Koci koleżka w drodze do pracy, chyba niezbyt przychylny, po minie wnioskując, wkradł się do cudzej głowy. Dziwna rzecz mieć takiego kocura we łbie. Zapchlony pędrak. Za każdym razem, kiedy za uchem pazurem się drapie, powoduje, że swędzi, aż wykręca właściciela łepetyny, zamieszkałej przez intruza. Co za wariactwo, istny obłęd, jakieś kuriozum niebywałe! I jak się go pozbyć?
Skakanie na jednej nodze zupełnie nie pomaga, próba czołowego zderzenia ze ścianą nieudana, z uwagi na brak odwagi. Przewrót w tył, w niektórych kręgach znany, jako fikołek, nic nie daje, stanie na głowie nie wychodzi, przywłoka najwyraźniej zostać musi na zawsze. Co za nieszczęście!
Głowa już prawie się poddała, przez zęby nazywając łapserdaka kizią, myszołapem ohydnym, kocurem, sądząc, że go wykurzyć już nigdy nie zdoła, może choć oswoić spróbuje. W takim nastroju, chwytając desperacko za butlę, w upojeniu, upatruje oby odrobiny ulgi.
Zaczepiając człowieka, który polewa, opowiedziała wszystko. Ten z niedowierzaniem, zakładając, że to tylko pijacki bełkot, pyta:
- Kot Ci wszedł do ucha?
- Cicho! On słucha.
Człowiek za barem skrzywił się, co ta marna głowa opowiada za bzdury. A głowa z kotem w środku, nie widząc sensu swego marnego losu, próbuje dalej do dna butelki dotrzeć. Gdy już się tam znalazła, ze stołka spadając, chciała coś skrzętnie krzyknąć jeszcze, wydusić choć słowo, lecz ledwo udało się wymruczeć zwykłe: miał.