Najdroższy sercu memu duchowy bracie, przyjacielu. Piszę ten list z miejsca, które miało być mi schronieniem, a stało się klatką. Labiryntem utkanym z intryg, bólu, niepewności i pytań bez odpowiedzi. Jesienna mgła otulająca teraz ogród przepięknej rezydencji wywołuje u mnie uśmiech przez łzy, bowiem przypomina mi Twoje zapierające dech w piersi pokazy ── przepełnione tajemnicą, nierealne niemal, skrzętnie ukryte przed ludzkim wzrokiem aż do chwili, w której sam nie podjąłeś decyzji, że oto nadeszła pora, by ukazać ludziom prawdę dokładnie taką, jaką w rzeczywistości była. To Ty nadawałeś jej formę, Ty decydowałeś, jaką przybierze postać ── czasem był to kwiat kwitnący na czyjejś dłoni, klucz kanarków, znikający pierścień, a czasem.. duchy.
Zawsze fascynowały mnie te niebywałe spektakle, byłam jedną z Twoich najwierniejszych fanek, z czego doskonale zdawałeś sobie sprawę.
Dziś jednak nawet najbardziej zmyślny trik wyłowiony z otchłani mojej pamięci nie zdoła odwrócić uwagi od pustki, którą po sobie zostawiłeś, a którą teraz odczuwam mocniej, niż myślałam, że mogę.
Melodia z pozytywki ── ostatniego prezentu, który podarowałeś mi na urodziny ── akompaniuje każdemu słowu, które i tak nigdy nie dotrze przed Twoje oczy, a filigranowa, porcelanowa baletnica wykonuje układ, który już od dawna znam na pamięć, a i tak od czasu do czasu rzucam na nią okiem w nadziei, że pomyli choć krok upewniając mnie, że chaos, w którym tkwię jest jedynie wytworem zmęczonej psychiki, koszmarem, z którego za chwilę się obudzę, by stawić czoła rzeczywistości. Nie powiem, żeby była lepsza, ale przynajmniej mogłam ją w jakiś sposób kontrolować.
Każdy dzień jest dla mnie niewiadomą. Jeśli kiedykolwiek się bałam ── teraz jestem przerażona. Nie byłeś złym człowiekiem, dlatego tak łatwo mi wierzyć, że stamtąd, gdzie trafiłeś, możesz dostrzec, a nawet poczuć moje zagubienie, niepewność i huragan wątpliwości targający moim wnętrzem. Wiem, że tak jest. Żałuję tylko, że nie masz już mocy, aby przynieść mi ukojenie.
Wciąż pamiętam, wiesz? Pamiętam, jak brzmiał Twój śmiech, potrafię przywołać echo Twojego głosu. Możesz się śmiać, ale kojarzył mi się zawsze z szumem wiosennego deszczu. Delikatny, ciepły, niosący nadzieję na rozkwit czegoś nowego, lepszego.
Tylko Ty, człowiek o dłoniach, którym nieobce były sekrety świata, potrafiłeś zamknąć w nich tak wiele miłości do życia. I tą naukę do dziś noszę ze sobą. Jak żywy, wciąż ewoluujący pomnik Twojej pamięci.
Odkąd poznałam prawdę o tym, kim właściwie jest Sophija Morietti ── Sullivan, miałam do Ciebie naprawdę wiele pytań.
Jak przyjąłeś prawdę o jej mrocznym dziedzictwie? Jak radziłeś sobie nosząc piętno świadomości o tym, czyjej córce oddałeś swoje serce?
I do dziś nie potrafię sobie odpowiedzieć, dlaczego.
Może już wtedy wiedziałam, że miłość bywa jak trucizna ── piękna, ale obezwładniająca, otumaniająca zmysły, trzeźwy osąd. Ty także miałeś tego świadomość, a jednak wciąż piłeś z tego kielicha, jakbyś nigdy nie znał strachu.
Dziś, łącząc się w pełnym zrozumieniu wznoszę toast razem z Tobą.
O miłości, co dajesz życie
Pleciesz przeznaczenie, kierujesz serca biciem.
Tylko mnie kurwa nie zabij.
Jestem ciekawa, czy coś przeczuwałeś. Czy bałeś się tej miłości? Co czułeś, kiedy Soph ── piękny, upadły Anioł ── stała się całym Twoim światem, jak Ferhat jest dzisiaj moim? Czy choć jedna, malutka cząsteczka Ciebie mogła przypuszczać, że uczucie, którym się wzajemnie obdarzyliście, zaprowadzi Cię na granicę światów, skąd magia, w jakiej byłeś biegły, nie zdoła Cię zawrócić? Czy czułeś, że jej przeznaczenie pewnego dnia Cię dogoni i w tak bezwzględny, brutalny sposób przerwie cieniutką nić Twojego życia?
Nigdy nie pogodzę się z tą stratą. Nie wierzę, że Twoja śmierć była nieszczęśliwym wypadkiem. Zapłaciłeś za marzenia o normalności. Za jawne i tak odważne sprzeciwianie się grze według scenariusza ustalonego przez dona Morietti. Za pragnienie uwolnienia z mrocznego labiryntu ukochanej kobiety, która wcześniej nie widziała dla siebie wyjścia i podążała tam, gdzie jej nakazano.
Gdybyś mógł być teraz obok, oferując swoje opiekuńcze ramiona, z tym swoim szelmowskim uśmiechem na ustach, powiedziałbyś:
Asli, świat to wielki teatr. Każdy ma w nim swoją rolę do odegrania. Moja jest właśnie taka.
Ciekawe, czy w końcu uda mi się odgadnąć, jaki scenariusz Wielki Reżyser napisał dla mnie. Patrząc na oprawiony w ramę, zaklęty w wosku bukiet niezapominajek ── symbolu wiecznej pamięci o bliskiej osobie, niezłomnej lojalności i wierności, jaką cechowała się nasza relacja ── zaczynam rozumieć, co miałeś na myśli. Pamiętasz dzień, w którym mi go ofiarowałeś? Chciałeś okazać wdzięczność nie tylko za uratowanie Wam życia po pierwszym wypadku ── który dla mnie nosi zupełnie inną nazwę i mam swoje powody, żeby myśleć tak, a nie inaczej ── ale i za postawienie Cię po nim na nogi, wsparcie. Teraz, stawiając czoła brutalnemu, mafijnemu światu już od tak dawna, naprawdę potrafię wejść w Twoje buty, zobaczyć w tym, co zrobiłam więcej, niż tylko spełnienie obowiązku.
Sophija była jedyną prawdą, jaką dostrzegałeś w tym zakłamanym świecie. Twoją prawdą.
Zapewne tak jak ja teraz nosząc w sercu prawdę, w którą ja wierzę wbrew wszystkim przeciwnościom, zadawałeś sobie pytanie, czy Twoja ukochana kiedykolwiek będzie wolna od ciężaru klątwy, którą dźwiga. Od ciężaru wyborów i decyzji innych ludzi, których nawet nie była i nie jest świadoma. Pękłoby Ci serce, gdybyś ujrzał ją wtedy w szpitalu. Bladą, nieprzytomną, bezbronną, prawie martwą.
Nie taki widok spodziewałam się zastać, kiedy znów przyjdzie nam się spotkać, ale i on niósł przesłanie:
Miłość jest jedynym, o co warto walczyć, nawet jeśli przyjdzie nam umrzeć, bądź komuś to życie odebrać.
Czuję, że przede mną ciężkie czasy, pełne trudnych wyborów. Nie wiem, czy znajdę w sobie choć część siły, determinacji i odwagi, którą Ty miałeś. Boję się, że zawiodę, a w konsekwencji na zawsze stracę Ferhata.
Jedynym wyjściem, jakie widzę, jest stanąć u jego boku. Walczyć i zrobić wszystko, aby to piekło nie spaliło nas na popiół.
Nie martw się o Soph. Pamiętam o swojej obietnicy. Bądź spokojny i pozwól mi wierzyć, że gdziekolwiek jesteś, jesteś wolny i bezpieczny, że trafiłeś do świata, gdzie mrok nie jest w stanie Cię dosięgnąć, że odnalazłeś szczęście.
Mówią, że nie umiera ten, kto trwa w pamięci żywych, a więc Ty, Nasz Maestro, jesteś nieśmiertelny.
Z sercem przepełnionym tęsknotą i magią, której tak wytrwale mnie uczyłeś,