GHOST IN THE MACHINE
Istnieją jeszcze niewątpliwie ludzie, którzy sądzą, że technologia zbawi świat. Apologeci liberalnego snu o Silicon Valley, który okazał się faktycznie kafkowskim koszmarem. Fani właścicieli korporacji, budżetowego Lexa Luthora, czy skrajnie egocentrycznego, najbardziej rozpoznawalnego obecnie beneficjenta apartheidu w RPA cierpią chyba na skrajny sztokholmski syndrom. Fetyszyzacja technologii nie jest zjawiskiem nowym, rozlewa się jednak na wszystkie dziedziny życia, tak jak na wszystkie dziedziny życia rozlewa się informatyzacja. Przykro przerywać piękny sen, lecz marzenie o absolutnej wolności, którą miał gwarantować internet już dawno przestało być snem, pozostało czystą naiwnością. „Wolnościowe” medium wpadło w łapy kilku największych graczy, którzy grając indywidualistycznym duchem epoki, sprowadzili użytkowników do biernych konsumentów, którzy wolność swą zamanifestować mogą jedynie za pomocą wydawania pieniędzy.
Istnieje niemniej jednak pamięć innych, prostszych czasów, które były obietnicą wirtualnego wyzwolenia. Czasy, w których komputery i telefony komórkowe nie były głównym narzędziem terroru późnego kapitalizmu oraz nie zmuszały nas do permanentnej obecności w pracy. Epoka, w której gry były już biznesem, ale wciąż rozrywką. Bez reklam, mikrostransakcji, absurdalnie drogich DLC, bez perfidnego dojenia graczy tak jak robi to przykładowo Rockstar z GTA V (grą zombie, która najwidoczniej nie może się pożegnać z tym światem, ślizgając się pomiędzy kolejnymi generacjami konsol, generując zyski dla „zdystansowanego” i „antysystemowego” producenta). Nostalgia ta jest zręcznie wykorzystywana przez producentów sprzętu, którzy zdają się coraz częściej dostrzegać fakt, że retro nie jest wyłącznie domeną fanatyków, którzy pragną marnować czas na uruchamianie mało grywalnych gier na magnetofonie podłączonym do Commodore 64. Na rynku są retrokonsole od Nintendo, Sony, ostatnio widziałem Amigę 500 mini. Ekspertem nie jestem, użytkownikiem (z przyczyn finansowych) również. Popularne są również gry wyglądające jak żywcem wyjęte z komputerów ośmio- oraz szesnastobitowych. Wszystko to ma wyraźnie duchologiczny sens. Niezrealizowane obietnice wyzwolenia, jakie niósł za sobą świt technologii informatycznych wciąż rezonuje w naszej kulturze. I wciąż jest kapitalizowany. Media społecznościowe zamykają swoich użytkowników w bańkach o grubości murów więzienia Guantanamo. Pomimo możliwości ciągłego kontaktu, ludzie czują się coraz bardziej izolowani. Technologie komunikacyjne zmierzają w kierunku alienacji. Generalnie, internet, który w założeniu miał pozwolić na kontakt z całym światem oraz nieograniczone zdobywanie wiedzy (sławne „w intrenecie jest wszystko”), przyczynił się wzrostu plemienności i szerzenia pogardy dla ludzi, którzy mogą myśleć dokładnie to samo co my, ale po prostu inaczej to artykułują.
Nowoczesna technologia w opakowaniu z przeszłości przypomina trochę żiżkowe słowa o kawie bez kofeiny czy piwie bez alkoholu. Chcemy doświadczać tego, co kiedyś, lecz bez dyskomfortu uszkodzonych taśm, absurdalnego czasu ładowania, kruchości dyskietek oraz prymitywnych systemów operacyjnych i z możliwością zapisu gry. Radosna prostota starych gier kryje za sobą rozwój, który je zabił. Czas, niczym u Szekspira, wypadł ze swych ram. Technologiczne patrzenie wstecz to nie tylko domena gier. Muzyka ponownie wydawana jest na kasetach lub płytach winylowych. Nie są one już domeną bufonowatych melomanów, którzy cierpią na nienawiść do wszystkiego, co popularne. Kaseta magnetofonowa przestała być utożsamiana z archaicznym, nieporęcznym nośnikiem. Jest symbolem technologii, która umożliwiła zabranie muzyki ze sobą wszędzie gdzie chcemy. Ciekawe, czy doczekamy takiego powrotu starego, dobrego ipoda. Chociaż znając pazerność apple’a dostaniemy nawet retro uszkodzone kable do ładowania i retro zbite przednie szybki od iphone’a. Kaseta jest ponadto namacalna, nie jest jedynie cyfrowym śladem na dysku, czy danymi przesyłanymi przez serwis streamingowy. Ciężko czuć sentyment do samych kilobajtów, zapisanie ich na magnetycznym nośniku, który prędzej czy później nie będzie zdatny do użytku to już inna sprawa.
Przyszłość okazuje się być przeszłością. Banał Fukuyamy o końcu historii, nieaktualny już w momencie jego stworzenia, tak bardzo mocno wbił się w głowę korporacyjnych księgowych, że postanowili wyciągnąć z lamusa wszystko co możliwe, sprzedać to niezliczoną ilość razy, a ponadto nazwać to innowacją. Obecnie widzimy wielkie wskrzeszenie lat 90. W sensie dosłownym. Zamiast Miasteczka Twin Peaks, Spice Girls i złotego gola Olivera Bierhoffa na Wembley mamy katastrofalne nierówności ekonomiczne, kryzys, coraz większe obszary biedy i wojnę w Europie.














