Pod koniec dnia, pod koniec roku.
Patrzę wstecz i myślę sobie: bywało różnie.
Bywało źle.
Bywało może nie tak znowu najgorzej?
Chyba dałam radę.
Żyję.
Nie zawiodłam przesadnie najbliższych.
Nadal utrzymuję się na powierzchni.
Czy zaszły we mnie jakieś zmiany?
Zrodziło się we mnie więcej odpowiedzialności.
Odwróciło się kilku ludzi.
Kilka razy upadłam i nie potrafiłam się podnieść.
Więcej niż kilka razy płakałam i nie umiałam przestać.
Kogoś znienawidziłam, a kogoś chyba pokochałam.
Ktoś dał mi lekcję życia.
Uświadomiłam sobie, że nic nie jest na zawsze i że ludzie już do końca świata pozostaną egoistami.
Przez cały rok trzymałam za rękę nadzieję, wierząc, że to pomoże.
Zwątpiłam bardziej w międzyludzkie zaufanie.
Stałam się silniejsza na pokaz i słabsza, gdy zostaję sama.
Na nowo polubiłam samotność, noc i ciszę.
I wydaje mi się, że coś straciłam.
Tylko jeszcze nie wiem co.