Niefortunna niespodzianka
Tak, jak to było wcześniej zaplanowane, moja imienniczka przyjechała do mnie w pewien kwietniowy dzień, z oddalonego o około 40 km miasta. Jej wizyta była utrzymywana w tajemnicy, bo miała być niespodzianką dla Ebony. Podejrzewam, że był to weekend, a ściślej - piątek. W dzień wolny od szkoły, czyli w sobotę, miałyśmy wybrać się do Ebony i zabrać ją do mnie na wspólne nocowanie. Spotkanie przyjaciółek - zawsze chciałam mieć takie piżamowe party, jak w amerykańskich filmach. Pragnęłam przyjaźnić się w większym gronie osób, mieć wiele koleżanek i spotykać się ze wszystkimi na raz, ale jakimś dziwnym trafem moje najbliższe przyjaciółki, prawie każda z nich, bywały zazdrosne jedna o drugą, w związku z czym takie spotkania były praktycznie niemożliwe...
Nie pamiętam nic z tego dnia, w którym przyjechała, nie pamietam wspólnie spędzonego wieczoru, ani poranka, nie mam żadnych wspomnień odnośnie tego, o czym rozmawiałyśmy, co robiłyśmy we dwie. Pierwsze wspomnienie, jakie mnie nachodzi, to jak szykowałyśmy sanwiche i przekąski na zaplanowany wieczór z Ebony.
Poszłyśmy do niej razem na umówioną godzinę. Stojąc przed drzwiami jej domu obie byłyśmy podekscytowane sytuacją, w świetnych humorach, mając na uwadze nadchodzący wieczor pełen emocjoalnych rozmów, przy muzyce z radia. Z motylami w brzuchu zadzwoniłyśmy dzwonkiem do drzwi i czekałyśmy na pierwszą reakcję po zobaczeniu obok mnie mojej imienniczki. Zaskoczenie? Radość ze spotkania z dawno niewidzianą koleżanką? Łzy szczęścia?
Nie pamiętam, kto otworzył nam drzwi, czy była to jej mama, czy ona sama, ale kiedy Ebony ujrzała nas dwie, jej reakcja nie była tą, której się spodziewałyśmy. Zaskoczenie - owszem, ale co ponadto? Skonsternowanie? Niedowierzanie? Niepewność? Moja imienniczka prawdopodobnie niczego nie zauważyła, witając się z radością i przytulając Ebony. Ja wtedy też nie zwróciłam uwagi na niepewność w Jej w oczach, udawaną radość i zakłopotanie... Teraz jednak, mając tamten obraz przed oczami, mogę dostrzec te niuanse.
Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po wylewnym (aczkolwiek trochę udawanym) przywitaniu się i krótkiej rozmowie na klatce schodowej, Ebony nie chciała pójść z nami do mnie do domu, aby spędzić razem popołudnie, a co dopiero całą noc. Z tego co pamiętam, była ubrana po domowemu i wykręcała się, że nie może wyjść. Mogłyśmy przecież zaczekać, aż się przebierze, ale Ona nie miała w planach nigdzie wychodzić. Sytuacja była niezręczna. Moja imienniczka - na potrzeby bloga nazwijmy ją Lola, byłaby zawiedziona, gdybyśmy musiały wracać do mnie same, przecież przyjechała tu SZCZEGÓLNIE dla Ebony, aby spędzić czas z dawno niewidzianą koleżanką (mnie widywała częściej, bo czasami przychodziła do mnie do szkoły, kiedy miałam okienka między lekcjami, albo czekałam na autobus).
W rezultacie krótkiej wymiany zdań staneło na tym, że Ebony zaprosiła nas do siebie, do mieszkania. Prawdopodobnie przypuszczała, że zostaniemy tam kilka godzin i pójdziemy do domu (czyli do mnie), ale ostatecznie, chociaż bez odpowiedniego przygotwania, bez piżam, bez kolacji, bez zmywania makijażu, spędziłyśmy tam całą noc. To wydarzyło się spontanicznie. Wchodząc do niej, nie miałyśmy takiego zamiaru. Prawdę mówiąc, ja nadal miałam nadzieje, że jeszcze namówimy Ebony na nocowanie u mnie w domu, gdzie wszystko było przygotowane na nocne party. U mnie mogłyśmy, znużone długą nocną rozmową, położyć się w piżamach na dużym łóżku i spać do południa. Była zaszykowana kolacja, przekąski, miała tylko zabrać coś do przebrania się na noc i pójść z nami...
Tego wieczoru u Ebony nie czułam się, jak zwykle u niej. Coś było inaczej. Coś się zmieniło. Poczynając od zmian w samym umeblowaniu Jej pokoju, zmian w plakatach na ścianie, nowych ozdobach i notatkach na korkowej tablicy, która też była nowością, po zmianę w Jej zachowaniu. Dawno nie byłam u Niej w domu i nie widziałam tych modyfikacji. Czułam się obco. Pokój po przemeblowaniu nie był już taki przytulny, jak wcześniej. Biurko i rozkładany tapczan stały w innym miejscu. Zniknęły fanowskie gadżety naszego - do tej pory ulubionego zespołu, na rzecz innych artystów, pojawiły się nowe bibeloty, ale to nie były jedyne zmiany, jakie zauważyłam... Atmosfera nie była luźna i spontaniczna, jak jeszcze dwa miesiące wcześniej, podczas lutowego spotkania u mnie. Coś złowrogiego wisiało w powietrzu. Nawet cogodzinne wiadomości w radiu RMFFM, odliczające czas naszego spotkania, były dla mnie wyjatkowo męczące... Podczas, gdy dziewczyny rozmawiały na "swoje" tematy, ja przysypiałam, leżąc na podłodze, przyglądałam się nowej, ściennej "gazetce", oglądałam fan-booki i friendship-booki od korespondencyjnych przyjaciółek Ebony. Byłam głodna i bardzo śpiąca i tak naprawdę chciałam już iść do domu i położyć się do łóżka.
W końcu nastał ranek i zrobiło się jasno. Zmęczone całonocnną rozmową pożegnałyśmy się z Ebony, aby udać się w drogę powrotną do domu i nareszcie położyć się spać. Byłam trochę przytłoczona dziwną atmosferą spotkania. To nie tak miało być. Nie tego się spodziewałam. Niespodzianka nie udała się. Nie rozumiałam, dlaczego Ebony nie chiała wyjść z domu, nocować u mnie, nawet Lola przyznała, że była tego wieczoru jakaś nieswoja, mniej spontaniczna, a Jej radość z nieoczekiwanej wizyty Loli była trochę wymuszona. Głodne jak wilki same zjadłyśmy przygotowane sandwiche na śniadanie i poszłyśmy do łożka, aby urwać chociaż kilka godzin regenerującego snu.
Nie pamiętam dalszej części tego dnia, mojego pożegnania z Lolą, ani jej odjazdu. Plącze mi się po głowie fakt, że przed wyjazdem z naszego miasteczka Lola sama poszła jeszcze raz do Ebony, aby się z nią pożegnać, bo nie wiadomo, kiedy znów będą miały okazję na rozmowę w cztery oczy.
Jakiś tydzień później byłam umówiona z Ebony na wspólne zakupy. Takie atrakcje zdarzały się bardzo rzadko. Podczas naszych spotkań prawie zawsze siedziałyśmy w domu, u Niej lub u mnie. Dwa dni przed planowanym wyściem zadzwoniłam, aby ustalić szczegóły, gdzie mamy się spotkać, o której godzinie, ale Ebony oznajmiła, że odwołuje nasze wyjście, że nie ma na nie ochoty, że pójdzie z mamą... Byłam zdziwiona i poczułam się niepewnie... Przecież nic się nie stało, nie było żadnej kłótni, nic złego nie zrobiłam, wprost przeciwnie, zorganizowałam spotkanie z Lolą, aby mogły pobyć razem i nacieszyć się swoim towarzystwem. Według mnie nic w naszych relacjach się nie zmieniło, ale to było tylko moje zdanie... Ebony miała inne. Powiedziała, że musi to wszystko przemyśleć, tłumaczyła mi, że Ona nie lubi niespodzianek, że w sumie to ich nienawidzi, że źle zrobiłam organizując spotkanie z Lolą za Jej plecami, że na razie się nie zobaczymy, bo potrzebuje przestrzeni, aby odzyskać równowagę, ale ogólnie to musimy poważnie porozmawiać w cztery oczy! W obliczu wielu zajęć nie ustaliłyśmy terminu spotkania, ale ja nie miałam ochoty na coś takiego. Czułam strach przed tego typu rozmową i lęk o naszą przyjaźń. Miałam już niemiłe doświadczenia z byłą przyjaciółką - Polą, która wiecznie była zazdrosna o innych i wiele razy się na mnie obrażała, nie wiadomo o co. Nie chciałam powtórki z rozrywki i przejęłam się tą sytuacją. Nie miałam jednak innego wyboru, jak tylko czekać na to, co przyniesie przyszłość...
W międzyczasie umówiłam się z Lolą, że przyjadę do niej ROWEREM w majówkę. Okazało się, że ona też lubi jeździć na rowerze i możemy część dorgi przejechać razem, bo obiecała wyjechać mi naprzeciw. Miałam przyjechać SAMA. Ebony nie posiadała własnego roweru i ogólnie nim nie jeździła, więc łatwo było wytłumaczyć Loli, dlaczgo będę tyko ja. Do tej pory nie powiedziałam jej nic o tamtej rozmowie telefonicznej z Ebony, ani o moich uczuciach względem zaistniałej sytuacji. Lola nie była świadoma tego, co się między nami wydarzyło, ale wkrótce miało się to zmienić. Nieświadomie i początkowo niechcący przyczyniła się do najtragiczniejszego "rozstania" w moim życiu. Rozpadu jedynej prawdziwej przyjaźni...