Będąc we wczesnej ciąży pojechałam do Polski na wakacje. To był lipiec 2007 roku. Nikomu z rodziny (o ciąży) nic nie powiedziałam. Bałam się ich reakcji - w końcu byłam z Latynosem bardzo krótko, poza tym sama nie byłam gotowa na taką zmianę i musiałam to sobie poukładać. Czułam się bardzo dziwnie jadąc do domu. W autobusie nie mogłam znieść kilku Polaków, którzy zachowywali się jak jacyś wiochmeni - pili wódkę na legalu, wciąż chodzili do toalety, głośno rozmawiali, śmiali się głupkowato i ogólnie przeszkadzali pozostałym pasażerom. Niestety ani pilot, ani kierowca nie reagowali. Przez to rozrywkowe towarzystwo czułam się bardzo nieswojo: wyobcowana, trochę samotna, czy z tego względu, że zbyt długo nie byłam w Polsce i odzwyczaiłam się od polskiej mentalności? Polski język wydawał mi się obcy, chociaż w Hiszpanii przez cały czas miałam do czynienia z Polkami, filmy na DVD były głupie lub nudne, ogólnie ta podróż była dla mnie męcząca i nieprzyjemna. A może moje złe samopoczucie wynikało z powodu świadomości bycia w ciąży? W czasie podróży tęskniłam też za moim Latynosem, bo wtedy naprawdę go potrzebowałam. Miałam od niego pierścionek, gruby, srebrny z różowym, płaskim oczkiem. Nie był piękny, ale był prezentem od niego i dzięku temu pierścionkowi czułam jego obecność przy mnie. Nie mam już tego pierścionka, po zerwaniu z Latynosem nie chciałam go mieć i chyba podarowałam go komuś postronnemu...
Nie pamietam nic z dnia mojego przybycia do Polski, niewiele też pamietam z tego krótkiego pobytu w kraju, jedynie wyjazd do dużego miasta na zakupy, gdzie ukradli mi reklamówkę z kupionymi ubraniami, a mama namówiła mnie na zakup laptopa. Bardzo nalegała, abym go sobie kupiła, uważała, że będzie mi przydatny, że kiedyś założę sobie internet i będę mogła korzystać z dobrodziejstw współczesnej technologii. To zadziwiające jak bardzo moja, starsza ode mnie o 40 lat mama, była nowoczesna i postępowa. Kupiłam tego laptopa, chociaż nie miałam wtedy zielonego pojęcia o komputerach, a siostrzeniec pomógł mi go uruchomić pierwszy raz i wgrał niezbędne programy.
Ciążę ukrywałam, jak mogłam najlepiej - nic nie było jeszcze widać, ale często bardzo chciało mi się spać, sporadycznie mogłam mieć mdłości, byłam też grubsza o dobre kilka kilogramów, a przy tak niskiej osobie jak ja, jest to dość widoczne. Nie pamiętam dokładnie, czy to wtedy przyszedł do mnie mój były chłopak "Dż" - ten, którego ostatecznie zostawiłam będąc już w Hiszpanii, czy to było dopiero w 2009 roku? Rozmawiał ze mną o tym, co się między nami wydarzyło, czy próbował jeszcze raz mnie odzyskać? Nie mogę sobie dokładnie przypomnieć, ale wiem, że powiedziałam mu, że już kogoś mam w Hiszpanii, że jestem w związku i kurczowo ściskałam ten pierścionek na palcu... O ciąży nic nie powiedziałam... On, "Dż", chyba chciał mi dać jakiś prezent, bransoletkę, jeśli się nie mylę, ale ja nie chciałam od niego żadnych prezentów, a zwłaszcza biżuterii. Prosił też, bym oddała mu jego aparat cyfrowy, który miałam na wyjeździe - oddałam, bo wiedziałam, że teraz stać mnie by móc samej sobie taki kupić. Wiem, że podczas tej rozmowy czułam się bardzo dziwnie. I nie mogłam przyznać się do ciąży, JESZCZE nie mogłam... Przed odjazdem kupiłam sobie książkę o macierzyństwie, którą do czasu wyjazdu ukrywałam. Wiedziałam, że będzie mi wkrótce przydatna...
To był chyba jedyny i ostatni raz, kiedy cieszyłam się na powrót do Hiszpanii. Tęskniłam za moim Latynosem, byłam pod silnym wpływem hormonów ciążowych i świadomości, że na razie tylko on o tym wiedział. Kazał mi zgłosić się do przychodni, chociaż dla mnie nie było to konieczne, nie uznawałam, że muszę chodzić do lekarza. To były ostatnie dni lipca, a w sierpniu większość Hiszpanów bierze urlopy. W przychodni lekarz, kiedy usłyszał, że jestem w ciąży, był przerażony, że dopiero TERAZ zgłosiłam się do nich i niemal stanął na głowie, aby położna "matrona" przyjeła mnie jeszcze przed urlopem! Nie miałam pojęcia, o co to całe zamieszanie, ciąża to nie choroba, a moja mama prawdopodobnie ani razu nie była u lekarza, kiedy była w ciąży ze mną, a do szpitala szła na pieszo, kiedy już odeszły jej wody... Tak, czy siak wytłumaczyłam przerażonej lekarce, że byłam na wakacjach w moim kraju i dopiero co wróciłam. Przebadała mnie, przeprowadziła wywiad, obliczyła poród na 14 lutego (Walentynki) i zaleciła witaminy, a także ustaliła kolejną wizytę, po swoim urlopie...
Krótko po moim powrocie Latynos zadał mi pytanie, które naprawdę mnie zdziwiło: czy pożyczę mu pieniądze. Ja miałam sporo oszczędniości, bo kampania pomarańczowa była bardzo udana, podobno najlepsza od dziesięciu lat. Wiedziałam, że on zarabiał więcej ode mnie i dlatego to pytanie zupełnie mnie zaskoczyło. Zapytałam, ile chce pożyczyć, myślałam, że może jakieś 100 Euro, aby do wypłaty, a on wypalił że 600 Euro! TYLE? Na co mu te pieniądze i gdzie są jego oszczędniości po kampanii! Powiedział, że potrzebuje na ubezpieczenie samochodu, na przegląd i że wymienił pokrowce na siedzenia, ogólnie, że potrzebuje na wydatki związane z samochodem. Dla mnie wtedy to była fortuna! Zapytałam, gdzie są JEGO pieniądze zarobione podczas kampanii, co z nimi zrobił, powiedział, że wysłał wszystko do swojego kraju, bo on tam stawia dom i musi kontynuować tą budowę! Przecież to nonsens wysyłać WSZYSTKIE pieniądze na inny kontynent, do rozporządzenia przez rodzinę, bez możliwości kontrolowania wydatków, a szczególnie mając świadomość, że ma się kobietę w ciąży i nie jest pewne, czy do swojego kraju w ogóle się wróci! To był pierwszy, duży zgrzyt... Bardzo nieodpowiedzialne i wyjątkowo nieprzemyślane zachowanie przyszłego tatusia... Niestety musiałam na nim polegać, wtedy nie miałam innego wyjścia...
Niedługo po moim przyjeździe z Polski uznaliśmy, że musimy zamieszkać razem, bo do tej pory ja mieszkałam z koleżankami, które też zostały w Hiszpanii, wynajmując wspólnie mieszkanie i dzieląc się kosztami. Nie było łatwo zostawić koleżanki, bo odtąd musiały płacić więcej, ale w końcu się udało. Latynos wynajął jakiś pokój u Ekwadorczyków, bo z mieszkaniami był duży problem. Nie było ich wiele na wynajem w tamtym czasie, a przez agencję wychodziło dużo drożej i trzeba było wpłacać wysoką kaucję! Nie było nas na to stać, tym bardziej, że kolejna kampania zaczynała się dopiero jesienią, a ja byłm w ciąży. No i w sierpniu większość Hiszpanów miała urlop, więc prywatne agencje pozamykały swoje interesy na cztery spusty - i to na cały miesiąc! Tamta ekwadorska rodzina, to byli BARDZO nieporządni ludzie, a mieszkanie było ciemne i brzydkie. Brakowało mi tam słońca wpadającego przez okno, gdyż to, od naszego małego pokoiku, wychodziło na okropne patio i na balkon od kuchni, gdzie właścicielka czasami wieszała pranie i zagadywała mnie przez otwarte okno przy każdej okazji, a ja nie miałam ochoty z nią rozmawiać. Kiedy tylko mogłam, wychodziłam na miasto lub na taras, który był nad nami, posiedzieć w słońcu i odpocząć w samotności. Na tym samym tarasie, kilka lat później wypowiedziałam do Sił Kosmosu moje wielkie życzenie...
Latynos prawie nigdzie ze mną nie wychodził, bo jak wracał po pracy to był zmęczony, chciał oglądać telewizję i odpoczywać, ja natomiast chciałam wychodzić na zewnątrz z tego brudnego, brzydkiego, starego i ciemnego mieszkania. Trudno go było namówić na ruszenie się z domu, bywał oporny, ale czasami jakoś mi się udawało. Pewnego razu pojechaliśmy na jakąś imprezę w ludowe święto jego pobratymców. Odbywała się w nocy, na świeżym powietrzu. To zgromadzenie było w miejscu przeznaczonym na biwakowanie, grilla i tym podobne aktywności. Pamietam, że były ogniska, jedzenie, muzyka, on ubrał na tą imprezę pożyczoną od kolegi białą koszulę i bardzo ładnie w niej wyglądał. Miałam jego zdjęcia w tej koszuli, ale prawdopodobnie wykasowałam je już dawno temu... Wtedy jednak, czułam się mocno w nim zakochana i dumna z niego, chociaż w powrotnej drodze prowadził pod wpływem...
Wiedzieliśmy, że zanim dziecko się urodzi MUSIMY poszukać innego, większego pokoju, a najlepiej całego mieszkania, aby mogła przyjechać tu moja mama, ale z tym były naprawdę duże problemy. W grudniu grunt palił nam się pod nogami, a my nic nie mogliśmy znaleźć. Inmobiliarie odmawiały wynajmu obcokrajowcom, szczególnie zaś kobiecie w zaawansowanej ciąży, a prywatnie zapytany mężczyzna, który akurat remontował mieszkanie obok nas, powiedział, że ono nie jest na wynajem... Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności pół roku później właśnie TAM zamieszkaliśmy, w tym wyremontowanym mieszkaniu u bardzo miłej, starszej Ekwadorki. A karma wraca... Rok później wspomniana agencja, która nie chciała wynająć mi mieszkania już nie istniała - zbankrutowała podczas kryzysu w 2008 roku, a ja się z tego śmiałam! Miałam mieszkanie dokładnie naprzeciwko tej byłej już agencji wynajmu mieszkań!
To był dla mnie bardzo trudny czas. Musiałam w końcu powiedzieć rodzinie o ciąży i długo zbierałam się na odwagę. Moja mama była przerażona, chociaż w gruncie rzeczy byłam przecież dorosła i nie taka znów bardzo młoda. W krótkim czasie okazało się, że siostra ma podobny, jeśli nie większy problem. Siostrzeniec spłodził dziecko w wieku 17 lat! Więc ja i on spodziewaliśmy się dziecka w tym samym roku. Dla mnie było to trochę pocieszające, bo nie byłam jedyna w nieplanowanej ciąży...
Jakoś przetwałam nieprzyjemny czas w tym ciemnym mieszkaniu, w końcu udało się wynająć naprawdę duży pokój. Umówiłam się z przyjaciółką, że moja mama zamieszka u nich, na czas swojego pobytu w Hiszpanii. Z biegiem czasu okazało się, że to nie była dobra decyzja... "Przyjaciółka " buntowała moją mamę przeciwko mojemu Latynosowi. Nieładnie! Nawet, jeśli miał swoje wady, to nie jej oceniać ten związek, a zwłaszcza opowiadać mojej mamie plotki i być niejako przeciwko mnie! W dniu porodu moja mama akurat była w podróży do mnie, przybyła na miejsce kilka godzin po urodzeniu córki. Nie były to jednak Walentynki...