Wróciłem. Po dwóch latach totalnej bezpłodności. Nie wiem, na ile to zmartwychwstanie jest nim faktycznie czy może już drogą ku końcowi i chęcią ostatecznego pożegnania się z mrocznym pasażerem z którym jest mi tak cholernie trudno ale bez którego, jak się okazało przez ostatnie dwa lata (wyobrażacie sobie, dwa jebane lata) jeszcze ciężej. Wykasowałem całą poprzednią treść. O zgrozo, jak ten czas weryfikuje wszystko, nie mogłem zdzierżyć tych wypocin. Infantylne wierszyki o niespełnionych miłościach i próby bycia jak Wojaczek, Bursa, Stachura. I tu jest pies pogrzebany. Próby bycia jak. Tymczasem, gdzie jest miejsce na mnie? Właśnie tu i teraz.