczonych winnicami.
Na drugim końcu wioski, gdzie droga gwałtownie skręca, aby ominąć kapryśną rzekę, znajduje się mały dom wyróżniający się spośród wielu większych w najbardziej korzystny sposób ze względu na białe wapienne ściany, które są utrzymywane w szczególnej czystości. Fakt, że potężna lipa stojąca tuż obok mostu zwodzonego, ze swoją rozłożystą koroną nie tylko ocienia mały domek ze studnią, ale także całe delikatne mieszkanie, przyczynił się w pewnym stopniu do nadania całości sennego charakteru, który mimowolnie budzi w młodych sercach wszelkiego rodzaju myśli o miłości i szczęściu w owej.
Do tej pory okna małej chatki pozostawały ciemne, a mianowicie tam, gdzie promień księżyca, ukradkiem zaglądający przez zieleń lipy, nie był w stanie dotrzeć do niektórych szyb i oświetlić ich mieniącym się srebrnym blaskiem. Mieszkańcy domu byli zapewne zadowoleni z tego półmroku, o wiele przyjaźniejszego i milszego od matowego, sennego blasku małej lampki, która po chwili nagle pojawiła się w niewielkim pomieszczeniu parterowego domu i rzucała swój czerwonawy blask aż do pnia lipy.
Uważny obserwator tej sceny – być może ktoś taki był obecny – byłby jednak niezadowolony z wyglądu małej lampki, której czerwonawy blask pozwalał na wygodny wgląd do bardzo prosto umeblowanego, ale czystego i przytulnego pokoiku, a także czegoś innego, co wyglądało jeszcze bardziej przytulnie i przyjaźnie. Tą drugą rzeczą była wiejsko, lecz schludnie ubrana dziewczyna w wieku około osiemnastu lat, szczupła, ponadprzeciętnego wzrostu, a jednocześnie niemal zmysłowa figura, z matową bladą twarzą, z której jak granaty błysnęły dwie czarne jak węgiel gwiazdy.
Dziewczyna właśnie postawiła lampę na stole i palcami o starannie przyciętych paznokciach rozwiązała wstążki swojego białego czepka, który był nie mniej niż delikatny, choć bardzo czysty, i w ten sposób pozbyła się wysoce zbędnego okrycia, do tej pory utrzymującego wodospad niebieskawo-czarnych włosów, spływających bujnymi kosmykami na okrągłe, nagie ramiona. Na ustach młodej dziewczyny zagościł spokojny, błogi uśmiech, a biały, dobrze uformowany rząd zębów błyszczał między ciemnoczerwonymi, nieco wąskimi wargami, nad którymi nie brakowało lekkiego puchu cienkiego zarostu, charakterystycznego dla dużej części Francuzek.
Nagle jednak pozornie samotna mieszkanka chaty zdawała się przypomnieć o czymś, o czym zapomniała. Gwałtownym ruchem zawiązała brzydką białą czapkę z powrotem na głowie i zniknęła z pokoju. Zaraz potem drzwi domu otworzyły się od wewnątrz, a panna, uzbrojona w ogromny gliniany dzban, wkroczyła sprężystymi krokami przed dom, by napełnić go przy studni.
– Dobry wieczór, Margot – rozległ się melodyjny męski głos zza pnia lipy.
Dziewczyna była zaskoczona tą nieoczekiwaną zaczepką i dzban spotkał tragiczny los, który znane niemieckie przysłowie przewiduje dla wszystkich dzbanów na świecie. Głos nie brzmiał jednak tak strasznie, by zaskoczenie adresatki mogło trwać zbyt długo, bo gdy jego właściciel, smukły młodzieniec, wyszedł zza pnia drzewa i zbliżył się do frankońskiej Rebekki, ta stanęła na swoim miejscu niczym starotestamentowa piękność, ale natychmiast przygotowała się do odpowiedzenia zbliżającemu się złoczyńcy z iście francuską gibkością.
– Fu! Dać wiarę – powiedziała piękność do uśmiechniętego mężczyzny stojącego przed nią. – Czy to już sztuka, by przestraszyć biedną dziewczynę w ciemności nocy w tak niezdarny sposób! Mogłam upuścić dzban, a potem zanieść jego kawałeczki do kuchni zamiast wody.
– Cóż, co tam za nieszczęście! – odpowiedział nocny awanturnik, najwyraźniej tylko nieznacznie poruszony oburzeniem dziewczyny. – W okolicy Loary wciąż jest wiele glinianych dzbanów i z przyjemnością kupiłbym ci nowy i piękniejszy, gdyby ten się stłukł.
– Czy te wszystkie pieniądze w twojej kieszeni są dla ciebie aż tak wielkim ciężarem, Claude Jullion? – odpowiedziała. – Wydaje mi się, że mógłbyś je przynajmniej wykorzystać na lepsze rzeczy niż nowe dzbany, których poprzednicy rozpadli się na kawałki z powodu twojej niezdarnej niegrzeczności.
Claude Jullion zagryzł lekko wargi. Z pewnością byłby nieco zdenerwowany uwagą, jaką zwrócono na jego bynajmniej nie błyskotliwą sytuację finansową z prawdziwym francuskim wdziękiem, gdyby tą, która być może celowo go obraziła, nie była Margot Millet, najpiękniejsza dziewczyna w wiosce, a dla niego, na wpół w tajemnicy, ktoś jeszcze. Zebrał się jednak w sobie i po krótkiej pauzie powiedział z przyjazną poufałością:
– Nie bądź wiecznie taka insynuująca, droga Margot. Dobrze wiem, że niestety nie jestem milionerem. Ale pocieszające jest dla mnie to, że liczba tych, którzy cierpią na ten sam niedobór, jest znacznie większa niż tych, na których los nałożył tak ciężkie złote brzemię. Taki ciężar nie przeszkadza mi być bardzo miłym dla pewnej pięknej Margot, pomimo jej ciętego języka.
– No proszę, jaki szarmancki adorator! – zawołała dziewczyna z szyderczym chichotem.
– Dlaczego? Co masz na myśli? – zapytał Claude, dość przerażony i zdziwiony.
– Cóż, nie mogę uwierzyć, że tak beztrosko mówisz mi, że mógłbyś być dobry dla Margot, która również nie jest milionerką, jedynie gdybyś nie miał ciężkiego złotego brzemienia do dźwigania oprócz swojej miłości. Oczywiście natychmiast by się to zmieniło, gdyby los sprawił, że stałbyś się nieszczęśliwy z milionem.
W trakcie tych słów Margot ostrożnie postawiła dzbanek na desce na studni, ale zanim wykonała kolejny ruch, by wprawić mechanizm w ruch, ponownie odwróciła się w stronę całkowicie spragnionego tego Claude'a, oparła krągłe, białe ramiona na biodrach i spojrzała młodzieńcowi w twarz swoimi czarnymi, błyszczącymi oczami, z niemal nieopisanym wyrazem wyższościowej kpiny, tak że jego czoło i policzki nabrały odpowiedniej czerwieni.
– Margot – powiedział Claude po przerwie, podczas której wyraźnie walczył o opanowanie, tonem, który wahał się między rozgoryczeniem a żałobną wesołością – Margot, wiesz, że to, co powiedziałem, nie miało mieć takiego znaczenia, jakie mu przypisujesz!
Na chwilę, ale tylko na chwilę, wyraz frywolnej kpiny zniknął z roziskrzonych oczu dokuczliwej panienki. Potem odpowiedziała ze srebrzystym śmiechem: – Więc właśnie powiedziałeś kolejną głupią rzecz, i to drugą w ciągu jednej minuty! Biedny Claude, zdecydowanie nie masz szczęścia tego wieczoru.
– Czy nie mogę w jakiś sposób naprawić błędów, które popełniłem? – zapytał Claude, zachęcony bardziej przyjaznym tonem dziewczyny, ale wciąż dość skromnie.
Margot zdawała się zastanawiać nad tym przez chwilę.
– Och, tak, – odpowiedziała w końcu z odrobiną entuzjazmu. – Nasza studnia trochę się zacina. Możesz napełnić mój dzban wodą, która była tak zagrożona przez twoje niestosowne zachowanie.
– Z przyjemnością! – odpowiedział młody mężczyzna. – Ale co potem?
– Byłbym bardzo wdzięczna panu Claude'owi Jullionowi, gdyby był uprzejmy podnieść mi dzban do głowy.
– Nic więcej?
– Och, tak. Chciałbym, aby pan Claude nie używał rąk w tak niezdarny sposób podczas tej trudnej operacji, jak to miało miejsce w przypadku jego słów. Nie potrzebuję chrztu.
Claude wybuchnął wesołym śmiechem i bezzwłocznie zabrał się do żurawia. Wkrótce dzban napełnił się dzięki jego szybkiemu działaniu.
– A teraz – powiedziała Margot z uśmiechem. – spróbuj wykonać drugą część swojego zadania.
– Zostawię to w spokoju – powiedział Claude, chwytając dzban za uchwyty swoimi potężnymi pięściami. – Twojej pięknej głowie należy się korona, a nie dzban na wodę. Idź przodem albo za mną, jak wolisz; sam zaniosę dzban do kuchni.
Margot przez chwilę chciała zaprotestować, ale po krótkiej przerwie na zastanowienie się, uznała to za słuszne. Lekkim, sprężystym krokiem przemierzyła krótki dystans do drzwi wejściowych. Claude z trudem podążał za nią ze swoim dość ciężkim ładunkiem.
(Ciąg dalszy nastąpi)
Wzęte z: Namslauer Stadtblatt Nr.1 1872
Terima Kasih sayang @mikhelia buat doa dan ucapannya... Sukses buat kamu juga dan Tuhan Yesus Memberkati Selalu.. • • #nowela #nandosembiring #videoucapan #mybirthday #11jan18 #nandosembiring #instavideooftheday #videooficial #birthday #ulangtahun #ultah #selebritisindonesia #selebgram (at Jakarta, Indonesia)
przystankowa dama
Siedziałam na przystanku autobusowym wśród kobiet. Kobiet w wieku, który automatycznie łączony jest z mianem babci, bez względu na to czy rzekoma babcia w ogóle posiada jakiekolwiek potomstwo. A więc, siedziałam na przystanku wśród babć. Kobieta siedząca po mojej lewej stronie rzeczywiście wyglądała jak przykładna babcia, taka co dzierga wnuczkom kolorowe szaliki i gotuje najlepszą zupę pomidorową na świecie. Miała biało-białe, romantycznie skręcone loki i przyjazną twarz o delikatnym wyrazie. Pani z prawej, w swoim cętkowanym futrze i kapturze chroniącym jej twarz przed mrozem świata zewnętrznego, sprawiała wrażenie damy ceniącej sobie przepych i ekstrawagancje. Jej twarz pozostawała poza zasięgiem mojego wzroku. Chciałam zobaczyć tę twarz. Kultura nakazywała mi jednak opanować wytworzone ze znudzenia wścibstwo i z zaciekawieniem zapatrzeć się w przestrzeń. Nietrudno było jednak dostrzec, że moje sąsiadki są do siebie zupełnie nie podobne. Panie jak swoje wzajemne antonimy, usadowiły się dla przeciwwagi po obu stronach ławki, zamykając mnie w środku.
Dama w futrze była niespokojna. Pomysł oczekiwania na upragniony autobus w milczeniu prawdopodobnie wydawał się jej absurdalny. Dla niektórych milczenie nie ma nic wspólnego ze złotem. No cóż.
Siedzenie na przystanku w środku grudnia nie jest najprzyjemniejszym sposobem na spędzanie czasu. Pora dnia spod znaku mrozu i milowych minut. Autobus staje się wtedy symbolem wszelkiego dobra, lecz chociaż jest coraz bliżej i bliżej to nigdy nie na miejscu. Dla zakapturzonej ten nieprzyjemny proces jest jednak czymś więcej. Czymś na kształt spotkania towarzyskiego. Jak widać lubi zostać wysłuchana, nawet kiedy nie ma nic szczególnego do powiedzenia. Futro ma. Ciepło jej. To i pogadać by chciała. Desperacko zagadywała, więc panią po przeciwnej stronie ławki oraz po przeciwnej stronie w każdym innym dostrzegalnym aspekcie.
Mówiła o świętach i wiążących się z nimi przygotowaniach. Nic dziwnego, że do rozpoczęcia tej wymuszonej rozmowy posłużyła się tematem, który cieszył się popularnością mniej więcej już od listopada.
-wie pani co? Te święta to mnie kiedyś wykończą. Okna mam jeszcze nie pomyte. Pani umyła? Ja to na nic nie mam czasu. I jeszcze ta pogoda. Ni to śnieg, ni to deszcz. Nieprzyjemnie. A tak naprawdę to uważam, że w tym wieku to człowiek nie powinien już całej tej wigilii przygotowywać. To dzieci starą matkę powinny zaprosić. A nie. Ja się męczę. A synowie moi to nie pomyślą nic. A te synowe moje, boże broń, nie życzę takich nikomu. Wszystko na mojej głowie. Ale wie pani co, ja to się ostatnio zbuntowałam i powiedziałam, że nie zrobię wigilii. Nie zrobię. Oni mnie powinni zaprosić. Nie wiem co to jest za zwyczaj, że babka zawsze musi.
Druga z nich cierpliwe słuchała monologu, zręcznie wplatając uśmiechy i zdawkowe odpowiedzi, kiedy wymagała tego od niej sytuacja. Po pewnym czasie zaskoczyła nas obie jedną z dłuższych wypowiedzi:
-Oj, ja to zawsze do wnusi na wigilie chodziłam-mówiła powoli i spokojnie- ale wnuczka umarła to teraz moja córka robi.
Powiedziała to niespodziewanie, a jej słowa były niemal zupełnie pozbawione swojego ciężaru.
Nie mówiłam nic, no bo co tu mówić.
Przytłoczył mnie i zadziwił niezobowiązujący charakter tej pogawędki. Rozmowa kręciła się wokół mycia okien i świątecznych potraw, z przerwami na zwyczajowe narzekanie i krytykę wybranych osób i zjawisk, by nagle, ot tak zatrzymać się na śmierci. Taka łatwość mówienia wydawała się nierealna. Najbardziej jednak zdumiewa to, że poczucie straty stało się dla tych pań zjawiskiem tak powszechnym, że nie czują się już zobowiązane do wzajemnego współczucia. Wiedzą, że jest bezcelowe. Rozmawiają dalej.
-O tak, wie pani, najlepiej to jest mieć córki. Córka to zawsze pomoże, wesprze. A taki syn? Znajdzie sobie jakąś lafiryndę i o matce zapomni, jak już odchowany. I żeby to jeszcze była jakaś porządna dziewucha. A gdzie tam – futrzasta kontynuowała swoja opowieść.
W miarę zbliżającej się godziny przyjazdu autobusu, na przystanku zbierało się co raz więcej równolatek moich towarzyszek.
-Dwóch synów mam i dwie synowe. I żadnego pożytku z nich. W tamte święta się zbuntowałam i mówię: nie zrobię wigilii u siebie. Zbuntowałam się i mówię: nie zrobię. I wyobraża sobie pani. Nie wiem czy jedna myślała, ze ta druga mnie zaprosi, a druga myślała, że tamta. Nie wiem. Wyszło tak, że w zeszłym roku sama wigilie spędziłam. Żadna mnie nie zaprosiła. Ani syn żaden nie zadzwonił, nie zapytał. Taką wigilie miałam. Tylko sobie tabletki nasenne wzięłam, coby długo nie płakać i poszłam spać.
Nie jestem pewna czy powiedziała to wszystko, bo poczuła się ośmielona poprzez wcześniejsze wyznanie swojej rozmówczyni i nabrała ochotę na zwierzenia, czy też po prostu chciała się jej zrewanżować w niekończącym się ludzkim konkursie o to kto ma w życiu gorzej. Nie wiem.
Niemniej jednak była to smutna historia. Znowu.
Dokładnie zapadła mi w pamięć.
Kobieta miała ciężki charakter, była przemądrzała i cyniczna, ale jednak w pewien sposób budziła sympatię. Wiele z jej zgorzknienia wynikało przecież z tej samej samotności, która zmuszała ją do wypowiadania tych wszystkich słów.
Siedząc obok niej czułam, że nie zasłużyła sobie na to porzucenie. Może też trochę się przeraziłam tym wszystkim co usłyszałam. Chyba każdy musi się tej smutnej historii nabawić, a te panie po prostu poznały już swoje.
Nie mówiłam nic, no bo co tu mówić.
Pani z przeciwnej strony skomentowała to wszystko w nieznaczący sposób, wyrażając bliżej nieokreślone uczucia. Oczywiście nie była nieuprzejma, ale rozmowa wyraźnie stawała się coraz bardziej dla niej uciążliwa. Rozglądała się na boki.
Ku jej radości na przystanku nagle, jakby zesłana z niebios, czy z jakiegoś innego miejsca zjawiła się pani Krysia. Rzeczona pani Krysia niewątpliwie cieszyła się większą sympatią pani starszej, niż pani w futrze. Natychmiast rozpoczęły ożywioną rozmowę, zostawiając tę ostatnią na pastwę milczenia.
Moja sąsiadka została brutalnie porzucona. Pośpieszne odejście tamtej było tak dotkliwie niedyskretne, że sama poczułam się zdradzona. O ile mi zrobiło się nieprzyjemnie, to koleżanka z prawej była wyraźnie zdruzgotana zaistniałą sytuacją. Powietrze zastygło w tłumionej potrzebie wypowiadania słów, która napierała na mnie z jej strony. Słowa musiały się wylać i wylały się, obierając sobie za cel najsłabsze ogniwo wśród przystankowego tłumu. Naprawdę bardzo lubię słuchać rozmów na przystanku, prawie tak bardzo jak nie lubię brać w nich udziału. To była jednak tylko kwestia czasu. Kobieta w futrze, która wciąż pozostawała dla mnie tylko futrem, zwróciła ku mnie spojrzenie, delikatnie wychylając się spod kaptura. Kolce włosów koloru krwistej czerwieni opadały na jej kwadratopodobną buzię. Kontur twarzy utrzymywały zamieszkujące w niej zmarszczki. Były to zmarszczki całkiem niezwykłe. Czarne niteczki splatały się na czole i policzkach tworząc przypadkowe wzory i szlaczki. Osadzone głęboko w skórze przybrały kolor tej szczególnej tajemniczej i nieprzeniknionej czerni. Miały swoje osobliwe piękno. Dodawały twarzy wyrazu, na którego brak kobieta zdawała się cierpieć w młodości.
Nie ukrywam, że wygląd tejże twarzy ciekawił mnie od początku. Pochłonięta obserwacją zgubiłam sens szeregu wyrazów, który powędrował już w moim kierunku. Blady uśmiech skierowany do niej w rekompensacie za brak odpowiedzi nie zniechęcił jej. Palące w gardło pragnienie mówienia zdawało się wciąż jej doskwierać. Postanowiłam więc okazać osamotnionej wiedźmie serdeczność. Następnym z uśmiechów pozwoliłam jej na kontynuacje monologu, zakładając tym samym cichą koalicje przeciwko platynowej zdrajczyni, która nas opuściła.
Komentowała przede wszystkim moje ubranie, które, jak można się było spodziewać było jej zdaniem nieodpowiednie na grudniową pogodę. Zapewniłam ją, że nie marznę, co nie było do końca prawdą. Ostatecznie zdecydowałam się oddać jej pełen autorytet w kwestii odpowiedniego doboru odzieży wierzchniej. Jedno spojrzenie na jej cętkowane futro, bez względu na to czy było prawdziwe, czy syntetyczne, wystarczało, by stwierdzić, że jest ona niekwestionowaną ekspertką na tym polu.
Przez ostatnie pięć minut mówiła jeszcze o globalnym ocieleniu i komplementowała moje buty. Na pożegnanie zdążyła jeszcze szybko podsumować naszą krótką znajomość:
-Lubię panią. Lubię brunetki. Sama byłam brunetką zanim osiwiałam. Blondynek nie znoszę– powiedziała po prostu.
Synowe przypuszczalnie brunetkami nie były.
-Siwych też nie lubię. Ohyda. Dlatego farbuje, żeby jakoś wyglądać – dorzuciła tę niedyskretną uwagę na temat siwych włosów zdrajczyni.
Wsiadłam do autobusu, czując się nadspodziewanie zadowolona z faktu, że dziwna pani polubiła mnie ten swój kąśliwy sposób z radością po raz kolejny dyskryminując blondynki. Mam nadzieję, że w tym roku miała dobre święta. No przynajmniej lepsze, niż ostatnio.
Thank you kakak @mikhelia buat ucapan & doanya.. • • #wish #nowela #ucapan #videoucapan #instavideo #videogram #selebgram #videooftheday #nandosembiring #happybirthday #terimakasih #videobirthday
I zaczęło się, podczas wpatrywania się w okno, nadzwyczajnie szczegółowe, pilne, badawcze bezlitośnie i subtelne oglądanie własnej bezsilności.
- S. Żeromski "Siłaczka"