Z ŻYCIA SAMOTNIKA - wpis 51 (30.05.2026)
-> Kolejny teleturniej obejrzany na żywo!
Niespełna tydzień temu miałem zaszczyt doświadczenia kolejnej przygody. Kariera trzecioplanowego aktora wciąż toczy się swoim rytmem i cały czas pogłębia się o kolejne produkcje. Obok wielu już innych programów telewizyjnych, w których miałem zaszczyt zagościć na publiczności począwszy od 2018. roku, tym razem przyszło mi zobaczyć po raz pierwszy na żywo zmagania uczestników w popularnym Dwójkowym, kilkunastoletnim teleturnieju "Postaw na milion" (zwany przeze mnie inaczej "Strać milion"). Dziś pokrótce opowiem o wrażeniach z mojego pobytu w studiu.
"Postaw na milion" oglądam z przerwami od dłuższego czasu. Nie ukrywam, że niegdyś śledziłem program Łukasza Nowickiego bardzo często, dużo częściej niż obecnie i starałem się nie przegapiać żadnego odcinka. Potem jednak zacząłem odpuszczać sobie jego seanse, głównie z racji zbyt dużej przewidywalności, monotonii, oraz niezwykle karkołomnych pytań dot. m.in. statystyki uniemożliwiających wręcz wygranie całej puli czy chociaż większej części głównej nagrody. Niedawno wszystko zaczęło się zmieniać kiedy odkryłem na YouTube pewnego użytkownika publikującego nie dość, że całe odcinki, to jeszcze odcinki z lat mniej więcej tych, w których zasiadałem jeszcze dosyć regularnie przed telewizor. Można rzec, że był to poniekąd przełomowy moment kiedy chcąc nie chcąc wciągnąłem się w "Postaw na milion" na nowo, choć z drugiej strony żywiłem nadzieję, że to tylko chwilowa fascynacja i lada moment znów odechce mi się zanurkowania głębiej w ten program. Cała powracająca "faza" miała o tyle znaczenie, że zachęciłem się do postawienia po raz pierwszy stopy w studiu, tym bardziej, że w tym roku ekipa nagraniowa przeprowadziła się z Krakowa do stolicy kraju, a więc przeniosła się o wiele, wiele bliżej mojego domu. Zaryzykowałem i zapisałem się na jeden z czterech planowanych dni zdjęciowych, konkretnie na niedzielę. Pamiętam, że w trakcie czekania zapragnąłem zmienić termin i przyjść w sobotę, zamiast w niedzielę, ale na zmianę zdania było już za późno i - jak się okazało - byłaby to bardzo kiepska decyzja, gdyż w sobotę wieczorem udało się złapać pewne zlecenie, na które nie dałbym rady pójść, gdyby zmiana terminu doszła do skutku. W końcu nadeszła niedziela. Niestety, moja pięta achillesowa - opuszczanie zbyt późno swych czterech ścian, poskutkowało leciutkim, ale spóźnieniem, które w tym przypadku mogło mieć opłakane skutki - nie byłbym wpuszczony do studia i wróciłbym z niczym! Na szczęście, cała reszta dnia przebiegła już bez żadnej dramaturgii. Spotkałem pewnego znajomego pana od agencji - uścisnął mą dłoń, przekazał umowę, choć później nie wiedzieć czemu podarł ją i wyrzucił do kosza. Zdziwienie zaistniałą sytuacją przerodziło się wkrótce w ekscytację - oto przede mną stała znana mi scenografia, którą widziałem na ekranie już wielokrotnie, ale pierwszy raz na własne oczy! Było wszystko - monstrualne studio, gotowe oświetlenie, główny ekran, zapadnie i otaczające je LED-y, reflektory czy kolorowe schody. Wizualnie całość prezentowała się o tyle dobrze, że powiedziałem do siebie po cichu "O wow". Również wrażenia słuchowe nie zawiodły mnie zupełnie, a nawet rzekłbym, że zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Inaczej niż się spodziewałem - w studiu odtwarzane były niemal wszystkie dźwięki i utwory, a wszyscy ci, którzy lubią gdy zawodnikom przepada kasa, z pewnością nie zawiodą się, gdyż wszelkie wędrówki pieniędzy z otwieranych zapadni do ochroniarzy na dole są naprawdę huczne! Pochwalić muszę też tempo nagrywania, które (mojego dnia przynajmniej) było imponująco wysokie i w zasadzie jedyne większe przerwy zaistniały pomiędzy grami, zaś same rozgrywki graczy nagrywano "longiem", bez prawie żadnych dubli. Sprawne tempo przyczyniło się oczywiście do znacznie wcześniejszego zakończenia zdjęć, bowiem skończono je aż dwie i pół godziny przed czasem! Prowadzący... mam wrażenie, że mi się już przejadł, aczkolwiek jestem pod wrażeniem jego dykcji, niejąkania się i niemal żadnego mylenia się (czerpię z niego przykład). Mimo konieczności stania (niestety cała widownia jest stojąca), zaryzykuję stwierdzeniem, że podobał mi się dzień, a wrażenia, spotęgowane faktem, że mogłem wraz z innymi widzami zobaczyć sentymentalny teleturniej inaczej niż zawsze, ocenię jako bezcenne. Wyszedłem bogatszy nie tylko o wrażenia, a i też oczywiście o kilka banknotów w portfelu. Tym samym kolejny program śmiało wpisuję do bardzo długiej już listy odwiedzonych produkcji. Z obecnych teleturniejów TVP, na których jeszcze nie postawiłem nigdy stopy, pozostały bodajże tylko dwa - "Gra słów. Krzyżówka", oraz "Va Banque", oba, niestety, bez udziału publiczności...
Na koniec zostawię tu kilka ciekawostek. Przez niemal cały dzień towarzyszył mi kolega Mateusz, którego poznałem na planie mniej więcej dwa lata temu i co za tym idzie - pierwszy raz od dawna mogłem zamienić z kimkolwiek słówko! Udało nam się co nieco pogawędzić o teleturniejach, o Familiadzie, trochę się pośmiać, acz muszę przyznać, że niestety irytują mnie troszkę niektóre jego cechy charakteru. Mateusz jest fajnym człowiekiem, ale na dłuższą metę byłoby raczej ciężko z nim wytrzymać. Opowiada głównie o sobie (zdecydowanie zbyt dużo o sobie), unikając przy tym kompletnie rozmów o mnie, szybko zmienia temat, nie pyta mnie o zdanie, ale co najgorsze - próbuje też zbyt stanowczo wpłynąć na moje decyzje, np. gdy proponował, żebym poszedł z nim do teledysku za bardzo mizerne pieniądze, odmówiłem mu (nie miałem ochoty iść), Mateusz zamiast uszanować jedno słówko "nie", namawiał mnie ile miał sił (coś w stylu "Dawaj, chodź!"), aż w końcu, dzięki Bogu, odpuścił i zmienił temat. Odnośnie "Strać milion" dodam tylko, że... publiczność, wbrew temu, co Nowicki obwieszczał w czołówce przez 366 odcinków (13,5 roku), uwaga, nie jest sprawdzana (!). I co ciekawe - teoretycznie można było zabrać ze sobą wszystko, nawet telefon i dzięki temu zdołałem (nielegalnie co prawda, ale co mi szkodzi!) pstryknąć tę jedną, jakże pamiętną, widoczną u góry, fotkę.













